piątek, 25 stycznia 2013

ECHO TARGÓWKA: Prawie 90 lat budujemy metro w Warszawie

Jeszcze tylko 12 lat i historia warszawskiego metra sięgnie 100 lat, bowiem pierwsze plany opracowano w 1925 r. Nie szło nam jednak najlepiej, bo pierwszy raz metrem warszawiacy pojechali dopiero 70 lat później.
To wyjątkowo pechowa inwestycja. Najpierw wybuchła wojna, potem, w latach 50. zaczęto kopać, ale zabrakło pieniędzy, następnie, choć pieniędzy nadal nie było, w 1983 r. podjęto decyzję, aby budować metro bez pieniędzy. Ta śmiała decyzja miała przynieść nam rozgłos światowy - i przyniosła, bowiem 23-kilometrowy odcinek budowaliśmy przez 25 lat, czyli mniej więcej dwa i pół metra dziennie.
Do budowy drugiej linii przystąpiliśmy z zapałem, ale już na początku pech dał znów o sobie znać. Olbrzymie tarcze do drążenia tunelu przez wiele miesięcy stanowiły obiekt turystyczny, bo jakieś fatum nie pozwoliło w terminie ulokować ich w wykopie i puścić w ruch. Kiedy to się wreszcie udało, ruszyły z kopyta i drążyły nawet po 20 metrów dziennie. Niestety! Gdy wydawało się, że nasz lud warszawski, zmaltretowany licznymi nieudanymi powstaniami, upokorzony prezentem w postaci Pałacu Kultury i Nauki i ośmieszony stadionowym dachem, który nie zamyka się, gdy deszcz pada, wreszcie będzie miał jakąś satysfakcję - tąpnęło pod Wisłostradą (kurzawka) i pod budynkami mieszkalnymi na Świętokrzyskiej (osiadł grunt).
Nieliczni tylko malkontenci pytali, czy nie można było tego uniknąć, czy przeprowadzono prawidłowo wszystkie niezbędne badania geologiczne itp. Takie ptaki-pytaki. Co do mnie, to chociażem polityk, odważnie stwierdzam - w przeciwieństwie do licznych moich kolegów, którzy znają się na wszystkim - że się na kurzawkach nie znam i sporu rozsądzić nie potrafię. Ostatnio wpadła mi jednak w ręce pewna broszurka, która choć wiekowa, zawiera bardzo aktualne treści. Jest to mianowicie "Geologia Warszawy", wydana w 1937 r. przez Zarząd Miejski w m.st. Warszawie, autorstwa dr Zb. Sujkowskiego i dr St. Różyckiego. Opracowanie to powstało na zlecenie prezydenta Starzyńskiego i miało na celu udzielenie odpowiedzi na pytanie, jak najlepiej budować w Warszawie... metro! Naukowcy przeprowadzili szczegółowe badania terenu, wyniki zawarli we wspomnianej broszurze. Dużo tam fachowych określeń i kolorowych map, zacytuję więc tylko wnioski:
"Jest tylko jeden poziom dobrym materiałem dla budowy kolei podziemnej. Tym materiałem są tzw. iły poznańskie. Jest to seria zupełnie nieprzepuszczalna dla wody, pozwala na szybkie prowadzenie robót. Podczas całych robót unika się walki z wodą. Iły poznańskie leżą jednak głęboko, co zwiększa trudności i koszty urządzenia stacji, ale tylko te iły całkowicie nadają się do budowy tuneli". Jeśli natomiast będzie się kopać wyżej, w tzw. warstwach dyluwialnych, to - piszą przedwojenni geolodzy - "będzie to powodowało trudności z kurzawkami oraz z warstwami osiadającymi po odwodnieniu."
Tunel II linii metra drążony jest na głębokości 19 metrów, ale czy są to już iły poznańskie, czy jeszcze warstwy dyluwialne - nie wiem. Na pewno jednak ktoś wie i może zechce nas oświecić. 

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: gazetaecho.pl

czwartek, 10 stycznia 2013

MIESZKANIEC: Najważniejsze wydarzenia 2012

Najważniejsze wydarzenie 2012 roku. Pod tym hasłem redakcja TVN24
zorganizowała w Internecie plebiscyt dla internautów. Należało uszeregować według rangi 10 wydarzeń – oddzielnie w Polsce, oddzielnie na świecie – zaproponowanych przez dziennikarzy. O wszystkich było głośno, ale ich ciężar gatunkowy był różny. Wziąłem udział w tej zabawie stawiając w przypadku Polski na pierwszym miejscu reformę emerytalną, która wydłuża wiek przechodzenia na emeryturę do 67 roku życia i dotyczy poza obecnymi emerytami wszystkich Polaków. Dalej – Euro 2012, gdyż po raz pierwszy Polska zorganizowała tak ogromną imprezę i odniosła w tym sukces. Następnie wojnę o ACTA, która pokazała siłę młodych Polaków, internautów. Ich protest zmobilizował innych, poruszył całą Europę i ostatecznie sprawił, że umowa ograniczająca wolność w Internecie nie weszła w życie. Na czwartym miejscu umieściłem aferę Amber Gold, która chociaż miała ograniczony zasięg i nie dotknęła znacznej liczby Polaków, to ujawniła jak słabo nadzorowana jest działalność parabanków i jaką to może grozić katastrofą. Na kolejnych – zmiany w PZPN (Zbigniew Boniek zastąpił Grzegorza Latę na stanowisku prezesa), gdyż piłką nożną interesują się w Polsce miliony obywateli oraz w PSL (Waldemara Pawlaka zastąpił Janusz Piechociński). Potem katastrofę kolejową pod Szczekocinami, kolejne ekshumacje ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, doniesienia na temat trotylu na wraku tupolewa oraz historię Madzi z Sosnowca. Te ostatnie wydarzenia to albo sensacje bez znaczenia dla przyszłości Polski, albo – jak w przypadku historii Madzi – jednostkowa tragedia, na której żerują tabloidy. A jak głosowali Polacy? Okazuje się, że na odwrót. Najwięcej osób za najważniejsze wydarzenie roku uznało tragedię Madzi z Sosnowca, na drugim miejscu znalazły się ekshumacje ofiar Smoleńska, tuż za - trotyl na wraku tupolewa, a reforma emerytalna i Euro 2012 zamknęły listę. I to właśnie, ta lista sporządzona przez internautów jest moim zdaniem najważniejszym zdarzeniem minionego roku. Pokazuje bowiem, do jakiego stopnia mediom udaje się wmówić różne rzeczy społeczeństwu. Dowodzi, że Polacy zaczynają tracić rozeznanie w tym, co istotne, że poddają się praniu mózgu w telewizji, Internecie i w pismach tabloidalnych.
Najważniejsze wydarzenia na świecie wytypowane zostały przez internautów z większym poczuciem miary i wagi spraw, ale i tu zwyciężyła sensacja – skok ze stratosfery, ponieważ ma on jednak także
znaczenie naukowe, ten wybór mniej razi. Dla mnie najważniejsze były wybory w USA, bo to kto stoi na czele tej największej światowej potęgi decyduje o kierunku, w jakim zmierza nasza planeta. Na  drugim i trzecim miejscu umieściłem wydarzenia naukowe: wysłanie łazika Curiosity na Marsa oraz odkrycie przez CERN „boskiej cząstki”,  bo wszak ludzkość rozwija się dzięki nauce. Dzięki pracy Curiosity mamy dowiedzieć się, czy na Marsie istniało kiedyś życie, a potwierdzenie
istnienia „boskiej cząstki” przybliża nas do zrozumienia tego jak powstał wszechświat. Dla internautów były to wydarzenia mniejszej wagi (odpowiednio 4.,5. i 6 pozycja).
Podsumowując wyniki tego plebiscytu chciałoby się zakrzyknąć:
nauka, nauka i jeszcze raz nauka…Także jako odtrutka na to, czym ogłupiają nas niektóre media.

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl

środa, 26 grudnia 2012

MIESZKANIEC: Prawie sto lat temu...

Obchodziliśmy niedawno 90-tą rocznicę utworzenia Senatu. Dwa dni później brałem udział w uroczystościach 90-lecia Liceum im. B. Prusa przy ul. Zwycięzców. Prawie w tym samym dniu, 90 lat temu, na ul. Wiejskiej zbierał się odrodzony Senat, a kilkaset metrów dalej, na ul. Żurawiej, powstawało gimnazjum, nazwane później imieniem wielkiego pisarza. Rok 1922 – jakże trudne to były czasy, świeżo po wojnie bolszewickiej, szalejąca inflacja, powszechna bieda – i jednocześnie entuzjazm i upór w budowaniu wytęsknionej Polski. Ten stan ducha mało kto dziś rozumie, może tylko ci, którzy pamiętają odbudowę Warszawy po wojnie. Przeglądając materiały historyczne, przygotowane przez Kancelarię Senatu z okazji jubileuszu, natrafiłem na przemówienie, wygłoszone w 1932 r. w Senacie przez ówczesnego premiera, Aleksandra Prystora. Rok 1932 to szczytowy rok wielkiego kryzysu gospodarczego, zapoczątkowanego w USA i po pewnym czasie przeniesionego do Europy. Zupełnie jak teraz. Czytałem ten tekst z rosnącym rozbawieniem. Miałem niezwykle silne poczucie że już to gdzieś słyszałem! Cytuję: „Wkraczamy wraz z całym światem w czwarty rok kryzysu. We wszystkich państwach pogorszeniu ulegają dochody obywateli, spada produkcja i obroty gospodarcze. Te skutki kryzysu popsuły stosunki nie tylko wewnątrz poszczególnych krajów, ale i potargały więzy, łączące te kraje. Jak dotychczas, wszelkie próby przeciwdziałania skutkom kryzysu nie wydały rezultatów. Gotowość poniesienia koniecznych ofiar przez wszystkich dla wyjścia z trudnej sytuacji – bardzo powoli i opornie toruje sobie drogę. Liczne konferencje międzynarodowe nie doprowadziły do ustalenia solidarnego planu działania. Okazało się, że na terenie międzynarodowym nie jest łatwo znaleźć wspólny język i drogę wyjścia wobec sprzecznych interesów ekonomicznych i politycznych. Panowie Senatorowie rozumiecie, że skoro w krajach wysoko postawionych na szczeblu rozwoju gospodarki mamy do czynienia z potężnemi wstrząsami – Polska nie może być oazą dobrobytu. Nie okazaliśmy się jednak bezradni. W porównaniu z innymi krajami szanse nasze są lepsze. Pomimo ujemnego oddziaływania wydarzeń zagranicznych na nasze wewnętrzne położenie, zdołaliśmy uchronić nasz aparat ekonomiczny przed dezorganizacją i zapewnić sobie możność dalszej pracy nad poprawą sytuacji. Rząd od trzech lat z całą bezwzględnością broni naszej waluty i budżetu, co pozwala wszystkim pracować w atmosferze pewności.”
Tak jest! Toż to dokładny opis obecnej sytuacji w Unii Europejskiej i Polski na jej tle. Wystarczy uwspółcześnić trochę język i już nie będzie wiadomo, kto to mówił: 80 lat temu Prystor, czy dziś Jan
Vincent Rostowski? Lata mijają, ale w kryzysie rządzący zachowują się tak samo: ONI nabroili, NAS to dotknęło, ale MY damy sobie radę, bo jesteśmy lepszymi gospodarzami. No cóż, optymizm Prystora okazał się nadmierny, Polska nie wyszła z ówczesnego kryzysu jeszcze przez
wiele lat. A dziś? Pewności nie ma, ale jest szansa, że tym razem będzie inaczej.

P.S. Z okazji jubileuszu Liceum tamtejsi uczniowie i absolwenci
przedstawili zebranym spektakl słowno-wokalno-taneczny na poziomie którego nie powstydziliby się zawodowcy. Gratulacje!

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl

czwartek, 6 grudnia 2012

MIESZKANIEC: Przepraszam, czy tu biją?

Przemoc w rodzinie. Przez wiele lat temat tabu. Może czasami ktoś tam komuś
przylał, ale to tylko w nerwach, a tak naprawdę, moja pani, to wszystko z miłości. Stan świadomości społecznej oddawały także przysłowia: „jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije” czy „rózeczką Duch Święty dziateczki bić radzi”.
Od pewnego czasu nie wypada już jednak chwalić się znajomością tych ludowych porzekadeł. Parlament uchwalił ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz o zakazie bicia dzieci. W szczególności ta ostatnia wywołała wiele kontrowersji, domagano się prawnej dopuszczalności klapsa, jako środka wychowawczego. Prawo musi być precyzyjne, więc już widzę odpowiednie
artykuły ustawy: „Art. 1. Zakazuje się bicia dzieci. Art. 2. Klaps nie jest biciem. Art. 3. Klapsem nazywamy uderzenie otwartą ręką w pośladki. Nie wolno uderzać kantem dłoni. Art. 4. Siła
uderzenia nie może przekraczać 1N (jednego niutona). Art. 5. Minister Edukacji w drodze rozporządzenia określi szczegółowe warunki wymierzania klapsa, a w szczególności ich dopuszczalną liczbę, zarówno jednorazową, jak dzienną i tygodniową”… itd., itp. Na szczęście nie poszliśmy tą drogą. A czy są efekty? Pewnie za wcześnie jeszcze na ogłaszanie sukcesu, ale pierwsze jaskółki już są. W styczniu br. na posiedzeniu senackiej komisji d.s. Rodziny i Polityki Społecznej jeden z senatorów szczerze wyznał: „Jestem tradycjonalistą,kocham swoją rodzinę. Kilka razy zlałem moje córki i one są mi do dzisiaj za to wdzięczne. Ale pogodziłem się z tą ustawą.” Trudny jest los senatora-tradycjonalisty, ale jak widać i jego można przekonać, że bicie dzieci to nie jest dobra tradycja, nawet jeśli córeczki same o to proszą. Przyjęte ustawy spowodowały wielki ruch w samorządach. Powstały specjalne zespoły do walki z przemocą w rodzinie, ofiarom i sprawcom zakłada się tzw. „niebieskie karty”, które zobowiązują odpowiednie organy do podjęcia działań, jest telefoniczna „niebieska linia”, gdzie przyjmowane są powiadomienia od ofiar lub świadków przemocy. A jak to wszystko działa w praktyce, mogliśmy dowiedzieć się na ciekawej konferencji, przygotowanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Burmistrza Pragi-Południe.
Wypowiadali się urzędnicy, prawnicy, policjanci i społecznicy, ale „hitem” konferencji okazało się zaproszenie sześciu pań, ofiar przemocy, które odważnie pokazały swoje twarze, opowiedziały
o swojej gehennie, o tym, kto im pomógł, a kto nie i w jaki sposób wyzwoliły się i przerwały przemoc. Ich oceny były surowe, ale sprawiedliwe. Mówiły o dzielnicowych, którzy z zaangażowaniem pomagali, ale i o posterunku, na którym dyżurny radził wrócić do domu i zrobić mężowi kolację. O prokuratorze, który nie chciał podjąć dochodzenia, bo…nie było świadków(!). i o takim, który zapewnił dyskrecję i wykazał się wrażliwością w trakcie przesłuchania. O prawnikach, którzy poświęcają ofierze 5 minut, a potem kierują do swojej prywatnej kancelarii i o innych prawnikach, np. tych z Fundacji Pomocy Kobietom i Dzieciom, kierowanej przez p. Krystynę
Żytecką, którzy wysłuchają, napiszą pismo procesowe i jak lew walczą w sądzie, nie pozwalając sprawcy się wymigać. Konferencja wykazała, że ofiary przemocy w rodzinie mogą tę przemoc przerwać. Stworzony system pomocy ofiarom i karania sprawców nie jest jeszcze sprawny, ale przynajmniej wiadomo, co szwankuje. Jest jeszcze jeden warunek: nie odwracajmy głowy, gdy jesteśmy świadkami przemocy. Telefon na policję to nie donos – być może właśnie uchroniliśmy kogoś od utraty zdrowia, a nawet życia.

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl

wtorek, 13 listopada 2012

ECHO TARGÓWKA: Patrioci i "prawdziwi patrioci"


Święta narodowe powinno się obchodzić z rodziną, na piknikach, imprezach artystycznych, odwiedzając muzea i miejsca pamięci, a jeśli na ulicy - to oglądając defiladę żołnierzy lub dziewcząt - mażoretek. Tak właśnie, podobnie jak w latach poprzednich, miałem zamiar spędzić 11 listopada - ale tym razem zdecydowałem inaczej. Wziąłem udział w prezydenckim marszu "Razem dla Niepodległej".
Dołożyłem swoją małą cegiełkę do tworzenia wizerunku nowoczesnej, przyjaznej i optymistycznej Polski, w której potrafią ze sobą współpracować ludzie o różnych poglądach politycznych, światopoglądzie czy pochodzeniu etnicznym. Niedaleko od naszego marszu szedł inny marsz, którego uczestnicy na swoich transparentach i w hasłach wieszali przeciwników politycznych, lżyli prezydenta i premiera, dzielili Polaków na "katolików i Polaków prawdziwych" oraz na całą, niegodną miana patrioty, resztę. Część "prawdziwych patriotów", kierując się głoszoną przez siebie wiarą i pragnąc uczcić pamięć twórców niepodległości, obrzuciła policję kamieniami, koszami na śmieci, butelkami i co tam wpadło w rękę. Gdyby nie inicjatywa Prezydenta, narodowcy i chuligani zawładnęliby Warszawą i pretendowali do reprezentowania opinii publicznej. To się jednak nie udało i myślę, że nie uda się także w roku przyszłym i następnych, jeśli tylko zwykli, trzeźwo myślący warszawiacy pokażą, że też potrafią wyjść na ulicę.
To było na serio, a teraz bardziej żartobliwie. W samym prezydenckim pochodzie nie niesiono praktycznie żadnych transparentów, ale na trasie co i raz pokazywały się produkty obywatelskiego zaangażowania i wyobraźni. Zaraz przy wyjściu z placu Piłsudskiego powitał nas trzymany przez dwóch panów transparent: "Ruscy agenci do Moskwy".
Nagle obok mnie wyrósł jak spod ziemi Roman Giertych i witając się powiedział: "Nigdy nie przypuszczałem, Panie Marszałku, że spotkamy się w jednym pochodzie!".
Słuszność tego wezwania nie budziła wątpliwości. Jedyny problem to wskazanie, kto jest ruskim agentem. Wzrok i determinacja obu panów upewniała, że na pewno tych niegodziwców wytropią. Jakoś się przemknąłem. Parę metrów dalej nastąpiła zmiana klimatu. Na plakacie napis: "TVN nie łże!". Czytałem trzy razy, czy to nie pomyłka, bo przecież dziecko wie, że TVN łże, ale stało, jak byk. Skołowany przeszedłem kilkadziesiąt metrów i nagle zrozumiałem: takie wredne hasło mogli wznieść tylko ruscy agenci! Rzuciłem się więc wstecz, aby ich przygwoździć, ale płynący do przodu tłum poniósł mnie przed siebie. Nie zdążyłem jeszcze otrząsnąć się z doznanych wrażeń, gdy oczom mym ukazał się widok tak straszny, że gdybym był dzieckiem, co noc budziłbym się z krzykiem. Na wielkim bilbordzie, na tle jakichś pokrwawionych fragmentów ciał, uśmiechał się do mnie Bronisław Komorowski, przedstawiony jako promotor aborcji. Przygnieciony tym wstrząsającym odkryciem zacząłem przemyśliwać o wyemigrowaniu z kraju, przynajmniej do czasu, gdy premierem zostanie prof. Gliński, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że nie chcę jednak wyjeżdżać na zawsze. Jakieś tam patriotyczne uczucia się we mnie ciągle kołaczą. Na szczęście z tych ponurych myśli wyzwolił mnie kolejny transparent z napisem : "Bronisław, Polskę zbaw!". Więc jednak nie wyjadę, zostanę z Wami, drodzy Czytelnicy.
I tak posuwałem się do przodu, chłonąc coraz to nowe przekazy, gdy nagle obok mnie wyrósł jak spod ziemi Roman Giertych i witając się powiedział: "Nigdy nie przypuszczałem, Panie Marszałku, że spotkamy się w jednym pochodzie!".
"No cóż" - odrzekłem cytując Słonimskiego - "Polska to taki wspaniały kraj, w którym wszystko jest możliwe. Nawet zmiany na lepsze". 

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: gazetaecho.pl

czwartek, 8 listopada 2012

MIESZKANIEC: Działkowcom potrzebny Mojżesz

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie działek pracowniczych przyprawił wielu działkowców o ból głowy, a niektórych nawet o palpitację serca. Bo też jest się czym martwić. Trybunał zakwestionował przecież kilkadziesiąt przepisów - praktycznie całą ustawę. Dał wprawdzie 18 miesięcy na uchwalenie nowych przepisów, ale to jeszcze niczego nie załatwia, a poza tym cztery miesiące już minęły. Wszystkie partie polityczne natychmiast zadeklarowały, że działkowców skrzywdzić nie dadzą. No pewnie, w końcu to kilka milionów głosów! Odkładając jednak na bok politykę, trzeba stwierdzić, że problem jest poważny. Wbrew niektórym krytykom, na ogół reprezentującym interesy łasych na działkowe tereny deweloperów, działki w centrach miast to nie dziwactwo, ale zielone płuca aglomeracji i miejsce aktywnego wypoczynku mieszkańców.
Z tych właśnie względów uznałem za konieczne stawić się na zebraniu działkowców z ogrodów przy ul. Waszyngtona, wysłuchać ich uwag i obaw oraz wziąć udział w dyskusji. Działkowcom chodzi głównie o trzy rzeczy: po pierwsze o niskie opłaty z tytułu dzierżawy gruntu (tak jak dotychczas), po drugie - o prawo do słusznego odszkodowania za majątek i nasadzenia w przypadku przeznaczenia terenu działek na cele publiczne i po trzecie o obowiązek gminy wskazania terenu zastępczego i pokrycie kosztów jego uzbrojenia. Prezeska ogrodów poinformowała, że Polski Związek Działkowców przygotował już nową ustawę i zaczyna zbierać pod nią podpisy, aby wnieść ją do Sejmu jako projekt obywatelski.
W dyskusji zwróciłem uwagę na kilka problemów. Trzeba zdać sobie sprawę, że skonstruowanie nowej, zgodnej z Konstytucją ustawy nie będzie zadaniem łatwym. Najprostsza rzecz, to znieść monopol Polskiego Związku Działkowców. Gorzej z ustaleniem wysokości opłat za dzierżawienie terenu pod działki w taki sposób, aby działkowców nie uderzyć po kieszeni. Ale najtrudniej będzie tak opracować przepisy, aby przypadki likwidacji działek były wyjątkiem, a nie stały się regułą.
Inna sprawa to ta, że w Sejmie pojawi się kilka projektów ustaw, bo oprócz związkowego swoje projekty szykują też partie polityczne. Możez tego powstać niezły zamęt i opóźnienie w rozpoczęciu prac, a czas nagli. Obecni na zebraniu przedstawiciele władz dzielnicy zwrócili jednak uwagę, że najlepszą gwarancją zachowania działek tam, gdzie są, jest opracowanie planu przestrzennego zagospodarowania Warszawy, a w tym planie zaznaczenie, że na terenie obecnych działek przewiduje się "tereny zielone urządzone".
Taka decyzja nie należy jednak do posłów, ale do dzielnicowych (opiniujących) i stołecznych (decydujących) radnych. Na spotkaniu obecni byli przedstawiciele wszystkich warszawskich partii politycznych, którzy jak jeden mąż zapewniali, że działki były, są i będą, jednak bardzo szybko zaczęli się spierać, kto jest większym obrońcą ludu działkowego. Nie wróży to najlepiej...
Dyskusja po wystąpieniach oficjalnych była bardzo ciekawa, ale przybrała nieoczekiwany obrót, gdy jeden z mówców zaczął cytować Stary Testament, szczególnie mocno odwołując się do roli Mojżesza. Sala próbowała go wyklaskać, ale ja go zrozumiałem - działkowcy są dzisiaj jak Izraelici: z tyłu Trybunał (faraon), przed nimi termin (Morze Czerwone). Bez Mojżesza ani rusz.

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl

wtorek, 23 października 2012

ECHO TARGÓWKA: Życzenia dla nauczycieli i kilka wniosków

Jak co roku obchodziliśmy Dzień Edukacji Narodowej. Szczególnie uroczyście na Targówku, gdzie Urząd Dzielnicy zorganizował wspaniałą wystawę obrazów i rękodzieła, autorstwa nauczycieli z Targówka, ludzi – co potwierdzam – wielce utalentowanych i kreatywnych. Wszędzie natomiast były przemówienia, kwiaty, dyplomy, awanse zawodowe i nagrody dla naszych pedagogów.
I słusznie, tak powinno być, bo zawód nauczycielski to zawód wyjątkowy. Już od czasów Sokratesa i wcześniejszych wiadomo, że gdyby nie ci, którzy nie tylko posiedli wiedzę, ale także zechcieli ją przekazywać innym – do dziś biegalibyśmy z dzidą po lasach w pogoni za zwierzyną. Niektórzy wprawdzie twierdzą, że chętnie by do tych czasów wrócili, ale gdy sami udają się do lasu, nigdy nie zapomną wziąć ze sobą telefonu komórkowego. Dlatego nauczycielom należą się wyrazy uznania i szacunku, a kto tego nie rozumie, ten chyba nigdy do szkoły nie chodził!
I właściwie na tym mógłbym ten felieton zakończyć, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie to, że są u nas ludzie – i to bardzo prominentni – którzy to święto obchodzą na swój, bardzo oryginalny sposób.
Pierwsza grupa to dziennikarze i ekonomiści, dla których nauczyciele są leniwi, niekompetentni, a na dodatek roszczeniowi.
Zdaniem tych krytyków nauczyciele są coraz gorsi. Jednocześnie badania umiejętności 15-latków, przeprowadzone w 30 wysokorozwiniętych krajach OECD, tzw. PISA, pokazują, że nasi uczniowie wypadają nieźle i coraz lepiej. Z tego wynika, że coraz gorsi nauczyciele potrafią wykształcić coraz lepszych uczniów – oto cud na miarę światową! Dlatego tym dziennikarzom i ekonomistom już dziękujemy.
Druga grupa, to samorządowcy. Na szczęście nie wszyscy, ale niestety wielu z nich na swoich konwentyklach domaga się nieograniczonego prawa do przekazywania szkół w prywatne ręce (dla niepoznaki zwane stowarzyszeniami) oraz do likwidacji Karty Nauczyciela. Pozbędą się w ten sposób odpowiedzialności za poziom edukacji na swoim terenie i zaoszczędzą pieniądze, które będą mogli wydać na drogę albo na park wodny. Im także już dziękujemy.
I wreszcie trzecia grupa to ci politycy, dla których szkoła to coś w rodzaju przedsiębiorstwa. Maleje popyt (liczba uczniów), to trzeba zmniejszyć produkcję (zamknąć szkoły i zwolnić nauczycieli). Likwiduje się więc szkoły i redukuje zatrudnienie. Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że niż demograficzny to unikalna szansa na zmniejszenie liczebności klas i poprawienie tym samym jakości nauczania. Ci sami politycy rano chętnie gaworzą o gospodarce opartej na wiedzy, a już wieczorem aprobują zmniejszanie środków na edukację.
Nauczycielom należą się w dniu ich święta wszelkie hołdy i honory. Z wdzięcznością przyjmują kwiaty i dyplomy, ale największym prezentem dla nich (i dla nas) byłoby, gdyby wszyscy opisani wyżej „uzdrowiciele” oświaty udali się na dłuższy urlop. Dla poratowania zdrowia.

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: gazetaecho.pl

czwartek, 11 października 2012

MIESZKANIEC: Skarżypyta

Fundacja Batorego to wielce zasłużona organizacja pozarządowa. Organizowane przez nią konferencje i debaty cieszą się dużym powodzeniem, sala zawsze jest pełna. Nie inaczej było dwa tygodnie temu, gdy tematem dyskusji uczyniono problem korupcji, nepotyzmu i zawłaszczania państwa. Korupcji ostatnio jakby trochę mniej, ale nepotyzmu i zawłaszczania, czyli zatrudniania w instytucjach rządowych i samorządowych krewnych i "znajomych królika" - wszędzie co niemiara.
Co i raz media podają kolejne przykłady takich praktyk, ale decydenci sprawiają wrażenie, jakby się z tym już oswoili. Tymczasem szkody, jakie wyrządza zatrudnienie po znajomości, a nie według kompetencji - są ogromne.
Przychodzi do mnie młody człowiek: "Panie senatorze, nie mogę znaleźć pracy, niech pan pomoże". Oglądam cv - znakomite, więc radzę , aby wystartował w jakimś konkursie na etat w administracji publicznej. "Z takim cv ma pan pełne szanse". Ten patrzy na mnie, jak na przybysza z innej planety: "Ależ ja tam nikogo nie znam, no i jestem bezpartyjny".
W ten właśnie sposób hodujemy sobie młodych frustratów, niechodzących na wybory, a w końcu i emigrujących. Dyskusja w Fundacji dotyczyła metod przeciwdziałania tej pladze. Nie miejsce tu
 na omawianie różnych pomysłów, mogę tylko zapewnić, że sposoby są, wymagają jednak woli politycznej ze strony polityków, zarówno rządzących, jak i opozycyjnych.
Napiszę tylko o jednym z poruszonych w dyskusji wątków, a mianowicie o skargach obywateli, którzy widząc nieprawidłowości w funkcjonowaniu "władzy", piszą gdzieś wyżej, licząc na sprawiedliwość. Niestety, rzadko jej doświadczają. Jeden z dyskutantów, zresztą były prezes NIK, stwierdził sarkastycznie, że dzieje się tak, bo w administracji obowiązuje 5 zasad rozpatrywania skarg.
Zasada pierwsza - anonimy nie są rozpatrywane. Oczywiście tylko wtedy, gdy dotyczą władzy. Bo jeśli obywatela - to skarga traktowana jest całkiem serio. Zasada druga: skargę odsyła się do wyjaśnienia temu, kogo ona dotyczy. Bardzo sprytne. Zasada trzecia: skargi dzielą się tylko na dwie grupy: "bezzasadne" i ..."oczywiście bezzasadne". Ten podział ułatwia stosowanie zasady czwartej: odpowiedź na skargę powinna być długa, zawiła i niezrozumiała. W ten sposób unika się zarzutu, że nie udzielono odpowiedzi. Dla uparciuchów jest zasada piąta: wniesienie skargi nie powinno pozostać bezkarne. Oczywiście dla skarżącego, a nie dla tych, co nabroili. Można na przykład nasłać na niego kontrolę i wykazać, że niby taki uczciwy, taki święty, a w papierach ma bałagan. Ot, skarżypyta.
Te pięć zasad to nie dowcip, to częsta praktyka - sam jej niejednokrotnie doświadczyłem. Oczywiście, są wyjątki. Mam nadzieję, że należą do nich nasi prascy burmistrzowie i podlegające im instytucje. Ale czy wszystkie i czy zawsze? To już niech rozsądzą Czytelnicy. A gdyby komuś nie spodobał się mój felieton, to zawsze może napisać na mnie skargę do marszałka Senatu.
Dla uniknięcia straty czasu najlepiej od razu na adres mojego biura.

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl

czwartek, 27 września 2012

ECHO TARGÓWKA: Czy posłowie mają prawo walczyć z ateizmem?

Sejm to nie tylko obrady plenarne, głosowania, czy też posiedzenia komisji. Posłowie są również członkami zespołów parlamentarnych, które tworzą zgodnie ze swoimi zainteresowaniami. W obecnej kadencji takich zespołów jest blisko sto. Nazwy niektórych brzmią bardzo serio - jest np. Zespół Cyfryzacji, Innowacyjności i Przedsiębiorczości. Niektórych - dość zabawnie, np. Zespół ds. Piastówanio Ślónskij Godki. Część skupia fanów różnych dyscyplin sportowych. Jest np. grupa rowerowa, brydża sportowego, szachów, wędkarstwa, jeździectwa, narciarstwa. Są przyjaciele - harcerstwa, zwierząt, środowiska. Są miłośnicy - historii, motocykli i samochodów. Trochę w tym pomieszania z poplątaniem, ale jeśli zespoły te działałyby z pożytkiem dla ogółu, to czemu nie? Tylko przyklasnąć. A czy działają?
Z liczby posiedzeń i ich tematyki wynika, że ich aktywność i dorobek są bardzo różne, od niemal zerowej do naprawdę solidnej. Niewątpliwie najbardziej aktywny - zresztą jedyny, którym interesują się media - jest tzw. zespół Macierewicza.
Ateizm jako światopogląd filozoficzny jest równouprawniony w Polsce w świetle konstytucji z religią katolicką a także z innymi wyznaniami.
Tyle że powody zainteresowania nim są bardziej polityczne (katastrofa smoleńska) niż merytoryczne.
Moją uwagę przykuł jednak założony pół roku temu i grupujący wyłącznie posłów i senatorów PiS zespół o intrygującej nazwie: Zespół ds. przeciwdziałania ateizacji Polski. Taka nazwa i cel działalności zespołu - choć odwołuje się on w swoim regulaminie do wartości chrześcijańskich - muszą budzić kontrowersje. Wynika z nich bowiem, że ateizm (czyli niewiara w Boga) to zło, które trzeba zwalczać i to w ramach instytucji władzy publicznej, jaką jest Sejm. A przecież konstytucja      na samym wstępie głosi: "My, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach..." Z kolei art. 25 Konstytucji mówi: "Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym". Zatem ateizm jako światopogląd filozoficzny jest równouprawniony w Polsce w świetle konstytucji z religią katolicką a także z innymi wyznaniami. Są w Polsce ludzie, którzy są wrogo nastawieni do muzułmanów czy żydów. Czy jednak uznalibyśmy za dopuszczalne powołanie przez nich stowarzyszeń, zespołów czy innych brygad do walki z islamem bądź judaizmem?
A tak na marginesie, to marzy mi się zespół parlamentarny, który upowszechniałby wśród posłów dwie tylko - niewątpliwie chrześcijańskie - zasady: miłości bliźniego i niedawania fałszywego świadectwa.
A co, to już pomarzyć sobie nie można?


Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: gazetaecho.pl

czwartek, 13 września 2012

MIESZKANIEC: Praskie zabytki i Janusz Korczak

„Cały naród buduje swoją stolicę” Kiedy to było? Tak dawno, że już tylko najstarsi ludzie to pamiętają. Dziś naród – zajęty upiększaniem swoich miast i wsi - nie chce już wspomagać stolicy, mało tego – czerpie z niej setki milionów złotych w postaci „janosikowego” corocznie. Ale kiedyś było inaczej. Dzięki temu lewobrzeżna Warszawa szczyci się najmłodszym Starym Miastem w Europie, jeszcze młodszym Zamkiem Królewskim i wieloma innymi, zrekonstruowanymi od podstaw zabytkami. I bardzo dobrze – wszyscy z dumą pokazujemy je turystom. Duma ta byłaby jednak znacznie większa, gdybyśmy mogli pokazać także inne zabytki, które świadczą o historii Warszawy i jej wybitnych mieszkańców, a których nie trzeba stawiać na nowo, bo od 150 lat stoją tam, gdzie je wybudowano. Niestety, stoją i niszczeją. O czym mowa? Oczywiście o Starej Pradze, o Stalowni na Szwedzkiej, „Druciance” i Młynie Michla na Objazdowej, o Domu Konopackiego na Strzeleckiej, czy o willi Świętochowskiego na Kawęczyńskiej.Chciałoby się także napisać o fabryce na Krowiej, ale jej mury spółka Port Praski właśnie rozebrała. Nie miała wprawdzie zgody konserwatora, ale uzyskała za to zgodę nadzoru budowlanego, bo jak się okazało, między jednym a drugim urzędem telefon nie działał.
Mam nadzieję, że ten scenariusz nie powtórzy się przy budynku b. gimnazjum przy Sierakowskiego, w obronie którego miałem honor występować razem ze znanym varsavianistą Januszem Sujeckim,
co – zasługa to także wojewody – zaowocowało, po długich bojach z Portem Praskim, o nieodwołalnym wpisaniu tego budynku na listę obiektów zabytkowych. A obiekt to nie byle jaki, bo w nim właśnie nauki pobierał Henryk Goldszmit (Janusz Korczak), wspaniały pedagog, oddany dzieciom aż do ich i swojej tragicznej i bohaterskiej śmierci. Po raz kolejny przypomniał nam o nim dziewiąty już Festiwal Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera”, w trakcie którego zaprezentowano także ciekawą i wzruszającą książkę jednego z najbliższych współpracowników Korczaka – Michała Wróblewskiego. Festiwal nie raz już gościł na Pradze, ale chyba nigdy w tak dużym wymiarze, jak w tym roku. W klubach i kawiarniach (Skład Butelek, Jedyne Wyjście, Hydrozagadka, Sens Nonsensu, 4 Pokoje), na plaży La Playa, na praskich ulicach, w teatrze na Lubelskiej – codziennie można było posłuchać koncertów, wykładów, poezji, obejrzeć spektakle teatralne, zdjęcia i filmy, graffiti i plakaty, posmakować kuchni żydowskiej i potańczyć przy klezmerskiej muzyce. Wszystkie te wydarzenia po raz kolejny pokazały, jak wiele kultura polska czerpała z kultury żydowskiej i wzajemnie, a fakt, że wiele z tych imprez działo się na Pradze, podkreśla i wzmacnia jej rolę na kulturalnej mapie stolicy. A wracając do Korczaka – Michał Wróblewski przytacza pięć korczakowskich zakazów i pięć nakazów w wychowaniu dzieci. Zakazy: nie bij, nie zawstydzaj, nie strasz, nie krzycz, nie lekceważ. Nakazy: pocałuj, przytul, pochwal, posłuchaj, pociesz.
Jakież to proste i jakże często – a wiem to z własnego doświadczenia - niełatwe do zastosowania zasady. Janusz Korczak udowodnił jednak, że są skuteczne. Zasługuje na to, aby na Pradze, tam gdzie się wychował, było takie miejsce, które pokazywałoby nam i naszym gościom z zagranicy Jego postać i dorobek

Marek Borowski
Senator warszawsko-PRASKI
źródło: Mieszkaniec.pl