piątek, 22 listopada 2013

ECHO TARGÓWKA: Czy jeszcze długo pohandlujemy na Bazarze Różyckiego?


30 października ponad stuletnia historia Bazaru Różyckiego miała kolejną odsłonę. W ratuszu przy ul. Kłopotowskiego kupcy i włodarze dzielnicy Praga Północ spotkali się, aby rozmawiać o przyszłości targowiska. Szybko okazało się jednak, że do uzgodnienia wspólnych planów daleka droga, bowiem na przeszkodzie stoi skomplikowana historia tego miejsca.
Okazuje się, że prawa do terenu, na którym funkcjonuje bazar, roszczą sobie zarówno działające obecnie i przed laty organizacje kupców, jak i miasto. Od 2008 r. wiadomo również, że zwrotem części gruntu są zainteresowani spadkobiercy założyciela bazaru - Juliana Różyckiego. Każdy ma swoje racje, a przed sądami obu instancji toczą się sprawy, które mają rozstrzygnąć, kto na bazarze "rządzi".
Przyzwyczailiśmy się już, że gospodarzem terenu między Targową a Brzeską jest Stowarzyszenie Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego. Przyjęło też ono rolę kustosza historii i tradycji bazaru, mimo że od 2004 r. administruje terenem bezprawnie. Wtedy właśnie wygasła umowa między kupcami a miastem na dzierżawę bazaru. Powodem było zadłużenie sprzedawców wobec miejskich instytucji. Decyzję władz stolicy podtrzymał w 2008 r. sąd pierwszej instancji, a pod koniec 2012 r. wyrok uprawomocnił się. Od tej chwili miasto ma pełne prawo do odebrania stowarzyszeniu terenu i ustanowienia tam swoich zasad zarządzania. I tu pojawia się niemały kłopot - głównie dla urzędników. Kupcy wcale nie są skorzy do podpisania nowych umów z wydelegowanym do tego Zarządem Praskich Terenów Publicznych, bo wytykają mu brak odpowiedniego umocowania w księgach wieczystych! Jest tam bowiem wpisana, ku zaskoczeniu wszystkich stron, tajemnicza Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego. Uważni obserwatorzy wydarzeń na Pradze pamiętają ją z końca lat 90., kiedy - na podstawie umowy z gminą Centrum - miała ona dzierżawić teren bazaru przez 30 lat i poczynić inwestycje poprawiające urodę i funkcjonalność bazaru. Niestety, zamiast inwestycji doszło do zadłużenia względem miasta i w 2001 r. umowę rozwiązano. Mimo to w 2009 r.(!) Spółdzielnia pojawia się w księdze wieczystej bazaru i - jak sprawdziłem ostatnio - widnieje tam do dziś. Z tego tytułu rości sobie prawo do odszkodowań nie tylko od pojedynczych kupców, ich stowarzyszenia, ale również od samego miasta. Rodzinie Różyckich przysługuje prawie dwie trzecie działki, na której znajduje się targowisko.
Czy kupcy zdołają porozumieć się z miastem i obronić przed zakusami tajemniczej spółdzielni - nie wiem. Wiem za to, że ważną rolę w tej historii będą mieli do odegrania spadkobiercy założyciela bazaru - rodzina Różyckich. Przysługuje im bowiem prawie dwie trzecie działki, na której znajduje się targowisko. Czy będą chcieli kontynuować handlową tradycję tej części Pragi? Czy pamiętają, że bazar Różyckiego był kolebką drobnej wytwórczości i rzemiosła, z którego przed wojną słynęła ta część Warszawy? Czy będą chcieli się zaangażować w odtworzenie unikalnego charakteru otaczających targowisko ulic i kwartałów? Na razie na straży bazaru stoi stołeczny konserwator zabytków i mieszkańcy, którzy mając pod bokiem duże centrum handlowe, od lat wybierają na zakupy właśnie targ. Miejsce pełne wspomnień i czaru dawnej Pragi.
Pytań dużo, odpowiedzi mało. A może potrzebna jest odpowiedź nietypowa? Może miasto powinno po prostu wykupić ten teren od właścicieli, a jeśli się nie zgodzą, to zastosować art. 21 Konstytucji, który pozwala wywłaszczyć właścicieli, wypłacając im słuszne odszkodowanie. Warunkiem jest przeznaczenie wywłaszczonego terenu na cel publiczny. A czyż odtworzenie Bazaru Różyckiego nie jest takim celem?
Nie tylko prażanie, ale wszyscy warszawiacy oczekują, że ratusz podejmie szybkie działania. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl

czwartek, 7 listopada 2013

MIESZKANIEC: Ten 1% jest dla nas!

     Co roku miliony rodaków przeznaczają 1% swojego podatku na działalność społeczną organizacji   pozarządowych. Lwią część tych kwot otrzymują fundacje i towarzystwa najbardziej znane, prezentowane przez telewizje i gazety. Ich działalność jest z pewnością bardzo pożyteczna, ale ma charakter ogólnokrajowy i rzadko związana jest z naszą dzielnicą, osiedlem czy podwórkiem. Tymczasem obok nas, często w najbliższym sąsiedztwie, działają wspaniali społecznicy, którzy starają się rozwiązywać NASZE problemy – rodzinne, bytowe, zdrowotne, edukacyjne czy kulturalne. Winniśmy im wielką wdzięczność i wsparcie, bo bezpośrednio lub pośrednio z ich pracy i zaangażowania korzystamy. Problem w tym, że często nie wiemy o ich istnieniu. Dlatego dwa lata temu podjąłem (wraz z panią poseł Alicją Dąbrowską) bardzo nietypową inicjatywę. Oboje zwróciliśmy się mianowicie do mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy o przekazywanie 1% swojego podatku dla praskich organizacji pozarządowych, zajmujących się przede wszystkim dziećmi z ubogich rodzin, niepełnosprawnymi, chorymi czy tzw. „dziećmi ulicy”. Wymieniliśmy przy tym te organizacje, szczegółowo informując, czym się zajmują i jak wypełnić PIT. W 2013 roku zmniejszyliśmy liczbę rekomendowanych przez nas organizacji z 11. do 8. Wśród nich znalazły się między innymi: Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, niezwykle zasłużone Stowarzyszenie „Otwarte Drzwi” pani Anny Machalicy- Pułtorak, czy Towarzystwo Przyjaciół Dzieci z Pragi Południowej.
Ten apel nie pozostał bez echa. W 2013 r. (czyli w deklaracjach PIT za 2012 r.) prawie 1900 mieszkańców zdecydowało się przekazać 1% swojego podatku na jedną z ośmiu wskazanych przez nas organizacji. Łącznie na ich konta wpłynęło 180 tys. zł, czyli o 20% więcej, niż w roku ubiegłym. To oczywiście cieszy i wszystkim darczyńcom, w imieniu obdarowanych – serdecznie z panią poseł Alicją Dąbrowską dziękujemy. Ilość problemów społecznych na Prawym Brzegu jest relatywnie największa. Praskie organizacje pozarządowe starają się nieść ludziom pomoc, borykają się jednak z ogromnymi trudnościami finansowymi, liczy się więc dla nich każda złotówka. Te 180 tys. to niemało, ale daleko nie wyczerpuje możliwości mieszkańców Prawego Brzegu. Będziemy więc nadal powiadamiać i apelować o zasilanie praskich organizacji – bo jest to działanie we własnym, dobrze rozumianym interesie mieszkańców. Przypominamy, że taka decyzja nic Państwa nie kosztuje – po prostu 1% naliczonego podatku trafia do wybranej przez Państwa organizacji pożytku publicznego, zamiast do budżetu państwa. Niedługo znajdą Państwo nasz kolejny apel o przekazanie 1% podatku w deklaracji PIT za 2013 roku nie gdzie indziej, tylko na rzecz wspaniałych, praskich społeczników. Naprawdę warto!

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

piątek, 25 października 2013

ECHO TARGÓWKA: Warto wyrazić uznanie

W 2020 roku Olimpiada odbędzie się w Tokio. Z tej okazji prasa przypomniała o innych
tokijskich igrzyskach, które odbyły się w 1964 r. Ech, łza się w oku kręci. Byliśmy wtedy prawdziwą potęgą w sporcie. W Tokio w klasyfikacji medalowej zajęliśmy siódme miejsce!!! A dziś? Pięć lat temu w Pekinie zajęliśmy 20-ste miejsce, a rok temu w Londynie – trzydzieste. Po każdym takim „sukcesie” wybucha u nas ożywiona dyskusja na temat przyczyn słabości polskiego sportu. Wybucha i szybko gaśnie. Dyskutanci nieodmiennie dochodzą do tego samego wniosku, a mianowicie, że nie będzie dobrych wyników bez masowego szkolenia młodzieży, a do tego trzeba pieniędzy, których nie ma. Oczywiście, to nieprawda, pieniądze są, tyle, że zawsze, na co innego, a nie na sport młodzieży. W efekcie każdy kolejny minister sportu dostaje co roku mizerny budżet i udaje, że zarządza polskim sportem. Dlatego wysoko trzeba cenić te imprezy sportowe dla dzieci i młodzieży, które nam jeszcze pozostały. Z pewnością należy do nich doroczna Warszawska Olimpiada Młodzieży (WOM), która odbywa się nieprzerwanie od 47 (!) lat. W tym roku rozpoczęła się biegami przełajowymi, zorganizowanymi w Wesołej na tamtejszym hipodromie. Startowały wszystkie, czyli osiemnaście, dzielnice Warszawy, przy czym każdą dzielnicę reprezentowała jedna szkoła, która w danej dzielnicy okazała się najlepsza. 9-go października, „w tak pięknych okolicznościach przyrody” – cytując Jana Himilsbacha z „Rejsu” - udałem się do Wesołej celem obejrzenia zawodów. I nie żałuję. Współzawodniczyły ze sobą dziesięcioosobowe sztafety dziewcząt i chłopców, ze szkół podstawowych i gimnazjów, każda zmiana musiała przebiec 800 lub 1000 (chłopcy z gimnazjów) metrów. Zaangażowanie tych dzieciaków było niebywałe. Po przebiegnięciu mety niemal każdy padał na trawę i przez chwilę przypominał sobie, jak się nazywa i co tu robi. Zawody były świetnie zorganizowane, a przecież „ogarnąć” trzeba było ponad 700 zawodników i zawodniczek! Ja dopingowałem oczywiście drużyny z Prawego Brzegu i nie zawiodłem się. Wśród chłopców z podstawówek trzecie miejsce zajął Targówek, a konkretnie szkoła nr 84 z Radzymińskiej. Dziewczęta z Targówka otarły się o podium, zajmując wysokie czwarte miejsce. W biegach gimnazjalistów pierwsze miejsce zajął Wawer, a drugie – Wesoła! Wśród gimnazjalistek tak dobrze nie poszło, ale jednak czwarte, piąte i szóste miejsca zajęły kolejno: Białołęka, Praga Płd. i Wawer.
A teraz trochę dziegciu. Wydawać by się mogło, że władze tych dzielnic powinny być zadowolone z wyników swojej młodzieży. Powinny, ale chyba nie są, bo coś mi się zdaje, że nic o tych sukcesach nie wiedzą. Przejrzałem strony internetowe wymienionych dzielnic – i nic. Żadnych informacji, zdjęć zawodników, nazwisk trenerów. A przecież WOM to nieformalne mistrzostwa Warszawy! Jeśli brakuje pieniędzy, to niech przynajmniej nie brakuje wyrażonej publicznie pochwały i uznania. To ogromna zachęta dla zawodników, ich kolegów i wychowawców do dalszego uprawiania sportu. Wiem coś o tym, bo chociem niemłody, to jeszcze skleroza mnie nie dopadła i pamiętam, jakim dopingiem były dla mnie pochwały, wygłaszane „przed frontem kompanii”. Dziś takich możliwości jest znacznie więcej i trzeba z nich korzystać. Dotyczy to zresztą nie tylko osiągnięć sportowych.
Dlatego proponuję burmistrzom naszych prawobrzeżnych dzielnic, aby pilnie zlecili zainstalowanie na dzielnicowych stronach internetowych zakładki „Nasze sukcesy”, w której odnotowywano by wszelkie osiągnięcia uczniów i mieszkańców dzielnicy w różnego rodzaju zawodach, konkursach
czy turniejach o wymiarze ponaddzielnicowym. W naszym społeczeństwie, w którym tak wielu ludziom się nie chce – są też tacy, którym się chce. Ale im też się odechce, jeśli nikogo to nie będzie obchodzić

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl

czwartek, 10 października 2013

MIESZKANIEC: Nie idę

Nikogo do niczego nie nawołuję i nie zachęcam, ale jako polityk, senator warszawsko - praski czuję się w obowiązku przedstawić swój pogląd na referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Oczywiście, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest idealnym prezydentem (czy w ogóle jest ktoś taki?). Można mieć do niej pretensje o różne rzeczy. Ja też mam. Np. o to, że do dziś ratusz nie uregulował spraw związanych z działalnością klubu GKP Targówek. Z powodu braku dobrej woli ze strony odpowiedzialnych urzędników ratusza, ten zasłużony klub sportowy nie otrzymał dotacji i zmuszony był zawiesić w tym roku pracę z dziećmi. Prawdą jest także, że wielu mieszkańców stolicy ma poczucie, że coś im zostało odebrane. Np. kilkakrotnie niższą dotację otrzymali z Urzędu Miasta organizatorzy odbywającego się co roku na dziedzińcu Zamku Królewskiego festiwalu „Ogrody Muzyczne”, co znacznie obniżyło poziom tej unikalnej i znakomitej imprezy. Były także inne potknięcia, a z drugiej strony były także liczne sukcesy: rozmach inwestycyjny, znaczny wzrost liczby wybudowanych mieszkań komunalnych, dobra komunikacja miejska, rowery miejskie, weekendowe remonty ulic. Wszystko to powinno być sprawiedliwie wyważone i ocenione po upływie kadencji, za rok. Wtedy znani także będą inni kandydaci i warszawiacy będą mieli tzw. „materiał porównawczy”. „Rzeczpospolita” zamieściła niedawno wywiad ze szwajcarskim politologiem, prof. Wolfem Linderem, który poinformował, że w Szwajcarii, ojczyźnie referendów, w ogóle nie ma takiej instytucji, jak odwołanie polityka! „Bądźmy poważni” – mówi prof. Linder – „przecież zagłosowaliśmy na danego polityka, żeby przez cztery lata mógł realizować swój program. Rozliczymy go przy wyborach.” No dobrze – powie ktoś – w takim razie, po co ustawa dopuszcza odwołanie prezydenta miasta przed upływem kadencji? Odpowiem pytaniem: a co zrobić z prezydentem czy burmistrzem, który nie stosuje się do ustaw, lekceważy uchwały rady gminy, prowadzi samochód po pijanemu, popełnił przestępstwo, molestuje podwładnych? Gdyby nie instytucja referendum, taki włodarz miasta mógłby nadal pełnić swoją funkcję, ku zgorszeniu mieszkańców, podrywając zaufanie obywateli do państwa i do prawa. W Szwajcarii takie prawo nie jest potrzebne, bo tam burmistrz, który się skompromituje, podaje się do dymisji, a w Polsce zaśpiewa „Polacy, nic się nie stało” i dzielnie trwa na stanowisku. Czy w Warszawie mamy do czynienia z którymś z tych – albo podobnym – przypadkiem skandalicznego postępowania prezydenta? Oczywiście nie! Dlatego to konkretne referendum, choć prawnie dopuszczalne, jest pozbawione sensownego uzasadnienia. O ważności referendum przesądza frekwencja. To jedyny przypadek głosowania, w którym obowiązuje taki wymóg. Zatem są trzy opcje: iść na referendum i głosować za odwołaniem prezydent, iść i głosować przeciw, nie iść. Ja wybieram tę trzecią możliwość, bo uważam, że to referendum jest niepotrzebne i gdybym wziął w nim udział, legitymizowałbym całą tę akcję. Pozostając w domu, daję jasny sygnał autorom wniosku referendalnego: bez względu na to, co myślę o Hannie Gronkiewicz-Waltz, nie widzę powodu, aby oceny jej działalności dokonywać po trzech, a nie po czterech latach, czyli po kadencji. Dodatkowym argumentem jest to, że początkowo niepolityczna akcja referendalna szybko przekształciła się w polityczną bijatykę, w której nie chodzi już o Warszawę, ale o to, czyje będzie na wierzchu. Zza zatroskanej twarzy Piotra Guziała wyłonili się i zdominowali go politycy Ruchu Palikota i przede wszystkim PiS-u. Pojawił się skandaliczny plakat z godziną W, tak jakby jakiś okupant rządził stolicą. W ten sposób referendum zamienia się w polityczną farsę, co tym bardziej skłania do pozostania w domu.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 26 września 2013

MIESZKANIEC: Czy dochowamy się polskich tamadów?

Zapomnieliśmy już wprawdzie o wakacjach, znowu pochłonęły nas problemy dnia codziennego, demonstracje związkowców, referendum, polityczne roszady, czy po prostu korki na jezdniach. Pozwolą Państwo, że ja jednak powrócę na chwilę do letnich wrażeń. W tym roku krótki urlop spędziłem w Gruzji, kraju niedawno odkrytym dla polskich biur podróży. Nie zamierzam oczywiście opowiadać o Batumi, Kaukazie czy zabytkach - w tym są ode mnie lepsi inni podróżnicy. Chciałbym natomiast powiedzieć coś o... winie, a ściślej o toastach, które - jak powszechnie wiadomo - w Gruzji są aforyzmami i rodzajem sztuki retorycznej, a zatem częścią kultury tego kraju. Polskie toasty na tle gruzińskich to czwarta liga. "Na zdrowie!", "No to siup" (ewentualnie z samokrytycznym dodatkiem "w ten głupi dziób"), "Nasze kawalerskie!", "No to bęc", "Zdrowie wasze w gardło nasze" - to prawie wszystko. Na tym tle niezwykłą wręcz inwencją wyróżniają się takie toasty, jak "Za błędy na górze" (dzięki Rynkowskiemu), czy "Tak młodo się już nie spotkamy" (chyba najbardziej inteligentny z naszych toastów). Tymczasem dla Gruzinów picie bez inteligentnego, zabawnego czy przewrotnego toastu - za które odpowiedzialny jest tzw. tamada - to po prostu pijaństwo. Weźmy np. taki: "Była noc. Księżyc i cisza. On i Ona. On powiedział: - Tak? Ona powiedziała: - Nie. Minęły lata. I znów noc, księżyc i cisza. On i Ona. Ona powiedziała: - Tak? On powiedział: - Nie. I znów minęły lata. On powiedział: - Tak? Ona odpowiedziała: - Tak! Cóż, kiedy lata już były nie te...Wypijmy za to, byśmy wszystko w życiu robili w porę!"
A oto przykład toastu nieco przewrotnego: "Żmija na grzbiecie żółwia przepływała przez rzekę. Żmija pomyślała: ugryzłabym, ale mnie zrzuci. Żółw pomyślał: zrzuciłbym ją, ale ugryzie. Wypijmy za wzajemne zaufanie!"
A teraz przejdźmy do wesela. Czego życzymy w Polsce młodej parze? "Stu lat życia w szczęściu!", "Wielu radosnych dni razem!" - takie i i temu podobne toasty dominują w naszych salach weselnych. Gruzin czymś tak banalnym się nie splami i wznosząc kielich wina powie: "Bądźcie razem tak długo, aż ryba znienawidzi wodę!". Niby to samo, a przecież jakże inaczej.
Przejdźmy teraz do ulubionego toastu polskich mężczyzn, czyli do: "Zdrowie pięknych pań!". Toast ten, pozornie niewinny, natychmiast wywołuje serię seksistowskich uzupełnień, np.: "...ale najpierw gospodyni domu" (w wersji á la Kiepski: "ale najpierw mojej starej"), pojawiają się pytania: "A mają przyjść?", wreszcie sam wznoszący toast nie daje się wyprzedzić i od razu wali: "Zdrowie pięknych pań i tu obecnych". Seksistowskie zachowania są w Gruzji zapewne bardziej ugruntowane niż w Polsce, są więc i w toastach, ale jakże lekko jest to podane. Oto przykład: "Jest wśród nas wiele pań. Chciałbym im powiedzieć, że kobieta dla mężczyzny jest jak kotwica dla okrętu. Wypijmy zatem za krążownik "Aurora", który miał aż cztery kotwice!"
Zwykłe, neutralne "Zdrowie pań" także nabiera w Gruzji głębszego znaczenia i jest dla kobiet zdecydowanie milsze: "Jakie są fazy życia kobiety? Jest ich siedem: niemowlę, dziewczynka, podlotek, młoda dziewczyna, młoda kobieta, młoda kobieta, młoda kobieta. Wypijmy za nasze zawsze młode panie!". Panowie - proponuję rozszerzyć repertuar!
A na koniec, zamiast naszego lakonicznego "Zdrowie gości!", proponuję coś znacznie lepszego: "Jeśli w smutku wspierają was przyjaciele, to zostaje z niego tylko połowa. Jeżeli przyjaciele się z wami radują, to ta radość staje się podwójna. Proponuję zatem toast za przyjaciół, którzy się tutaj zebrali, aby dzielić z nami smutki i mnożyć radości!". Dużo pracy jeszcze przed nami, ale przecież Polak potrafi. Pod warunkiem, że się przyłoży.

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 29 sierpnia 2013

MIESZKANIEC: Trudna sztuka konsultacji

Są różne "mądre" słowa, które robią nagle zadziwiającą karierę. Stają się czymś w rodzaju wytrycha, który do wszystkiego pasuje. Niestety, w praktyce często nie pasuje
Coś takiego dzieje się ze słowem rewitalizacja. Trudno nim trafić do ludzi. I tak w Warszawie już od dawna dużo się mówi o rewitalizacji przy różnych oficjalnych, urzędowych okazjach. Ale właśnie - urzędowych. Z mieszkańcami, na ulicy, na spotkaniach trzeba rozmawiać inaczej. Tylko jak? I w ogóle, dlaczego stało się to problemem?
Wiadomo, że prawobrzeżna Warszawa odstaje pod wieloma względami od reszty dzielnic warszawskich. Swoje pomysły na jej ożywienie i tym samym polepszenie jakości życia mieszkańców (czyli właśnie rewitalizację, choć okazuje się, że nie wszystko co przekłada się na poprawę jakości życia, np. remonty kamienic, zalicza się do rewitalizacji - nie wiem, dlaczego) zgłaszają liczne organizacje społeczne, które działają na tym terenie. Ale potrzebne są pieniądze. Ratusz gotów jest je wyłożyć, tym bardziej, że i Unia Europejska dokłada się na takie cele. Tyle, że Ratusz ma własne koncepcje, często rozbieżne z tymi społecznymi, a chodzi o to, by połączyć i zgrać wszystkie inicjatywy, i w dodatku uzyskać dla nich akceptację mieszkańców, a przynajmniej jak najpełniej uwzględnić ich głos. Rzecz w tym, by do nich dotrzeć i wciągnąć do dyskusji, a to nie takie proste.
Otrzymaliśmy więc na razie opracowany przez Ratusz dokument "Założenia do Zintegrowanego Programu Rewitalizacji na lata 2014 -2020", który ma być poddany szerokiej konsultacji społecznej. Już sam tytuł trochę odstrasza, a przestudiowanie całego dokumentu wymaga dużego samozaparcia, a nawet słownika wyrazów obcych (patrz: ewaluacja). Ratusz potrafi być jednak samokrytyczny, więc zorganizował najpierw, z udziałem wiceprezydenta Michała Olszewskiego, konsultacje w sprawie...trybu konsultacji. Te właściwe mają się rozpocząć w drugiej połowie września i zakończyć po 1-2 miesiącach.
Z Założeń wynika, że siły i środki mają być skupione w części Pragi Północ, Pragi Południa oraz Targówka. Granica wybranego obszaru przebiega wzdłuż ul. Starzyńskiego do Ronda Żaba, ul. Św. Wincentego, ul. Samarytanka, ul. Gilarską, ul. Fantazyjną, ul. Radzymińską (na wysokości ul. Kraśnickiej) ul. Kraśnicką (do linii kolejowej), ul. gen. T. Rozwadowskiego, ul. Księcia Ziemowita, ul. Klementowicką, (w dół do ul. Rzecznej), ul. Rzeczną, ul. Księcia Ziemowita, ul. Dziewanny, (w prostej linii do ul. Siarczanej), ul. Siarczaną, następnie wzdłuż linii kolejowej do ul. Wiatracznej, al. Jerzego Waszyngtona do rzeki Wisły aż do ul. Starzyńskiego (proponuję wyrysować to sobie na mapie). W ramach tego obszaru wydzielono podobszary.
Nie do końca jasne są dla mnie kryteria wyboru. W Założeniach informuje się, że poprzedziły je rozmaite diagnozy, ekspertyzy i debaty z udziałem naukowców, przedstawicieli organizacji pozarządowych, urbanistów, architektów, planistów itp. Kluczem było z jednej strony znaczenie tych obszarów dla zrównoważonego rozwoju miasta, a z drugiej stopień ich degradacji. Jak sądzę, mieszkańcy obszarów pominiętych mogą być odmiennego zdania (i słychać, że już są), ale oni nie będą brali udziału w konsultacjach. A może też powinni?
W efekcie realizacji Programu ma nastąpić ożywienie społeczno-gospodarcze tych miejsc, rozwój turystyki i kultury (mam nadzieję, że ostateczną stałą siedzibę i kształt zyska wreszcie Muzeum Praskie), zwiększenie bezpieczeństwa mieszkańców oraz poprawa możliwości komunikacyjnych wewnątrz osiedli, a także integracja mieszkańców, zapobieganie i przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu.
Cele szczytne. Oby z dużej chmury nie było małego deszczu, a konkretne informacje - bez wytrychów - trafiły w porę do mieszkańców. Ratusz bardzo liczy m.in. na lokalną prasę, ale sam też musi się bardziej przyłożyć. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 8 sierpnia 2013

MIESZKANIEC: Praski sierpień

Kiedy będziecie Państwo czytać ten felieton, od 69. rocznicy Powstania Warszawskiego minie tydzień. Ucichną już zapewne spory o sens powstańczego zrywu i komentarze, dotyczące zachowania tłumu przy grobach powstańców. Oto polski rytuał: na 7 dni przed i przez trzy dni po kolejnej rocznicy w mediach się gotuje, trwa licytowanie się, kto jest większym patriotą, patos leje się wiadrami - a potem zapada cisza, trwająca przez pozostałe 355 dni. To cud, że żyjący jeszcze kombatanci to wytrzymują, ale po prawdzie dzielność mają w genach. W tych dniach przełomu lipca i sierpnia miałem okazję spotkać niektórych z nich i usłyszeć kawałek "żywej" historii. Jak co roku wziąłem udział w oddawaniu hołdu w miejscach walk i tragicznych wydarzeń, które w 1944 r. miały miejsce na Pradze. Skromne to były spotkania, ale niezwykle naturalne i wzruszające. Bo na Pradze, proszę Państwa, także było powstanie. Krótkie, bo tylko 6-dniowe, ale krwawe i intensywne. Zmobilizowano 6 tys. ludzi, ale jakąkolwiek broń miał tylko co dwudziesty (!). Moja 93 - letnia dziś mama miała wtedy 24 lata i pseudonim "Sarna". 1 sierpnia, zgodnie z rozkazem, o godzinie 17-ej stawiła się w rzeźni na Sierakowskiego. Zgromadziło się tam wielu żołnierzy AK. I po trzech dniach czekania rozeszli się - nie było dla nich żadnej broni. Powstańcy na Pradze podjęli nierówną walkę - trzystu zginęło, sześciuset zostało rannych. Dziś ci, którzy przeżyli i dożyli, spotykają się przy tablicach z "kotwicą" AK, składają wieńce, wspominają i modlą się. Wśród nich p. porucznik Barbara Kolińska, łączniczka, ps. "Basia", urocza, starsza pani w wieku - mam nadzieję, że mi wybaczy tę niedyskrecję - 91 lat. O wydarzeniach sprzed 70 lat opowiada tak, jakby to było wczoraj. Wieńce składał z nami także wspaniały społecznik, p. Tadeusz Burchacki, z zawodu inżynier, z zamiłowania historyk, inicjator wmurowania w Warszawie około setki tablic, upamiętniających ważne wydarzenia, w tym prawie połowy na Pradze.
Powstańcom warszawskim nie było łatwo dożyć dzisiejszych czasów. Nie tylko dlatego, że ginęli w walce, umierali od ran, tracili zdrowie. Wielu z nich musiało jeszcze przeżyć represje stalinowskie. Cudem udało się to Antoniemu Żurowskiemu, dowódcy powstania na Pradze. W 1945 r. zaufał władzy ludowej, ujawnił się i wzywał do ujawnienia swoich podwładnych. W rewanżu został aresztowany i skazany na karę śmierci. Odbity z transportu przez "żołnierzy wyklętych" ukrywał się przez następnych 11 lat (!), aż przyszła październikowa odwilż i został zrehabilitowany. Tego szczęścia nie miał Bronisław Chajęcki, który jako zastępca prezydenta Starzyńskiego dowodził cywilną obroną Pragi. Potem działał w konspiracji, a w 1945 r. zgłosił się do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie przeszedł szlak bojowy i dosłużył się stopnia kapitana. Wszystko na nic. W 1948 r. został aresztowany i skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano.
Powstanie zakończyło się militarną i polityczną klęską, decyzję o jego wybuchu podjęto w oparciu o błędne rozpoznanie postępów Armii Czerwonej. Ale jeśli spytacie mnie o moje zdanie na temat przywódców Powstania, odpowiem słowami Papieża Franciszka: "A kim ja jestem, aby ich osądzać?". Nie przeżyłem pięciu lat okrutnej okupacji, nie oglądałem śmierci tysięcy ludzi, codziennie mordowanych na ulicach, w więzieniach i podwarszawskich lasach, nie oddychałem powietrzem i atmosferą tamtej Warszawy. Dziś moim obowiązkiem jest być z tymi, którzy przeżyli i poświęcić chwilę zadumy tym, którzy zginęli - żołnierzom i jeszcze liczniejszym cywilom. Tak było, jest i będzie.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

P.S. W składaniu wieńców towarzyszyli nam kibice Legii. Niczego nie skandowali, nie palili rac, za to opiekowali się kombatantami. O kibicach mówi się na ogół nie najlepiej, więc dla równowagi przypominam i taką ich postawę.

czwartek, 25 lipca 2013

MIESZKANIEC: Poseł sobie rymnął

Lato skłania do poruszania tzw. tematów lekkich. Zawsze zastanawiał mnie, a momentami wręcz frapował język parlamentarny. Jeśli przypomnimy sobie słowa wieszcza: "Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa"(dla zapominalskich: Juliusz Słowacki - "Beniowski"), po czym posłuchamy, co i jak mówią posłowie, to ich język może i jest giętki, ale jaka się kryje za nim myśl - często trudno odgadnąć.
Weźmy za przykład ostatnią debatę budżetową. Debata budżetowa należy do najważniejszych w parlamencie, posłowie powinni więc być do niej dobrze przygotowani, by nie trwonić cennego czasu Wysokiej Izby. I otóż dowiedzieliśmy się od prominentnej posłanki opozycji, że to nie jest projekt ustawy budżetowej, a bańka budżetowa. Zdaniem innego posła, budżet jest tak kruchy jak choinkowa bombka, wystarczy ścisnąć i pęknie. Kolejny stwierdził, że napisany został w oparciu o fusy z ministerialnych kaw i karcianych wróżb. Następny sobie rymnął mówiąc, że budżet koalicji PO-PSL, to paragrafy, działy i rozdziały, żeby ludziska w Polsce nie wiedziały, gdzie się pieniądze podziały. Pewna posłanka przeszkadzała przemawiającemu przedstawicielowi koalicji, krzycząc co chwila, że ten budżet to kabaret i upominając go, by nie kłamał tak bezczelnie. Jej kolega klubowy najpierw dowodził: to, co budowaliście, to nie zielona wyspa, ale może bagno, z piękną, wspaniałą, kwitnącą na zielono roślinnością bagienną. Czyli jesteśmy na bagnie. By za chwilę ostrzec: byliśmy na zielonej wyspie, ale niestety czeka nas pustynia.
Coś tu na bakier z logiką.
Powtarzano, iż ten budżet jest abstrakcją, obłudą, fikcją. Kłopot w tym, że mało kto proponował, jak go poprawić. No, chyba że uznamy za taką propozycję skasowanie w kalendarzu grudnia (sic!), żeby szpitale nie miały kłopotów z pieniędzmi.
Po atakach opozycji, nastąpiła kontrofensywa koalicji. Mówiono, że opozycja ekonomię myli z astrologią. Na szczęście prognozy jakoś się nie sprawdzają. (Oj, ostrożnie, bo nowelizacja budżetu blisko!).
Ktoś zastanawiał się, jak prowadzić poważny dyskurs w takich warunkach i powołał się na ojca, który go przestrzegał: Nie kop się, synu, z koniem. Owszem, możesz, ale przyjemność żadna. Padł zarzut o zastępowaniu merytorycznej dyskusji sztuczkami poniżej pasa.
Czy tak jest co roku? Sięgnąłem do stenogramu z zeszłorocznej debaty budżetowej, by sprawdzić, czy wtedy było tak samo. Otóż, było. Posłanka Beata S.: Projekt budżetu nie jest realny - to jest tylko jakaś atrapa. Instrument doraźnej gry politycznej. Poseł Janusz P.:To jest bełkot. Bardziej wiarygodnie brzmi dla mnie Pismo Święte. Mówię to, jako człowiek niewierzący. Armand R.: Patrząc na ten budżet - totalna lipa, totalna katastrofa. Andrzej R. zwrócił się do ministra Rostowskiego w te oto słowa: Czy aby na pewno jest pan profesjonalistą, jakim się pan często mieni, czy też jest pan przysłowiowym bajkopisarzem opowiadającym bajki, jak pan premier, o zielonej wyspie? A może jest pan brytyjskim tajfunem, który rozszalał się w sferze polskiego zadłużenia? A może, panie ministrze, jest pan magikiem, a być może i sztukmistrzem z Londynu, dla którego wskaźniki makroekonomiczne w budżecie i tak nie mają większego znaczenia? Pański budżet na rok 2012 wygląda jak królik wyciągnięty z kapelusza. Porównał też ministra do Nikodema Dyzmy.
I tak toczą się te dialogi na cztery nogi. Przewidziała je już wiele lat temu Agnieszka Osiecka, pisząc: "Gadu, gadu, gadu - nocą, baju, baju, baju - w dzień".

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 4 lipca 2013

MIESZKANIEC: Facet z honorem


Adam Grzegrzółka, burmistrz Białołęki podał się do dymisji po tym, jak został zatrzymany przez policję za jazdę na rowerze pod wpływem alkoholu (0,9 promille). Smutny to fakt.  Alkoholizm jest plagą, z którą w Polsce nie potrafimy się uporać. Nietrzeźwi kierowcy samochodów doprowadzają do wielu tragedii na drogach. Nietrzeźwi rowerzyści nie są wprawdzie równie wielkim zagrożeniem - sami nie zabijają, ale swoim nieprzewidywalnym zachowaniem, np. jazdą wężykiem, stwarzają na jezdni niebezpieczne sytuacje i są pośrednimi sprawcami groźnych wypadków. Słusznie więc ich także obowiązuje kodeks drogowy. Przepisy mówią, że gdy rowerzysta ma więcej niż pół promila alkoholu w organizmie, mamy do czynienia z przestępstwem i nie ma co dyskutować na ten temat.
Walka z pijanymi kierowcami przypomina walkę z wiatrakami, ponieważ nie spotykają się oni z powszechnym potępieniem społecznym. Bić się w piersi powinny zwłaszcza osoby publiczne, które wzajemnie rozgrzeszają się z jazdy na podwójnym gazie, a gdy zostaną przyłapane, zachowują się często buńczucznie i próbują uniknąć odpowiedzialności. Mieliśmy takie przypadki, niektóre zostały sfilmowane przez dziennikarzy, wśród parlamentarzystów, radnych, burmistrzów wielu miast. Koledzy stają za nimi murem, wymyślają różne karkołomne usprawiedliwienia. Nikt nie traci z tego powodu funkcji.
Na tym tle przypadek Adama Grzegrzółki jest wyjątkowy i choć z jednej strony - smutny, to z drugiej - paradoksalnie, budujący. Facet zachował się z honorem! Policjanci, którzy go zatrzymali, podkreślali, że był grzeczny, kulturalny, wypełniał polecenia. Złościł się nie na nich, lecz na siebie. Potem przeprosił swoich wyborców i prezydent miasta. Powiedział, że takie zdarzenie nie powinno absolutnie mieć miejsca i że poniesie konsekwencje z tym związane. Jakże inaczej zareagowała znana dziennikarka zatrzymana w mniej więcej tym samym czasie na warszawskich ulicach, również na rowerze (1,1 promille), która - jak donoszą media - zrugała policjantów, twierdziła, że jako dziennikarka nie powinna zostać zatrzymana, powołując się na szereg znajomości groziła im zwolnieniem z pracy, mówiła, że doszło do wielkiego nadużycia, bo wypiła tylko jedno piwo itp.
Modelowe zachowanie byłego już burmistrza Białołęki wobec policjantów, jego skrucha, pokajanie się przed wyborcami o tyle mnie nie dziwią, że jako senator poznałem go z jak najlepszej strony, gdy był wiceburmistrzem na Pradze Południe. Wybierałem się do niego z jakąś sprawą, spytałem więc znajomych polityków, jakiego rodzaju to człowiek. Usłyszałem, że sztywny i nieużyty. Okazało się, że rzeczywiście nie jest to tzw. brat-łata. Za to dobrze zna przepisy i ściśle je stosuje. Jest rzetelny w tym, co mówi i robi. Ma swoje zdanie. Nie kręci. Może dlatego uchodził za nieużytego. Nie zdziwiłem się też, że awansował na burmistrza Białołęki. Jego kariera została przerwana. Myślę jednak, że przewinienie, którego się dopuścił - aczkolwiek niewątpliwe - nie wynikało z alkoholowych skłonności. No i mimo wszystko co innego zasiąść po spożyciu alkoholu za kierownicą samochodu, a co innego na rowerze. Dlatego uważam, że nie powinniśmy go skreślać. Po pewnym okresie karencji powinien wrócić, moim zdaniem, do pracy w sektorze publicznym, bo się do tego nadaje. Rozstając się więc z Adamem Grzegrzółką jako burmistrzem Białołęki nie mówię mu: żegnaj. Mówię do zobaczenia i dziękuję za postawę i klasę, jaką wykazał w tej przykrej dla siebie sytuacji.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 13 czerwca 2013

ECHO TARGÓWKA: Śmieci? Najlepiej zróbmy to etapami

Niestety, moje obawy, że temat śmieci, który do niedawna wydawał się w Warszawie marginalny, będzie nam zaprzątać głowę jeszcze długo, potwierdziły się. Krajowa Izba Odwoławcza nakazała miastu zmianę warunków przetargu na wywóz śmieci, ponieważ preferowały one Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, które obsługuje ok. 30 proc. warszawskiego rynku śmieci. W tej sytuacji nowy system nie będzie mógł ruszyć od 1 lipca. Ratusz się z tym pogodził i nie zamierza odwoływać się do sądu. Prezydent dała sobie czas do końca roku na zorganizowanie i rozstrzygnięcie nowego przetargu, a do tego czasu będzie "prawie po staremu", to znaczy spółdzielnie, wspólnoty, mieszkańcy mogą zawrzeć umowę na wywóz śmieci z dowolną firmą (miasto zakłada, że będzie to ta sama firma co do tej pory, w sumie jest ich 81), tyle że skomplikuje się przepływ pieniędzy. Spółdzielnia lub wspólnota pobierze je od lokatorów i przekaże do kasy miejskiej (mieszkańcy domków jednorodzinnych zrobią to samodzielnie), a miasto zapłaci firmom. Jest to wariant przewidziany w ustawie na wypadek, gdy gmina "nie realizuje obowiązku odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości", z prawnego punktu widzenia nie ma się więc do czego przyczepić. Jak wiadomo jednak "prawie robi wielką różnicę...". Mieszkańcy, którzy już pozrywali umowy z firmami, obawiają się, że nie wszystkie będą zainteresowane ich odnowieniem, chociaż Hanna Gronkiewicz-Waltz, która po zdymisjonowaniu wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka przejęła nadzór nad reformą śmieciową, zapewnia - po spotkaniach z przedsiębiorcami - że tak. Obiecuje też mieszkańcom i właścicielom nieruchomości, że nie będą musieli niczego sami załatwiać z firmami. Wszystko zrobią za nich urzędnicy. A na wypadek awaryjnych sytuacji, gdyby firma nie przyjechała po śmieci, miasto będzie miało do dyspozycji śmieciarki. Dodatkowy czas należy wykorzystać na konsultacje ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które uskarżały się na niedostateczne uwzględnienie ich uwag. Pojawiają się jednak nowe pytania i wątpliwości. Skoro nic się nie zmieni (te same firmy, te same pojemniki, ta sama częstotliwość odbioru), to dlaczego mają być nowe stawki opłat za wywóz śmieci? Wprawdzie niższe niż te przyjęte przez radnych w marcu (ratusz  zaproponował 10 zł od osoby, co potwierdza, że w marcu przyjęto stawki zbyt wysokie - 19 zł od osoby), ale jednakowe dla wszystkich, uśrednione, co oznacza, że niektórzy zapłacą mniej niż do tej pory, inni za to więcej. Jedni więc stracą, inni zyskają i znowu będzie grupa niezadowolonych. Nie prościej byłoby pozostawić do końca roku dotychczasowych kwot i zrobić wszystko po kolei? To znaczy najpierw rozstrzygnąć przetarg na wywóz śmieci, a dopiero potem ustalić jednolite opłaty dla mieszkańców. Po co nam "powtórka z rozrywki" i jeszcze większe zamieszanie? Po wpadce, która się przydarzyła, trzeba zrobić wszystko, by uniknąć kolejnej. Tym razem nie ma już pośpiechu. Ustawa nie mówi, jak długo może trwać stan przejściowy. Na zeszłotygodniowym posiedzeniu rady miasta zaproponowałem w związku z tym dwie rzeczy. Po pierwsze, aby dodatkowy czas wykorzystać na konsultacje ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które uskarżały się na niedostateczne uwzględnienie ich uwag. Po drugie zaś, aby nowy system wprowadzać w Warszawie etapami. Zróbmy najpierw przetarg w kilku dzielnicach, a dopiero po kilkumiesięcznym testowaniu - w pozostałych. Jeśli coś będzie szwankować, pojawią się problemy, to będzie je można wyprzedzająco rozwiązywać. Rozstrzygnięcie wszystkiego w jednym przetargu i wprowadzenie reformy śmieciowej od razu w 18 warszawskich dzielnicach oceniam - sądząc z dotychczasowych doświadczeń - jako ryzykowne. A przecież chodzi też o to, by uczyć się na błędach. Niektórzy uważają, że przesunięcie rewolucji w śmieciach może mieć i dobre strony. Wszak "Mądry Polak po szkodzie..."Bywa i tak. Niestety, zapewnienia urzędników, że opanują sytuację, jakoś mi nie wystarczają. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl