czwartek, 29 sierpnia 2013

MIESZKANIEC: Trudna sztuka konsultacji

Są różne "mądre" słowa, które robią nagle zadziwiającą karierę. Stają się czymś w rodzaju wytrycha, który do wszystkiego pasuje. Niestety, w praktyce często nie pasuje
Coś takiego dzieje się ze słowem rewitalizacja. Trudno nim trafić do ludzi. I tak w Warszawie już od dawna dużo się mówi o rewitalizacji przy różnych oficjalnych, urzędowych okazjach. Ale właśnie - urzędowych. Z mieszkańcami, na ulicy, na spotkaniach trzeba rozmawiać inaczej. Tylko jak? I w ogóle, dlaczego stało się to problemem?
Wiadomo, że prawobrzeżna Warszawa odstaje pod wieloma względami od reszty dzielnic warszawskich. Swoje pomysły na jej ożywienie i tym samym polepszenie jakości życia mieszkańców (czyli właśnie rewitalizację, choć okazuje się, że nie wszystko co przekłada się na poprawę jakości życia, np. remonty kamienic, zalicza się do rewitalizacji - nie wiem, dlaczego) zgłaszają liczne organizacje społeczne, które działają na tym terenie. Ale potrzebne są pieniądze. Ratusz gotów jest je wyłożyć, tym bardziej, że i Unia Europejska dokłada się na takie cele. Tyle, że Ratusz ma własne koncepcje, często rozbieżne z tymi społecznymi, a chodzi o to, by połączyć i zgrać wszystkie inicjatywy, i w dodatku uzyskać dla nich akceptację mieszkańców, a przynajmniej jak najpełniej uwzględnić ich głos. Rzecz w tym, by do nich dotrzeć i wciągnąć do dyskusji, a to nie takie proste.
Otrzymaliśmy więc na razie opracowany przez Ratusz dokument "Założenia do Zintegrowanego Programu Rewitalizacji na lata 2014 -2020", który ma być poddany szerokiej konsultacji społecznej. Już sam tytuł trochę odstrasza, a przestudiowanie całego dokumentu wymaga dużego samozaparcia, a nawet słownika wyrazów obcych (patrz: ewaluacja). Ratusz potrafi być jednak samokrytyczny, więc zorganizował najpierw, z udziałem wiceprezydenta Michała Olszewskiego, konsultacje w sprawie...trybu konsultacji. Te właściwe mają się rozpocząć w drugiej połowie września i zakończyć po 1-2 miesiącach.
Z Założeń wynika, że siły i środki mają być skupione w części Pragi Północ, Pragi Południa oraz Targówka. Granica wybranego obszaru przebiega wzdłuż ul. Starzyńskiego do Ronda Żaba, ul. Św. Wincentego, ul. Samarytanka, ul. Gilarską, ul. Fantazyjną, ul. Radzymińską (na wysokości ul. Kraśnickiej) ul. Kraśnicką (do linii kolejowej), ul. gen. T. Rozwadowskiego, ul. Księcia Ziemowita, ul. Klementowicką, (w dół do ul. Rzecznej), ul. Rzeczną, ul. Księcia Ziemowita, ul. Dziewanny, (w prostej linii do ul. Siarczanej), ul. Siarczaną, następnie wzdłuż linii kolejowej do ul. Wiatracznej, al. Jerzego Waszyngtona do rzeki Wisły aż do ul. Starzyńskiego (proponuję wyrysować to sobie na mapie). W ramach tego obszaru wydzielono podobszary.
Nie do końca jasne są dla mnie kryteria wyboru. W Założeniach informuje się, że poprzedziły je rozmaite diagnozy, ekspertyzy i debaty z udziałem naukowców, przedstawicieli organizacji pozarządowych, urbanistów, architektów, planistów itp. Kluczem było z jednej strony znaczenie tych obszarów dla zrównoważonego rozwoju miasta, a z drugiej stopień ich degradacji. Jak sądzę, mieszkańcy obszarów pominiętych mogą być odmiennego zdania (i słychać, że już są), ale oni nie będą brali udziału w konsultacjach. A może też powinni?
W efekcie realizacji Programu ma nastąpić ożywienie społeczno-gospodarcze tych miejsc, rozwój turystyki i kultury (mam nadzieję, że ostateczną stałą siedzibę i kształt zyska wreszcie Muzeum Praskie), zwiększenie bezpieczeństwa mieszkańców oraz poprawa możliwości komunikacyjnych wewnątrz osiedli, a także integracja mieszkańców, zapobieganie i przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu.
Cele szczytne. Oby z dużej chmury nie było małego deszczu, a konkretne informacje - bez wytrychów - trafiły w porę do mieszkańców. Ratusz bardzo liczy m.in. na lokalną prasę, ale sam też musi się bardziej przyłożyć. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 8 sierpnia 2013

MIESZKANIEC: Praski sierpień

Kiedy będziecie Państwo czytać ten felieton, od 69. rocznicy Powstania Warszawskiego minie tydzień. Ucichną już zapewne spory o sens powstańczego zrywu i komentarze, dotyczące zachowania tłumu przy grobach powstańców. Oto polski rytuał: na 7 dni przed i przez trzy dni po kolejnej rocznicy w mediach się gotuje, trwa licytowanie się, kto jest większym patriotą, patos leje się wiadrami - a potem zapada cisza, trwająca przez pozostałe 355 dni. To cud, że żyjący jeszcze kombatanci to wytrzymują, ale po prawdzie dzielność mają w genach. W tych dniach przełomu lipca i sierpnia miałem okazję spotkać niektórych z nich i usłyszeć kawałek "żywej" historii. Jak co roku wziąłem udział w oddawaniu hołdu w miejscach walk i tragicznych wydarzeń, które w 1944 r. miały miejsce na Pradze. Skromne to były spotkania, ale niezwykle naturalne i wzruszające. Bo na Pradze, proszę Państwa, także było powstanie. Krótkie, bo tylko 6-dniowe, ale krwawe i intensywne. Zmobilizowano 6 tys. ludzi, ale jakąkolwiek broń miał tylko co dwudziesty (!). Moja 93 - letnia dziś mama miała wtedy 24 lata i pseudonim "Sarna". 1 sierpnia, zgodnie z rozkazem, o godzinie 17-ej stawiła się w rzeźni na Sierakowskiego. Zgromadziło się tam wielu żołnierzy AK. I po trzech dniach czekania rozeszli się - nie było dla nich żadnej broni. Powstańcy na Pradze podjęli nierówną walkę - trzystu zginęło, sześciuset zostało rannych. Dziś ci, którzy przeżyli i dożyli, spotykają się przy tablicach z "kotwicą" AK, składają wieńce, wspominają i modlą się. Wśród nich p. porucznik Barbara Kolińska, łączniczka, ps. "Basia", urocza, starsza pani w wieku - mam nadzieję, że mi wybaczy tę niedyskrecję - 91 lat. O wydarzeniach sprzed 70 lat opowiada tak, jakby to było wczoraj. Wieńce składał z nami także wspaniały społecznik, p. Tadeusz Burchacki, z zawodu inżynier, z zamiłowania historyk, inicjator wmurowania w Warszawie około setki tablic, upamiętniających ważne wydarzenia, w tym prawie połowy na Pradze.
Powstańcom warszawskim nie było łatwo dożyć dzisiejszych czasów. Nie tylko dlatego, że ginęli w walce, umierali od ran, tracili zdrowie. Wielu z nich musiało jeszcze przeżyć represje stalinowskie. Cudem udało się to Antoniemu Żurowskiemu, dowódcy powstania na Pradze. W 1945 r. zaufał władzy ludowej, ujawnił się i wzywał do ujawnienia swoich podwładnych. W rewanżu został aresztowany i skazany na karę śmierci. Odbity z transportu przez "żołnierzy wyklętych" ukrywał się przez następnych 11 lat (!), aż przyszła październikowa odwilż i został zrehabilitowany. Tego szczęścia nie miał Bronisław Chajęcki, który jako zastępca prezydenta Starzyńskiego dowodził cywilną obroną Pragi. Potem działał w konspiracji, a w 1945 r. zgłosił się do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie przeszedł szlak bojowy i dosłużył się stopnia kapitana. Wszystko na nic. W 1948 r. został aresztowany i skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano.
Powstanie zakończyło się militarną i polityczną klęską, decyzję o jego wybuchu podjęto w oparciu o błędne rozpoznanie postępów Armii Czerwonej. Ale jeśli spytacie mnie o moje zdanie na temat przywódców Powstania, odpowiem słowami Papieża Franciszka: "A kim ja jestem, aby ich osądzać?". Nie przeżyłem pięciu lat okrutnej okupacji, nie oglądałem śmierci tysięcy ludzi, codziennie mordowanych na ulicach, w więzieniach i podwarszawskich lasach, nie oddychałem powietrzem i atmosferą tamtej Warszawy. Dziś moim obowiązkiem jest być z tymi, którzy przeżyli i poświęcić chwilę zadumy tym, którzy zginęli - żołnierzom i jeszcze liczniejszym cywilom. Tak było, jest i będzie.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

P.S. W składaniu wieńców towarzyszyli nam kibice Legii. Niczego nie skandowali, nie palili rac, za to opiekowali się kombatantami. O kibicach mówi się na ogół nie najlepiej, więc dla równowagi przypominam i taką ich postawę.

czwartek, 25 lipca 2013

MIESZKANIEC: Poseł sobie rymnął

Lato skłania do poruszania tzw. tematów lekkich. Zawsze zastanawiał mnie, a momentami wręcz frapował język parlamentarny. Jeśli przypomnimy sobie słowa wieszcza: "Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa"(dla zapominalskich: Juliusz Słowacki - "Beniowski"), po czym posłuchamy, co i jak mówią posłowie, to ich język może i jest giętki, ale jaka się kryje za nim myśl - często trudno odgadnąć.
Weźmy za przykład ostatnią debatę budżetową. Debata budżetowa należy do najważniejszych w parlamencie, posłowie powinni więc być do niej dobrze przygotowani, by nie trwonić cennego czasu Wysokiej Izby. I otóż dowiedzieliśmy się od prominentnej posłanki opozycji, że to nie jest projekt ustawy budżetowej, a bańka budżetowa. Zdaniem innego posła, budżet jest tak kruchy jak choinkowa bombka, wystarczy ścisnąć i pęknie. Kolejny stwierdził, że napisany został w oparciu o fusy z ministerialnych kaw i karcianych wróżb. Następny sobie rymnął mówiąc, że budżet koalicji PO-PSL, to paragrafy, działy i rozdziały, żeby ludziska w Polsce nie wiedziały, gdzie się pieniądze podziały. Pewna posłanka przeszkadzała przemawiającemu przedstawicielowi koalicji, krzycząc co chwila, że ten budżet to kabaret i upominając go, by nie kłamał tak bezczelnie. Jej kolega klubowy najpierw dowodził: to, co budowaliście, to nie zielona wyspa, ale może bagno, z piękną, wspaniałą, kwitnącą na zielono roślinnością bagienną. Czyli jesteśmy na bagnie. By za chwilę ostrzec: byliśmy na zielonej wyspie, ale niestety czeka nas pustynia.
Coś tu na bakier z logiką.
Powtarzano, iż ten budżet jest abstrakcją, obłudą, fikcją. Kłopot w tym, że mało kto proponował, jak go poprawić. No, chyba że uznamy za taką propozycję skasowanie w kalendarzu grudnia (sic!), żeby szpitale nie miały kłopotów z pieniędzmi.
Po atakach opozycji, nastąpiła kontrofensywa koalicji. Mówiono, że opozycja ekonomię myli z astrologią. Na szczęście prognozy jakoś się nie sprawdzają. (Oj, ostrożnie, bo nowelizacja budżetu blisko!).
Ktoś zastanawiał się, jak prowadzić poważny dyskurs w takich warunkach i powołał się na ojca, który go przestrzegał: Nie kop się, synu, z koniem. Owszem, możesz, ale przyjemność żadna. Padł zarzut o zastępowaniu merytorycznej dyskusji sztuczkami poniżej pasa.
Czy tak jest co roku? Sięgnąłem do stenogramu z zeszłorocznej debaty budżetowej, by sprawdzić, czy wtedy było tak samo. Otóż, było. Posłanka Beata S.: Projekt budżetu nie jest realny - to jest tylko jakaś atrapa. Instrument doraźnej gry politycznej. Poseł Janusz P.:To jest bełkot. Bardziej wiarygodnie brzmi dla mnie Pismo Święte. Mówię to, jako człowiek niewierzący. Armand R.: Patrząc na ten budżet - totalna lipa, totalna katastrofa. Andrzej R. zwrócił się do ministra Rostowskiego w te oto słowa: Czy aby na pewno jest pan profesjonalistą, jakim się pan często mieni, czy też jest pan przysłowiowym bajkopisarzem opowiadającym bajki, jak pan premier, o zielonej wyspie? A może jest pan brytyjskim tajfunem, który rozszalał się w sferze polskiego zadłużenia? A może, panie ministrze, jest pan magikiem, a być może i sztukmistrzem z Londynu, dla którego wskaźniki makroekonomiczne w budżecie i tak nie mają większego znaczenia? Pański budżet na rok 2012 wygląda jak królik wyciągnięty z kapelusza. Porównał też ministra do Nikodema Dyzmy.
I tak toczą się te dialogi na cztery nogi. Przewidziała je już wiele lat temu Agnieszka Osiecka, pisząc: "Gadu, gadu, gadu - nocą, baju, baju, baju - w dzień".

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 4 lipca 2013

MIESZKANIEC: Facet z honorem


Adam Grzegrzółka, burmistrz Białołęki podał się do dymisji po tym, jak został zatrzymany przez policję za jazdę na rowerze pod wpływem alkoholu (0,9 promille). Smutny to fakt.  Alkoholizm jest plagą, z którą w Polsce nie potrafimy się uporać. Nietrzeźwi kierowcy samochodów doprowadzają do wielu tragedii na drogach. Nietrzeźwi rowerzyści nie są wprawdzie równie wielkim zagrożeniem - sami nie zabijają, ale swoim nieprzewidywalnym zachowaniem, np. jazdą wężykiem, stwarzają na jezdni niebezpieczne sytuacje i są pośrednimi sprawcami groźnych wypadków. Słusznie więc ich także obowiązuje kodeks drogowy. Przepisy mówią, że gdy rowerzysta ma więcej niż pół promila alkoholu w organizmie, mamy do czynienia z przestępstwem i nie ma co dyskutować na ten temat.
Walka z pijanymi kierowcami przypomina walkę z wiatrakami, ponieważ nie spotykają się oni z powszechnym potępieniem społecznym. Bić się w piersi powinny zwłaszcza osoby publiczne, które wzajemnie rozgrzeszają się z jazdy na podwójnym gazie, a gdy zostaną przyłapane, zachowują się często buńczucznie i próbują uniknąć odpowiedzialności. Mieliśmy takie przypadki, niektóre zostały sfilmowane przez dziennikarzy, wśród parlamentarzystów, radnych, burmistrzów wielu miast. Koledzy stają za nimi murem, wymyślają różne karkołomne usprawiedliwienia. Nikt nie traci z tego powodu funkcji.
Na tym tle przypadek Adama Grzegrzółki jest wyjątkowy i choć z jednej strony - smutny, to z drugiej - paradoksalnie, budujący. Facet zachował się z honorem! Policjanci, którzy go zatrzymali, podkreślali, że był grzeczny, kulturalny, wypełniał polecenia. Złościł się nie na nich, lecz na siebie. Potem przeprosił swoich wyborców i prezydent miasta. Powiedział, że takie zdarzenie nie powinno absolutnie mieć miejsca i że poniesie konsekwencje z tym związane. Jakże inaczej zareagowała znana dziennikarka zatrzymana w mniej więcej tym samym czasie na warszawskich ulicach, również na rowerze (1,1 promille), która - jak donoszą media - zrugała policjantów, twierdziła, że jako dziennikarka nie powinna zostać zatrzymana, powołując się na szereg znajomości groziła im zwolnieniem z pracy, mówiła, że doszło do wielkiego nadużycia, bo wypiła tylko jedno piwo itp.
Modelowe zachowanie byłego już burmistrza Białołęki wobec policjantów, jego skrucha, pokajanie się przed wyborcami o tyle mnie nie dziwią, że jako senator poznałem go z jak najlepszej strony, gdy był wiceburmistrzem na Pradze Południe. Wybierałem się do niego z jakąś sprawą, spytałem więc znajomych polityków, jakiego rodzaju to człowiek. Usłyszałem, że sztywny i nieużyty. Okazało się, że rzeczywiście nie jest to tzw. brat-łata. Za to dobrze zna przepisy i ściśle je stosuje. Jest rzetelny w tym, co mówi i robi. Ma swoje zdanie. Nie kręci. Może dlatego uchodził za nieużytego. Nie zdziwiłem się też, że awansował na burmistrza Białołęki. Jego kariera została przerwana. Myślę jednak, że przewinienie, którego się dopuścił - aczkolwiek niewątpliwe - nie wynikało z alkoholowych skłonności. No i mimo wszystko co innego zasiąść po spożyciu alkoholu za kierownicą samochodu, a co innego na rowerze. Dlatego uważam, że nie powinniśmy go skreślać. Po pewnym okresie karencji powinien wrócić, moim zdaniem, do pracy w sektorze publicznym, bo się do tego nadaje. Rozstając się więc z Adamem Grzegrzółką jako burmistrzem Białołęki nie mówię mu: żegnaj. Mówię do zobaczenia i dziękuję za postawę i klasę, jaką wykazał w tej przykrej dla siebie sytuacji.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 13 czerwca 2013

ECHO TARGÓWKA: Śmieci? Najlepiej zróbmy to etapami

Niestety, moje obawy, że temat śmieci, który do niedawna wydawał się w Warszawie marginalny, będzie nam zaprzątać głowę jeszcze długo, potwierdziły się. Krajowa Izba Odwoławcza nakazała miastu zmianę warunków przetargu na wywóz śmieci, ponieważ preferowały one Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, które obsługuje ok. 30 proc. warszawskiego rynku śmieci. W tej sytuacji nowy system nie będzie mógł ruszyć od 1 lipca. Ratusz się z tym pogodził i nie zamierza odwoływać się do sądu. Prezydent dała sobie czas do końca roku na zorganizowanie i rozstrzygnięcie nowego przetargu, a do tego czasu będzie "prawie po staremu", to znaczy spółdzielnie, wspólnoty, mieszkańcy mogą zawrzeć umowę na wywóz śmieci z dowolną firmą (miasto zakłada, że będzie to ta sama firma co do tej pory, w sumie jest ich 81), tyle że skomplikuje się przepływ pieniędzy. Spółdzielnia lub wspólnota pobierze je od lokatorów i przekaże do kasy miejskiej (mieszkańcy domków jednorodzinnych zrobią to samodzielnie), a miasto zapłaci firmom. Jest to wariant przewidziany w ustawie na wypadek, gdy gmina "nie realizuje obowiązku odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości", z prawnego punktu widzenia nie ma się więc do czego przyczepić. Jak wiadomo jednak "prawie robi wielką różnicę...". Mieszkańcy, którzy już pozrywali umowy z firmami, obawiają się, że nie wszystkie będą zainteresowane ich odnowieniem, chociaż Hanna Gronkiewicz-Waltz, która po zdymisjonowaniu wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka przejęła nadzór nad reformą śmieciową, zapewnia - po spotkaniach z przedsiębiorcami - że tak. Obiecuje też mieszkańcom i właścicielom nieruchomości, że nie będą musieli niczego sami załatwiać z firmami. Wszystko zrobią za nich urzędnicy. A na wypadek awaryjnych sytuacji, gdyby firma nie przyjechała po śmieci, miasto będzie miało do dyspozycji śmieciarki. Dodatkowy czas należy wykorzystać na konsultacje ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które uskarżały się na niedostateczne uwzględnienie ich uwag. Pojawiają się jednak nowe pytania i wątpliwości. Skoro nic się nie zmieni (te same firmy, te same pojemniki, ta sama częstotliwość odbioru), to dlaczego mają być nowe stawki opłat za wywóz śmieci? Wprawdzie niższe niż te przyjęte przez radnych w marcu (ratusz  zaproponował 10 zł od osoby, co potwierdza, że w marcu przyjęto stawki zbyt wysokie - 19 zł od osoby), ale jednakowe dla wszystkich, uśrednione, co oznacza, że niektórzy zapłacą mniej niż do tej pory, inni za to więcej. Jedni więc stracą, inni zyskają i znowu będzie grupa niezadowolonych. Nie prościej byłoby pozostawić do końca roku dotychczasowych kwot i zrobić wszystko po kolei? To znaczy najpierw rozstrzygnąć przetarg na wywóz śmieci, a dopiero potem ustalić jednolite opłaty dla mieszkańców. Po co nam "powtórka z rozrywki" i jeszcze większe zamieszanie? Po wpadce, która się przydarzyła, trzeba zrobić wszystko, by uniknąć kolejnej. Tym razem nie ma już pośpiechu. Ustawa nie mówi, jak długo może trwać stan przejściowy. Na zeszłotygodniowym posiedzeniu rady miasta zaproponowałem w związku z tym dwie rzeczy. Po pierwsze, aby dodatkowy czas wykorzystać na konsultacje ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które uskarżały się na niedostateczne uwzględnienie ich uwag. Po drugie zaś, aby nowy system wprowadzać w Warszawie etapami. Zróbmy najpierw przetarg w kilku dzielnicach, a dopiero po kilkumiesięcznym testowaniu - w pozostałych. Jeśli coś będzie szwankować, pojawią się problemy, to będzie je można wyprzedzająco rozwiązywać. Rozstrzygnięcie wszystkiego w jednym przetargu i wprowadzenie reformy śmieciowej od razu w 18 warszawskich dzielnicach oceniam - sądząc z dotychczasowych doświadczeń - jako ryzykowne. A przecież chodzi też o to, by uczyć się na błędach. Niektórzy uważają, że przesunięcie rewolucji w śmieciach może mieć i dobre strony. Wszak "Mądry Polak po szkodzie..."Bywa i tak. Niestety, zapewnienia urzędników, że opanują sytuację, jakoś mi nie wystarczają. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl

czwartek, 6 czerwca 2013

MIESZKANIEC: Burzowo nad Warszawą

Pisałem w marcu o swoich wątpliwościach związanych z wdrażaniem w Warszawie tzw. ustawy śmieciowej. Na jedną z nich, dotyczącą opłat za wywóz śmieci z domków jednorodzinnych, padła odpowiedź podczas ostatniej sesji Rady Warszawy. Zgodnie z propozycjami Ratusza radni zdecydowali, że gospodarstwa jednoosobowe zapłacą 44,5 zł, dwuosobowe 68 zł, a większe – 89 zł, czyli tyle, ile pierwotnie uchwalono dla wszystkich. Ale żeby nie było tak słodko, do mniejszych gospodarstw śmieciarki będą przyjeżdżać dwa i trzy razy w miesiącu, a nie cztery. Na odpowiedzi na resztę wątpliwości (wysokość opłat w ogóle, przetargi, problemy ze zsypami, pojemnikami, itp.) przyjdzie poczekać. Tymczasem szykuje się w stolicy kolejna burza. Ratusz zaproponował, by zatrudnionym w komunikacji miejskiej oraz ich rodzinom (dzieci, małżonkowie, konkubenci, rodzice, teściowie) odebrać prawo do bezpłatnych przejazdów a tzw. wcześniejszym emerytom i doktorantom 50% ulgi. Obliczono, że budżet zaoszczędzi dzięki temu 37 mln zł rocznie.
W związku z licznymi protestami skorygowano te propozycje, m.in. pozostawiając 50% ulgę doktorantom oraz przyznając ją wczesnym emerytom, ale tylko b. pracownikom komunikacji. Po tych autopoprawkach (radni mogli zapoznać się z nimi dopiero na sali, o co mieli słuszne pretensje) przewidywane oszczędności zmniejszą się o ok. 3 mln zł. Sesja była bardzo burzliwa. Zgromadzeni licznie związkowcy i pracownicy komunikacji brali żywy udział w dyskusji nie przebierając
w słowach. Nie sposób odmówić im całkiem racji. O ile jeszcze bym zrozumiał odebranie darmowych przejazdów rodzicom, teściom, a nawet małżonkom czy dzieciom - choć to już trudniej przełknąć, to pozbawianie ich pracowników budzi wątpliwości. Tym bardziej, że kosztują tylko 5 mln zł. W dodatku wcześniejszy emeryt „komunikacyjny” będzie miał ulgę, a pracownik w tym samym wieku – nie. Gdzie tu logika? Radny Michał Bitner tłumaczył w imieniu klubu PO, że darmowe bilety powinny być składnikiem wynagrodzeń (jak na PKP), zatem powinny być przedmiotem uzgodnień między pracodawcami (czyli spółkami komunikacyjnymi) i związkami zawodowymi. Zapewniał, że zarządy spółek są do tego gotowe. Nie przekonało to jednak zainteresowanych, którzy z okrzykiem „złodzieje” opuścili obrady zapowiadając, że tak sprawy nie zostawią. Jako polityk rozumiem przesunięcie kosztów przywilejów pracowniczych na poziom spółek, ale jako ekonomista – nie do końca. Wpływy z biletów pokrywają tylko ok. 30% kosztów komunikacji miejskiej. W ub. roku wyniosły 840 mln zł. Zatem przedsiębiorstwa komunikacyjne są na garnuszku miasta, które dopłaca im prawie 2 mld zł. Zysk mają minimalny. Jeśli zostaną zmuszone do przyznania uprawnień i ulg na kwotę kilku milionów, to odbije się to na ich przyszłorocznym funduszu płac - jak podejrzewają pracownicy, albo na inwestycjach. (Na sali nie było szefów spółek, więc nie mogli się na ten temat wypowiedzieć). Jeżeli natomiast budżet da na to dodatkowe pieniądze, to gdzie tu oszczędność? Pewne ulgi i uprawnienia – przynajmniej pracownikom – się należą. I to nie takie, o jakich mówił jeden z dyrektorów, że jak pracownik będzie wykonywał czynności służbowe, to pojedzie za darmo. Trudno, żeby płacił za bilet, jak prowadzi autobus! Radni opozycyjni byli na ogół zgodni w krytyce, ale jedna z propozycji PiS została przez inne ugrupowania zbyta milczeniem. Chodziło o przyznanie darmowych przejazdów także osobom pokrzywdzonym przez komunizm. Obawiam się, że taka ulga rozsadziłaby nie tylko budżet Warszawy. Wszak zdaniem PiS pokrzywdzony był cały naród.

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

piątek, 24 maja 2013

ECHO TARGÓWKA: Czy Żyd może handlować w szabas? Kroniki anińskie

Z czym kojarzy się Państwu Anin? Tzw. ludziom sercowym oczywiście z Instytutem Kardiologii, a tym trochę bardziej "wiekowym" z wyjazdami na majówkę czy inny "wyraj". Dla młodych to jedno z osiedli w Warszawie, mało znane, bo nie oferujące żadnych szczególnych rozrywek. Przyznam, że i ja tak myślałem, dopóki nie wpadła mi w ręce dwutomowa historia Anina, napisana przez Barbarę Wołodźko-Maziarską. Czym Gall Anonim dla Bolka Krzywoustego, a Wincenty Kadłubek dla Kazimierza Sprawiedliwego - tym pani Barbara dla Starego Anina. Na 600 stronach(!), z benedyktyńską dokładnością, opisuje historię każdej działki, każdej willi i kolejnych właścicieli. I nie jest to nudne! Historia Anina nie jest długa - ma niewiele ponad 100 lat. Jako teren zabudowany powstał na początku XX wieku w zaborze rosyjskim. Były to dziwne czasy. Kolej Warszawsko-Wiedeńska pokonywała dystans między Warszawą a Wiedniem szybciej niż dzisiaj, a plan zagospodarowania przestrzennego dla Anina opracowano w ciągu trzech lat! Niewiele starych domów jeszcze stoi - jak np. ten przy Widocznej 79, mający zresztą status zabytku i w których nadal mieszkają potomkowie dawnych właścicieli. Wynik w dzisiejszych czasach nieosiągalny. Plan geodezyjny wykonał mierniczy przysięgły Józef Pokrzywnicki, który wyznaczył 150 (kilka lat później dodano jeszcze 50) parceli, każda o powierzchni 1230 sążni kwadratowych (5600 mkw.), ułożonych jak pod sznurek, przedzielonych równoległymi uliczkami poziomymi i pionowymi - coś jak w Nowym Jorku. Już w 1909 r. wszystkie parcele zostały sprzedane i zaczęło się wielkie budowanie. Wielkie, ale niezbyt wysokie, bo rosyjscy artylerzyści musieli mieć z pobliskiego fortu dobry widok na Warszawę, w razie gdyby Polacy znów o jakimś buncie rozmyślali. Wille, które powstawały w Aninie, miały swój własny, niepowtarzalny styl. Drewniane, z werandami, bogato zdobione wycinanymi w drewnie elementami, okapy zakończone drewnianą "falbanką". A że rzeka Świder niedaleko, styl ten - parafrazując niemiecki "Biedermeier" - nazwano żartobliwie "Świdermajer". Z książki-przewodnika pani Barbary dowiadujemy się różnych ciekawych rzeczy. O właścicielach willi "Zdrowie": "Państwo Grotkiewiczowie, ludzie zapewne majętni, bo pan Grotkiewicz z zawodu był kolejarzem"(!). Mam nadzieję, że mojego felietonu nie czyta żaden kolejarz, bo mógłby wylądować w Aninie u kardiologów. A co się działo w willi "Helwitad"? Pani Bogusławska postanowiła wybrać żonę dla syna. W tym celu jej ciotka przywiozła(!) z Poznańskiego - bo tam "dziewczęta są pracowite, obowiązkowe i schludne" - trzy panienki. Jedną z nich, Marysię, zatrzymano, ale "ponieważ dziewczę było jeszcze zbyt młode, ze ślubem poczekano, aby mogła zaprzyjaźnić się z oblubieńcem"(!). Obyczaje, jak przy swataniu księcia z cudzoziemską księżniczką. Możemy być dumni z Anina! Czy pobożny Żyd może handlować w szabas? Oczywiście nie! Ale że interes musi się kręcić, to niejaki Frydman swój sklep przy al. Leśnej w sobotę zamykał od przodu, ale otwierał drzwi od tyłu - i wszyscy byli zadowoleni. I tak płyną wspomnienia, historia po historii, zdjęcie po zdjęciu. Sam indeks nazwisk liczy ok. 650 pozycji! Niewiele starych domów jeszcze stoi - jak np. ten przy Widocznej 79, mający zresztą status zabytku i w których nadal mieszkają potomkowie dawnych właścicieli. Dlatego powinniśmy być wdzięczni pani Barbarze Wołodźko-Maziarskiej za to, że ocala od zapomnienia i wydobywa spod ziemi nasze korzenie. Przy tej okazji warto wspomnieć, że na drugim końcu prawego brzegu, analogiczną kronikarską pracę od lat wykonuje pani Regina Głuchowska, opisując dzieje Bródna i okolic. Chapeaux bas!
 
 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl

czwartek, 9 maja 2013

MIESZKANIEC: Polskie drogi


Nazwy ulic – na ogół przechodzimy obok nich obojętnie, często zresztą nie znamy nazwisk ich patronów. No, chyba że znaleźlibyśmy się na ulicy Goebbelsa lub Mołotowa, nie mówiąc już o Hitlerze czy Stalinie – ale takich już nie ma. Oczywiście my, Polacy, mamy swoje doświadczenia i własny pogląd na to, kto się zasłużył, a kto nie. Z drugiej jednak strony łatwo jest zmienić nazwę placu czy mostu, bo tam nikt nie mieszka (nie licząc tych, co pod mostem), a trudniej ulicy czy zakładu pracy, dla którego tradycyjna nazwa ma wartość handlową. Pewnie dlatego w niektórych miastach znajdziemy ulice imienia Janka Krasickiego czy Pawła Findera. Decyzję powinna podjąć rada gminy, ale opór mieszkańców sprawia, że tego nie czyni. Mieszkańcy nie zgadzają się na zmianę, bo dla nich Krasicki to biskup, a Finder to nie wiadomo kto, podczas gdy kłopoty ze zmianą adresu ogromne. No i co z tym fantem zrobić? Wielu moich kolegów polityków uważa, że jak jest jakiś problem, to koniecznie trzeba uchwalić ustawę. Tak też zrobiono i w Senacie pojawił się projekt ustawy pod tytułem: „O usunięciu z nazw dróg, mostów, itp. symboli ustrojów totalitarnych”. Po przeczytaniu tytułu chciałoby się ustawę przyjąć bez zbędnej dyskusji, boć przecież żaden symbol totalitaryzmu nie może zaśmiecać naszej przestrzeni publicznej. Dla porządku zaglądamy jednak do środka i… nasz krystaliczny dotąd pogląd zaczyna toczyć rak wątpliwości. Projekt stara się objąć wszystkie naganne przypadki, stosując definicje, które – w zamyśle autorów – powinny dotyczyć zarówno przeszłości jak i przyszłości. Autorzy najchętniej napisaliby króciutką ustawę, gdzie w art.1 zabroniono, by używać nazw: Krasicki, Finder i jeszcze paru innych, a w art.2 ustalono by, że ustawa wchodzi w życie niezwłocznie, ale wiedzieli, że tak zrobić nie można, bo wszystkich niegodnych nazwisk wymienić się nie da i nie wiadomo, czy ci niewymienieni nie zostaną patronami ulic za 5 lat. Dlatego inicjatorzy ustawy zastosowali definicje generalne, dobre na dziś i na jutro. Przede wszystkim stwierdzili, że ustroje totalitarne panowały w III Rzeszy, ZSRR i PRL, a zatem wszystko to, co symbolizuje te państwa, nie może być uwieczniane. Pomińmy już to, czy naprawdę życie w PRL-u, a przynajmniej po 1956 roku, było podobne do życia w hitlerowskich Niemczech i w Związku Radzieckim. Popatrzmy na propozycje poszczególnych przepisów i co z tego wynika. Za niedopuszczalne symbole PRL projekt uznaje przykładowo: Nazwiska członków organów władzy centralnej i lokalnej PRL. Bardzo słusznie, tylko co zrobić z takimi posłami na Sejm PRL (władza
centralna!), jak posłowie Koła „Znak” – Stanisław Stomma, Stefan Kisielewski czy… Tadeusz Mazowiecki (oby żył wiecznie). Albo wielce zasłużeni dla Śląska gen. Jerzy Ziętek czy dla Piły – Andrzej Śliwiński. Obaj to wojewodowie, a więc władza lokalna. Nazwy organizacji młodzieżowych, działających w PRL oraz nazwiska członków kierownictw tych organizacji. Jasne. Nie potrzebujemy
ulic im. ZMS czy ZMW. Ale dlaczego wykreślać ZHP? Albo NZS (Niezależny Związek Studentów)? A co zrobić z Jackiem Kuroniem – zakładał przecież „Czerwone Harcerstwo”? A Komendant ZHP Aleksander Kamiński („Kamienie na szaniec)? Ustawa jest tu bezlitosna, ale czy to ma sens?
Daty wydarzeń, oznaczających sukcesy ZSRR. Oznacza to wykreślenie dat wyzwolenia poszczególnych miast, które to daty często są nazwami ulic. Zapytajmy tych, którzy jeszcze żyją i pamiętają okupację hitlerowską, czy tak bardzo zamartwiali się, gdy przeganiano Niemców?
Podałem tylko trzy przykłady (a jest ich w projekcie więcej), które udowadniają, że ustawa to zawodne narzędzie dla oceny historii, zwłaszcza skomplikowanych polskich dróg. Wprowadziłaby ogromne zamieszanie i niezrozumienie. Niech więc w tych sprawach nadal decydują samorządy, nawet jeśli opóźniają właściwe decyzje. Lepsze to, niż ustawowy bałagan.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

wtorek, 23 kwietnia 2013

ECHO TARGÓWKA: Show Młodego Posła na sejmowej mównicy


Sejm - za sprawą dziennikarzy i samych posłów - nie przestaje się kojarzyć obywatelom z kabaretem, a w związku z tym umykają powszechnej uwadze rzeczy ważne, o których tam się mówi. Ostatnio bohaterem mediów stał się pewien młody poseł Solidarnej Polski - zwany dalej Młodym Posłem (darujmy nazwisko) - z wykształcenia politolog (co nie jest w tym przypadku bez znaczenia).
W imieniu klubu uzasadniał on wniosek o wyrażenie wotum nieufności wobec ministra transportu, Sławomira Nowaka. Mówił z dużą swadą, w lekkiej, rozrywkowej formie, przekazując jednak przy okazji sporo informacji i liczb. To nie one się jednak przebiły do telewizji (i świadomości publicznej), lecz słoik z rzekomą pluskwą, który wręczył ministrowi w trakcie swojego wystąpienia. Pluskwa na pluskwę nie wyglądała, nawet dla laika - za duża. Jak stwierdził autorytatywnie poseł Stefan Niesiołowski, entomolog, był to karaluch. Młodemu Posłowi zarzucono nieuctwo - faktycznie nie popisał się ani wiedzą, ani dobrym smakiem, ale to nie znaczy, że w merytorycznych kwestiach nie miał w ogóle racji. Co do poziomu wiedzy Młodego Posła, znacznie bardziej niż to, że pomylił karalucha z pluskwą, poruszyło mnie jego nonszalanckie podejście do liczb. Jego wystąpienie było nimi naszpikowane i w związku z tym mogło sprawiać wrażenie dobrze udokumentowanego, tyle że już na początku "podłożył się", co znacznie osłabiło moją wiarę w ścisłość jego dalszych wywodów. Stwierdził mianowicie, że Niemcy za 2,5 mld dolarów z planu Marshalla zrobili więcej, niż polski rząd za 15 mld dolarów, które otrzymał z Unii na drogi. Porównanie bez sensu, bo 2,5 mld dolarów 60 lat temu, to jakieś 18 mld dolarów dzisiaj! Dolar był wtedy po prostu znacznie więcej warty.
Poseł, który przedstawia się jako analityk, chce by "przemówiły fakty i twarde dane", nie powinien popełniać takich błędów. Takie porównania i oskarżanie na ich podstawie polskiego rządu o nieudolność w wykorzystaniu unijnych pieniędzy są bez sensu i obnażają braki w wykształceniu ekonomicznym. Inna wpadka dotyczyła wpływów zaplanowanych do budżetu z fotoradarów. Jak powiedział Młody Poseł, będą one "30 razy wyższe niż w roku ubiegłym, czyli o 300 mld większe". Oczywiście, w budżecie wpływy z mandatów za przekroczenie prędkości nie powinny być w ogóle planowane, ale 300 mld zł to wartość całego budżetu! Taki lekceważący stosunek do liczb utrudnia poważną dyskusję. Jakby tego było mało, na koniec Młody Poseł ujawnił też braki w wykształceniu historycznym. Polemizując z Donaldem Tuskiem zarzucił mu, że stosuje standardy PRL, ponieważ każdą krytykę swojego rządu traktuje jak krytykę państwa polskiego. "Ja tę retorykę znam, bo dobrze się uczyłem historii. Wie pan, kto tak mówił? Stanisław Gomułka. On za każdym razem utożsamiał swoją krytykę z krytyką państwa" - oświadczył Młody Poseł. A jednak poseł kiepsko się uczył historii, bo chodziło oczywiście o Władysława Gomułkę. Stanisław Gomułka jest ekonomistą.
Czy po tym wszystkim ktoś jeszcze był w stanie zauważyć, że Młody Poseł jednak miał trochę racji? Oddzielić ziarno od plew? Ta debata nasunęła mi jeszcze jedną refleksję, istotną chyba dla wszystkich polityków. Trzeba miarkować swoje obietnice, bo to z nich, a nie z konkretnych wyników jesteśmy rozliczani. Rząd Platformy Obywatelskiej zrobił dużo dla rozwoju infrastruktury, więcej niż jego poprzednicy, ale... obiecał znacznie więcej, więc zamiast się chwalić, musi się tłumaczyć. 

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.gazetaecho.pl

czwartek, 11 kwietnia 2013

MIESZKANIEC: Bezdomni - wstydliwy problem

Ostatnio wziąłem udział w zorganizowanej przez praskie stowarzyszenie „Otwarte Drzwi” konferencji na temat sposobów zapobiegania, pomagania i wychodzenia z bezdomności. Przybyli przedstawiciele władz, organizacji pozarządowych, psychologowie, lekarze, prawnicy. Nie zabrakło także osób, którym udało się z bezdomności wyjść. Bezdomność – to w cywilizowanym, europejskim kraju, jakim jest Polska, sprawa bardzo wstydliwa. Źle ubranych, zarośniętych, koczujących w pustostanach, na działkach czy klatkach schodowych ludzi staramy się nie zauważać i omijamy szerokim łukiem. Niejednokrotnie słyszałem, że „oni chyba nie chcą, żeby im pomóc, są przecież organizacje pomocowe, schroniska itp.” Jakaś prawda w tym stwierdzeniu jest, ale dalece nie cała. Ludzie tracą dach nad głową z bardzo różnych przyczyn: rozpad rodziny, uzależnienia, pobyt w więzieniu, zaburzenia psychiczne, przemoc domowa. Następuje utrata pracy i dochodów. Wymienione wyżej przyczyny bezdomności pokazują, że zjawiska tego nie da się całkiem wyeliminować. W bogatych krajach, jak Australia, Szwecja czy Finlandia, liczba bezdomnych wynosi 1 do 2 promille liczby mieszkańców, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten wynosi prawdopodobnie (bo statystykę tu mamy nieprecyzyjną) miedzy 1,2 a 1,7 promille (czyli od 45 do 65 tys. osób). Rzecz jednak w tym, że w tych pierwszych krajach funkcjonują dobrze skonstruowane programy, które dość szybko wyprowadzają ludzi z bezdomności, podczas gdy w Polsce – mówiono o tym także na konferencji – działania są niedostateczne i kiepsko skoordynowane. Przyjmuje się, że okres 1-2 lat bez własnego dachu nad głową to okres ostrzegawczy, dający jeszcze szanse na pozytywne rozwiązanie, ale już po trzech latach zaczyna się tzw. okres adaptacyjny, czyli
przyzwyczajanie się do tego stanu. I w tym problem, bo w Polsce aż dwie trzecie bezdomnych pozostaje bezdomnymi dłużej, niż 3-5 lat. Ale to nie jest jedyny problem. Załóżmy, że mamy już dobre, skoordynowane i efektywne programy działania, dzięki którym bezdomny jest gotów do podjęcia pracy i wejścia „na nową drogę życia”. Ale gdzie będzie mieszkał?! O zakupie mieszkania czy kredycie hipotecznym nawet nie może marzyć. Mieszkań komunalnych (w tym socjalnych) prawie się u nas nie buduje. Rozwiązaniem mogłyby być – jak w wielu innych krajach – tanie mieszkania na wynajem, budowane przez prywatnych deweloperów. Ci jednak się do tego nie kwapią. Wszyscy mówią to samo: „Powiedzmy, że postawimy taki dom, zaciągniemy na to kredyt, który będziemy zwracać z płaconych przez lokatorów czynszów. Ale zawsze są tacy, co nie płacą, choć ich na to stać. Gdybyśmy mogli ich eksmitować, poszukalibyśmy innych lokatorów, ale eksmisje są trudne, bo brakuje komunalnych mieszkań zastępczych. Nie zamierzamy dokładać do interesu, więc tanich mieszkań na wynajem budować nie będziemy”. Tak więc koło się zamyka. Widać wyraźnie, że budowa mieszkań komunalnych (w tym pewien procent socjalnych, o obniżonym standardzie), to nie tylko dostarczenie dachu nad głową ludziom bezdomnym lub zamieszkującym w fatalnych warunkach, ale także sposób na uruchomienie budownictwa na wynajem, niezbędnego dla młodych ludzi, zarabiających niewiele, ale pragnących się usamodzielnić. Na tym pesymistycznym obrazie sytuacji mieszkaniowej znajdujemy jeden jaśniejszy punkt – i to, o dziwo… na Pradze! Od kilku lat, bez wielkiego szumu, realizowany jest tu program budowy mieszkań komunalnych.
W zeszłym roku oddano ich około 140, a niedawno uczestniczyłem w położeniu kamienia węgielnego pod następnych około 230 mieszkań na Golędzinowie. To cieszy, a radość byłaby zupełna, gdyby tak jeszcze znalazły się pieniądze na remonty rozsypujących się kamienic…

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl