czwartek, 24 września 2015

MIESZKANIEC: Houston, mamy problem!

Młodszym Czytelnikom przypomnę, że 45 lat temu słowa te wypowiedział członek załogi statku kosmicznego Apollo 13, John Swigert, gdy nagle, 328 tys. km od Ziemi, na statku eksplodował zbiornik z tlenem. Kto inny wrzasnął- by być może „Jezus, Maria, ratunku!”, a Swigert tylko spokojnie: „Mamy problem”. Przypomniałem sobie te słowa, w DK „Orion” na Saskiej Kępie, gdy słuchałem dyskusji na temat uruchomienia linii tramwajowej, znanej jako „Tramwaj na Gocław”. Pomysł ten rok temu rzucił burmistrz Pragi Płd. Tomasz Kucharski, gdy stało się jasne, że budowa metra w kierunku Gocławia odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość, a zatwierdzone już plany rozbudowy tego osiedla przewidują w najbliższych latach wybudowanie 7 tys. mieszkań. Dotychczasowe ciągi komunikacyjne z Gocławia do centrum Warszawy już są niewydolne, trzeba więc zawczasu pomyśleć, jak temu zaradzić. Stąd pomysł szybkiego tramwaju, niewrażliwego na korki i zapchane ulice. Pomysł – jak się wówczas wydawało – chwycił. Rozpoczęto batalię o przekonanie ratusza, aby włączył tę inwestycję do planu na najbliższe lata. I kiedy to się wreszcie stało, do kontrnatarcia przystąpił samorząd mieszkańców Saskiej Kępy. Zwrócił się on o zorganizowanie w tej sprawie spotkania z władzami dzielnicy i miasta. Po 2,5-godzinnej, czasami mało „wersalskiej”, dyskusji śmiało mogę stwierdzić, że: „Gocław, mamy problem”. Przypomnę, że tory miały przebiegać m.in. w pobliżu Afrykańskiej i Międzynarodowej, (wzdłuż Kanału Wystawowego, skrajną częścią działek). Zaprotestowali – co zrozumiałe ̶ mieszkańcy Afrykańskiej i Międzynarodowej, zwłaszcza z kilkunastu bloków, położonych najbliżej planowanej trasy. Na brak konsultacji skarżyli się działkowcy. Pytano, jak pogodzić zagospodarowanie Kanału Wystawowego (projekt obywatelski wygrał głosowanie w budżecie partycypacyjnym) z linią tramwajową. Krytykowano brak planu zagospodarowania przestrzennego. Padały także różne, na ogół egzotyczne propozycje, co zrobić zamiast tramwaju: na Saskiej urządzić buspas likwidując ścieżkę rowerową (następne spotkanie zorganizowaliby wtedy rowerzyści i ekolodzy), wyznaczyć buspas na Trasie Siekierkowskiej (zatkałoby to tę Trasę, a jest ona dziś zbawieniem dla kierowców, przeprawiających się na lewy brzeg), metrobus zamiast tramwaju (mieszkańcy obu wspomnianych ulic mieliby pod oknami nie tylko hałas silników, ale i spaliny, a przy Waszyngtona trzeba by się przesiadać), wybudować za 300 mln zł przeznaczonych na tramwaj jeszcze jeden most i dołem puścić tramwaj (i to wszystko za 300 mln zł? – zupełna fantazja!). Padły jednak także godne rozważenia propozycje modyfikacji przebiegu torowiska. Wiceprezydent Wojciechowicz zadeklarował, że wszystkie pytania i sensowne propozycje zostaną rozważone w trakcie dalszych prac i konsultacji. Jest na to czas do grudnia 2016 r., kiedy to – jeśli chcemy uzyskać pieniądze z Unii – musi zostać wydana decyzja środowiskowa. Były też momenty zabawne. W ogniu największej dyskusji w torebce pewnej pani odezwał się na pełny regulator telefon, grając wzywającą do boju arię z opery „Wilhelm Tell”! Widać było, że włodarze miasta poczuli się w tym momencie nieswojo… Załoga Apollo 13, mimo „problemu”, zdołała jednak dotrzeć do Ziemi i szczęśliwie wylądować. Może więc i tramwaj dojedzie na Gocław? Są szanse, pod warunkiem, że władze miasta zrobią wszystko, aby rozwiać wątpliwości mieszkańców. Astronauci mieli chyba jednak łatwiej. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 10 września 2015

MIESZKANIEC: Ech, te pytania

Po całodziennej debacie Senat nie zgodził się na zarządzenie przez prezydenta Andrzeja Dudę referendum w dniu 25 października. Byłem wśród 53 senatorów głosujących przeciw, więc jestem winien moim wyborcom stosowne wyjaśnienie. Zastrzeżenia senatorów, które podzielam, dotyczyły przede wszystkim pytań referendalnych. Największe ̶ wzbudziło pytanie o lasy. Gdyby spytać kogokolwiek na ulicy, o co w nim chodzi, wszyscy by odpowiadali, że o to, by lasy nie były prywatyzowane. Pod takim zresztą hasłem zbierano podpisy. Tymczasem w pytaniu chodziło o coś zupełnie innego, brzmiało ono bowiem: „Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego systemu funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe?” Obywatele mieliby więc zgodzić się lub nie na to, by nie była zmieniana ustawa, na której podstawie działa przedsiębiorstwo Lasy Państwowe. Tyle, że art. 38 tej ustawy, o czym obywateli nikt nie poinformował, pozwala dyrektorowi generalnemu Lasów, a nawet nadleśniczym sprzedawać lasy w prywatne ręce. Pytanie powinno być zatem sformułowane: Czy jest Pani/Pan za zakazem prywatyzacji lasów państwowych? To, które postawiono w projekcie referendum, było absurdalne. Podobnie można by Polaków zapytać, czy opowiadają się za tym, by KGHM „Polska Miedź” w Lubinie funkcjonował tak, jak do tej pory. Tylko skąd ludzie mają to wiedzieć? Takich pytań nie można zadawać w referendum! Ktoś tu Panu Prezydentowi bardzo źle doradził. Szereg wątpliwości nasuwało też pytanie: „Czy jest Pani/Pan za obniżeniem wieku emerytalnego i powiązaniem uprawnień emerytalnych ze stażem pracy?” Myślę, że 100% obywateli opowiedziałoby się za tym. Gdyby jednak dowiedzieli się, jakie będą konsekwencje tego rozwiązania, a więc że będą z tego powodu dostawać znacznie niższe emerytury i płacić wyższe podatki, odpowiedź byłaby zapewne inna. Pytanie zatem powinno brzmieć: Czy jest Pani/ Pan za obniżeniem wieku emerytalnego wiedząc, że pociąga to za sobą zmniejszenie wysokości emerytur i wzrost podatków? Tylko takie postawienie sprawy byłoby uczciwe. Wreszcie kwestia 6-latków. Prezydent chciał, by Polacy wypowiedzieli się, czy są za przywróceniem powszechnego ustawowego obowiązku szkolnego od siódmego roku życia. Sprawa jest istotna, ale dotyczy tylko kilkuset tysięcy rodzin w Polsce. Dlaczego wszyscy mieliby się na ten temat wypowiadać? Takimi rzeczami powinni się zajmować fachowcy oraz parlamentarzyści. Poza tym ta reforma dopiero co, od 1 września, weszła w życie, a pierwszy rok jest zawsze trudny. Dajmy jej czas. Zobaczmy, jak będzie funkcjonować, gdzie są jej słabe punkty, czy można będzie coś usprawnić. Jeśli się okaże, że reforma się nie sprawdza i nie da się jej poprawić, dopiero wtedy można próbować ją cofnąć. Do tego jednak nie jest potrzebne referendum. Wystarczy parlament. Na marginesie, 6-latki idą do szkoły w 24-ech krajach Unii. Nasze chyba nie są głupsze? Nie neguję, że wszystkie trzy sprawy, których miało dotyczyć zaproponowane przez prezydenta Andrzeja Dudę referendum, są bardzo ważne i z tego punktu widzenia – pod warunkiem, że pytania były- by uczciwie sformułowane – takie referendum (niekoniecznie w po- danym terminie) mogłoby się odbyć. Co innego jest tu jednak istotą rzeczy. Generalnie uważam, że tego typu poważne kwestie powinny być rozstrzygane przez parlament, bo gdyby mieli o nich co chwila decydować obywatele w referendach, to by to oznaczało, że posłowie i senatorowie biorą pieniądze za darmo. W dodatku uchylają się od odpowiedzialności za decyzje, przerzucając je na obywateli po to, by w razie gdyby okazały się nietrafne móc powiedzieć: to nie my, to ludzie tak chcieli. Pewnie można i tak, ale w takim razie parlamentarzyści powinni zrzec się swoich wynagrodzeń i pracować społecznie. Istotą ich pracy jest bowiem właśnie podejmowanie decyzji w trud- nych i budzących kontrowersje sprawach oraz ponoszenie za nie odpowiedzialności. Z tego są rozliczani przez wyborców. Najbliższe rozliczenie – już za miesiąc.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl


czwartek, 6 sierpnia 2015

MIESZKANIEC: Prawdy i mity o in vitro

Ustawa o in vitro podpisana i wchodzi w życie. Niestety, nadal na jej temat krąży wiele mitów. Wytrwale, cierpliwie i kompetentnie próbował rozprawić się z tymi mitami w czasie słynnej debaty w Senacie wiceminister zdrowia, Igor Radziewicz-Winnicki, odpowiadając przez 6 godzin na wszelkie możliwe pytania senatorów. Nie ma transmisji z Senatu, więc pozwoliłem sobie stworzyć małe kompendium wiedzy, przytaczając w skrócie niektóre z najbardziej dociekliwych pytań lub opinii i merytorycznych na nie odpowiedzi. Pyt.: Jak wzrasta liczba wad rozwojowych w przypadku zamrożenia? Odp.: Mrożenie nie powoduje uszkodzenia zarodków (…) nie wpływa ani na powstawanie wad genetycznych, ani na gorszy rozwój zarodka. Pyt.: Jakie prawo dopuszcza zniszczenie życia dziecka w fazie zarodkowej, dlatego że zostało poczęte jako nadliczbowe albo jego płeć nie satysfakcjonuje rodziców, bo chcieli chłopca, a mają dziewczynkę, albo chcieli dziewczynkę, a mają chłopca? Odp.: Ustawa ewidentnie wprowadza zakaz wyboru jakichkolwiek cech dziecka, które ma się urodzić, na żądanie rodziców. Wyjątkiem jest sytuacja, w której wybór jakichś cech, w tym płci, pozwala na uniknięcie ciężkiej nieuleczalnej choroby dziedzicznej. Czyli wtedy, kiedy z wiedzy medycznej wynika, że np. wszyscy chłopcy będą mieli daną chorobę, a dziewczęta nie. Pyt.: Metoda in vitro to jest po prostu kupienie sobie dziecka. Odp.: Metoda leczenia niepłodności in vitro nie jest handlem człowiekiem. Handel ludźmi jest zakazany i ścigany prawem mię- dzynarodowym oraz prawem krajowym. To jest przestępstwo cięż- kiego gatunku. (…) Leczenie niepłodności metodą in vitro nie jest kupowaniem sobie dzieci, tak samo jak leczenie operacyjne – nawet wtedy, gdy jest prowadzone w prywatnym sektorze – nie jest kupowaniem sobie zdrowia. Jest ewentualnie kupowaniem świadczeń zdrowotnych, ale nie kupowaniem zdrowia. Pyt.: Co jeżeli zarodki ludzkie umrą… Tu się faktycznie nic nie mówi o obronie zarodków. Odp. Ustawa po raz pierwszy wprowadza w polskim prawie zasadę ochrony zarodka przed zniszczeniem. Za zniszczenie zarodka zdolnego do prawidłowego rozwoju grozi kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat pięciu. Pyt.: Jak ta ustawa może mieć w nazwie „leczenie”? Czy kobieta po takim urodzeniu dziecka staje się płodna? Odp.: Leczenie może być albo objawowe, albo przyczynowe. Niestety, większość chorób potrafimy leczyć tylko objawowo. Chory, któremu podajemy insulinę, nie zaczyna produkować swojej własnej insuliny, nadal ma cukrzycę. Choremu, który nie widzi, dajemy okulary korekcyjne. Niesłyszącemu – aparat słuchowy. I tak samo jest z leczeniem niepłodności. Jest to stosowanie medycznie wspomaganej prokreacji. Pyt.: Co pan sądzi na temat naprotechnologii? Odp.: Nie ma takiej technologii medycznej, która nazywa się „naprotechnologia”. Ta zbitka słów pochodzi od nazw stowarzyszenia ochrony życia NaProLife – stąd NaProTechnology. I dlatego w języku polskim mówimy „naprotechnologia”. Ale interwencje medyczne postulowane przez piewców i popularyzatorów idei naprotechnologii odnoszą się do zachęcania par do współżycia w okresie dni płodnych, do obserwacji cyklu miesiączkowego, do wykonywania innych badań diagnostycznych, do leczenia hormonalnego. Świetnie, ale co zrobić, jeśli to wszystko nie pomaga? Czytelnikom, którzy chcieliby się więcej na temat in vitro dowiedzieć, polecam stronę internetową www.senat.gov.pl, stenogram z dnia 8 lipca br. Mówi się: Kto pyta, nie błądzi. W przypadku senatorów powiedzenie to się niestety nie sprawdziło, bo ci, którzy zadawali pytania i otrzymali wyczerpujące wyjaśnienia, gdy zabierali głos w dyskusji nadal powielali te same mity i półprawdy. Widać było, że teksty wystąpień zostały napisane wcześniej i trzeba je było wygłosić. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 23 lipca 2015

MIESZKANIEC: Pani Aniu, dziękujemy!

Zaskoczyła mnie wiadomość, iż pani Anna Machalica-Pułtorak oddaje prezesostwo w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi. Wiedziałem, że nosiła się z zamiarem przekazania steru organizacji młodym, ale – widząc i podziwiając jej energię – nie sądziłem, że stanie się to już teraz. Gdy jednak poznałem powody, które skłoniły ją do przyspieszenia tej decyzji zrozumiałem, że – znając swoją wartość - właściwie nie mogła postąpić inaczej. Myślę, że Czytelnikom „Mieszkańca” nie trzeba Otwartych Drzwi specjalnie przedstawiać. Przypomnę, że powstało w 1995 r., a swoje programy adresuje do młodych ludzi zagrożonych wykluczeniem społecznym – bezdomnych, bezrobotnych, niepełnosprawnych, nie uczących się, biednych, pochodzących z dysfunkcyjnych rodzin, wychowanków domów dziecka. Z pomocy Stowarzyszenia skorzystało w minionych latach z sukcesem ponad 30 tys. osób. Bezdomni znaleźli swój dom, bezrobotni pracę, niepełnosprawni – miejsce w społeczeństwie, a wszyscy – poczucie własnej wartości, przyjaciół i szacunek. Ogromna w tym zasługa pani Anny. Nie można powiedzieć, że jej pasja nie była doceniana. Stowarzyszenie, którego do tej pory była twarzą, cieszy się opinią organizacji innowacyjnej, poszukującej wciąż nowych rozwiązań. Otrzymało szereg prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym nagrodę specjalną Ministra Pracy i Polityki Społecznej, tytuł Dobrej Praktyki PFRON, wyróżnienie w konkursie na Inicjatywę Obywatelską Pro Publico Bono. Nie przeszkadzało to jednak urzędnikom rzucać mu od czasu do czasu przysłowiowe kłody pod nogi, w związku z czym często proste na pozór sprawy urastały do rangi wielkich problemów. Pani Anny długo to nie zrażało. Kłopoty mobilizowały, a największą nagrodą była satysfakcja z pracy. W końcu jednak postanowiła powiedzieć: dość. Czarę goryczy przepełniły ostatnie wydarzenia. Najpierw z czysto biurokratycznych względów Otwartym Drzwiom odmówiono dotacji. Po interwencjach PFRON przyznał się do błę- du i nawet przeprosił, ale równocześnie pojawiły się zarzuty wobec Zakładu Aktywności Zawodowej osób niepełnosprawnych pod nazwą Galeria „Apteka Sztuki”. Z powodu przekroczenia wskaźnika zatrudnienia personelu w stosunku do osób niepełnosprawnych o 1,7%(sic!), cofnięta została koncesja na jego prowadzenie. Do urzędników nie przemawiały wyjaśnienia, że w trakcie urlopu macierzyńskiego i wychowawczego pracownicy zatrudniona została osoba na zastępstwo. W procedurach odwoławczych wszystkie instancje podtrzymały niekorzystną dla Stowarzyszenia decyzję, mimo że taki wskaźnik nie obowiązuje w innych budżetowych instytucjach. Uda- ło się uzyskać tylko tyle, że „Apteka Sztuki” jest nadal prowadzona, do zwrotu pozostaje jednak 1 mln zł długu i jej przyszłość - mimo iż legitymuje się najwyższą efektywnością zatrudnienia wśród wszystkich takich zakładów w Polsce! ̶ wciąż jest zagrożona. Trudno się dziwić Pani Ani, że nie może się z tym wszystkim pogodzić. „Po 20 latach pracy(…) okazało się, że cały dorobek stracił rację bytu. Niebyt, czarna dziura, co jeszcze? A faktycznie przecież, realnie, udało nam się stworzyć nowy model skutecznego wspierania osób niepełnosprawnych i przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu” – pisze w liście pożegnalnym. Miałem okazję współpracować z panią Anną przy różnych jej inicjatywach, dlatego chciałem Jej serdecznie podziękować za dzia- łalność w Stowarzyszeniu w imieniu własnym oraz tysięcy ludzi, którym pomogła. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale są tacy, których zastąpić jest niezwykle trudno. Gdy wokół tyle przykładów obojętności, tacy społecznicy, jak Pani Machalica-Pułtorak, przywracają wiarę w człowieka. Cieszę się, że Pani Ania nie rozstaje się ze Stowarzyszeniem do końca i jako Honorowy Prezes będzie wspierała nowe kierownictwo swoimi radami i doświadczeniem.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

środa, 1 lipca 2015

MIESZKANIEC: Praski Inny Świat

17 czerwca byłem, jak wielu Prażan, w Teatrze Powszechnym na spotkaniu podsumowującym wielomiesięczne konsultacje w sprawie rewitalizacji wybranych fragmentów prawobrzeżnej Warszawy. „Mieszkaniec” w poprzednim numerze zdał relację z tego wydarzenia, ale i ja chciałbym się podzielić z Czytelnikami swoimi refleksjami. Z głosów, które padły podczas spotkania wynika, że rewitalizacja budzi nie tylko wiele nadziei, ale też liczne obawy. Źródłem nadziei są inwestycje – głównie w poprawę warunków mieszkaniowych, ochronę środowiska, rozwój przedsiębiorczości, kulturę, turystykę i wypoczynek, na które miasto chce wydać do 2022 r. 1,4 mld zł, a nawet – jak zapowiedział wiceprezydent, Michał Olszewski, o 200-300 mln zł więcej, bo wciąż szuka się dodatkowych możliwości finansowych. Źródłem obaw są konsekwencje zmian. Mówi się, że podmiotem rewitalizacji ma być człowiek, a nowa infrastruktura – jedynie narzędziem. Ładnie brzmi, ale czy po rewitalizacji nie wzrosną dramatycznie czynsze? Czy Praga, Kamionek, inne miejsca nie utracą swego lokalnego kolorytu, który dla wielu mieszkańców też jest wartością? Czy przetrwa tu „inny świat”, nieznany po lewej stronie Wisły, w którym sąsiadki zajmują się na zmianę swoimi dziećmi i gotują obiady dla kilku rodzin? Czy nie będzie coraz więcej ogrodzonych osiedli, zielonych i zadbanych, ale zamkniętych dla „obcych” podwórek? Czy coraz bogatsza oferta dla ludzi i rodzin z różnymi problemami nie spowoduje, że mieszkańcy, którzy nieźle sobie radzą, będą się coraz bardziej oddalać od tych, którzy tego nie potrafią? Co z kamienicami, które nie zostały objęte programem rewitalizacji, a też są w kiepskim stanie? Jak widać, pieniądze i dobre intencje władz – szczególny szacunek mam dla M. Olszewskiego za jego zaangażowanie w program rewitalizacji – to nie wszystko. Ważne, by mieszkańcy nie mieli poczucia, że ktoś chce ich uszczęśliwić na siłę. Tak jak stało się to parę miesięcy temu, kiedy na murach kamienic w okolicach Stalowej, Małej, Inżynierskiej, czy Bazaru Różyckiego pojawiły się wydruki obrazów wielkich mistrzów (akcja francuskiego happenera). Po dwóch dniach zostały zdrapane, bo nikt mieszkańców wcześniej nie zapytał, czy taki pomysł im się podoba. W sprawie rewitalizacji pytano, ale tak właściwie to nie wiadomo, do jakiej części mieszkańców te pytania i informacje dotarły. Zatem wdrażanie programu będzie wymagało wielkiej delikatności i wyczucia. Wykwaterowani na czas remontów lokatorzy muszą mieć pewność, że wrócą do swoich mieszkań, że będzie ich na nie stać, że miasto się nimi zaopiekuje. Jest też kwestia poziomu edukacji, o co się wielokrotnie upominałem. Dzieci na Pradze czy Targówku nie są przecież głupsze od swoich rówieśników z innych dzielnic, a jednak tutejsze szkoły mają od lat wyniki wyraźnie gorsze, niż szkoły w pozostałych dzielnicach. Bez długofalowego planu wyrównywania poziomu edukacji szkolnej ludzie stąd będą uciekać i żaden program rewitalizacji ich nie zatrzyma. Zajmujące się dziećmi organizacje pozarządowe stale borykają się z problemami finansowymi. Ich rola w przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu, a taki jest przecież jeden z głównych celów rewitalizacji, w niesieniu pomocy, zwłaszcza dzieciom, jest nadal nie do przecenienia. Prezydent Olszewski przyznał, że dla zaspokojenia wszystkich potrzeb, pieniędzy musiałoby być trzy razy więcej. Dlatego uważam, że oprócz 7-letniego programu rewitalizacji powinien powstać jego drugi etap. Hanna Gronkiewicz-Waltz za 3,5 roku przestanie być prezydentem. Na następną kadencję, jak zapowiedziała, nie zamierza kandydować, ale następnej ekipie trudno byłoby się z takiego długofalowego planu – o ile byłby zaakceptowany przez mieszkańców  ̶  wycofać. Na koniec – jest zasadnicza różnica między tym, czy Praga pozostanie, czy też przeciwnie: stanie się „innym światem”.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

wtorek, 23 czerwca 2015

MIESZKANIEC: Piękne umysły II

Poprzedni felieton w „Mieszkańcu” po- święciłem konferencji, zorganizowanej niedawno przez Centralną Bibliotekę Wojskową. Na konferencji tej przedstawiono nieznane fakty, dotyczące udziału polskich naukowców w zwycięstwie w II wojnie światowej. W poprzednim felietonie przypomniałem: rozszyfrowanie słynnej niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma przez genialnych polskich matematyków znaczące udoskonalenie radaru przez prof. Pawła Nowackiego, a także o patencie braci Konopackich, czyli niezwykle twardej i odpornej sklejce, z której wyprodukowano ponad 1200 samolotów Mosquito, biorących udział w bitwie o Anglię, w Normandii i w nalotach na Niemcy. Niestety, miejsce na felieton było ograniczone i na tym musiałem zakończyć. Zapowiedziałem jednak ciąg dalszy. Oto on. Zacznijmy od inż. Józefa Kosackiego, który w 1941 r. skonstruował ręczny wykrywacz min. Detektor ten (Polish mine detector Mark I) był używany przez wojska brytyjskie aż do 1995 r. (Amerykanie korzystali z niego podczas wojny w Zatoce Perskiej), a w czasie II wojny światowej – począwszy od El-Alamein (wytyczono bezpieczną ścieżkę dla czołgów na zaminowanej przez wojska Rommla plaży), przez lądowanie w Normandii i inwazję na Sycylię. Inż. Kosecki zastrzegł, aby w nazwie znalazło się słowo „polish” i oddał go wojsku sprzymierzonych bezpłatnie (otrzymał za to list gratulacyjny od króla Jerzego VI). Następna polska mądra głowa to mjr Rudolf Gundlach, który jeszcze w 1934 r. opatentował czołgowy peryskop odwracalny. Peryskop z możliwością obrotu o 360 st. był prawdziwą rewolucją w wojskach pancernych i okrętach, bo błyskawicznie, bez konieczności odwracania głowy, umożliwiał obserwację całego horyzontu. Wynalazek Gundlacha – jeden z najdoskonalszych w II wojnie światowej ̶ opierał się na zastosowaniu dodatkowej przystawki pryzmatycznej. Peryskopem tym posługiwały się w większo- ści swoich czołgów wojska brytyjskie i radzieckie (w czołgach T-34 i T-70), a następnie został wykorzystany do produkcji podobnych rozwiązań przez Amerykanów (m.in. w czołgach Sherman). Inż. Tadeusz Heftman kierował wytwarzaniem zminiaturyzowanych radiostacji własnego pomysłu (od 1944 r. produkowano ich około tysiąca rocznie) dla ruchu oporu w krajach okupowanych, m.in. w Polsce i we Francji. Wymyślił też tzw. laryngofon – urządzenie przykładane do krtani umożliwiające komunikację głosową w warunkach wielkiego hałasu – np. w kabinie ówczesnego samolotu. Wacław Struszyński skonstruował antenę namiarową, umożliwiają- cą bardziej dokładne wykrywanie niemieckich okrętów podwodnych korzystających z łączności radiowej na wielkich częstotliwościach. Wyprodukowano 3 tys. takich anten dla okrętów eskortujących morskie konwoje. Pomogło to aliantom wygrać bitwę o Atlantyk. Jan Czochralski, genialny chemik-wynalazca, którego pomysły i opracowane technologie stosowano m.in. do odlewania skorup do granatów i hartowania luf pistoletów, jest do dzisiaj najczęściej cytowanym polskim uczonym we współczesnym świecie techniki! Uchwałą Senatu rok 2013 został ogłoszony rokiem prof. Czochralskiego. W czasie II wojny światowej miesięcznie ginęło ok. 1 mln ludzi! Jak szacują polscy historycy, dzięki wkładowi polskich wynalazców możliwe było skrócenie II wojny światowej, co najmniej o 1 rok. Może to przesada, ale niechby i o miesiąc – to i tak uratowali oni milion istnień ludzkich! Z tych ludzi – a nie tylko z bohaterów przegranych bitew – powinniśmy być dumni. O nich powinniśmy uczyć w szkołach. I jeszcze jedno: nie byłoby tych wspaniałych wynalazców, gdyby nie wysoki poziom nauczania nauk ścisłych, zwłaszcza matematyki, w polskich szkołach przed wojną. A my, we współczesnej Polsce, na 10 lat wyrzuciliśmy matematykę z matury! Wstyd! Teraz nadrabiamy straty, ale to praca na długie lata.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

środa, 27 maja 2015

ECHO TARGÓWKA: JOW-y? A co to takiego?

Zaskakujący sukces Pawła Kukiza sprawił, że język ojczysty wzbogacił się o kolejne słowo, a właściwie skrót: JOW. Pewnie już większość Czytelników wie, że nie ma to nic wspólnego ani z Jowiszem, ani z Jowitą, ale że jest to skrót , który w rozwinięciu brzmi: (J)ednomandatowe (O)kręgi (W)yborcze.
Nie jest to szczególna nowość w polskim systemie wyborczym. W taki sposób w 2011 r. wybieraliśmy senatorów. Polskę podzielono na 100 okręgów wyborczych i w każdym wybierano jednego senatora spośród wielu kandydatów. Do Senatu wchodził ten, który uzyskał największą liczbę głosów. Nie musiałaby to być więcej niż połowa, wystarczyło i 30%, byle tylko konkurenci dostali jeszcze mniej. Tak właśnie został wybrany autor niniejszego felietonu, choć łaskawi wyborcy zaszczycili mnie ponad połową głosów, oddanych na wszystkich kandydatów. Z kolei w 2014 r. po raz pierwszy okręgi jednomandatowe zastosowano także w wyborach do wszystkich - poza miastami powiatowymi - rad gmin. I również w tym systemie: kto dostał najwięcej głosów, ten uzyskiwał mandat. Nowość postulatu Pawła Kukiza nie polega więc na tym, że proponuje on zastosowanie JOW-ów po raz pierwszy, (bo już je stosujemy), ale na tym, że chciałby, aby w ten sposób wybierani byli wszyscy posłowie do Sejmu. Dlaczego? Co chce osiągnąć? Otóż Paweł Kukiz nie cierpi partii politycznych. W jednej ze swoich piosenek śpiewa: "To nie jest demokracja, tu rządzi partiokracja, trzeba chamom zabrać złoty róg". Jest przekonany, że jednomandatowe okręgi wyborcze spowodują rozpad partii politycznych, bo wyborcy będą wybierać bezpartyjnych, popularnych kandydatów i to tacy właśnie posłowie będą rządzić Polską. Rzeczywiście, kandydat wybrany w jednomandatowym okręgu jest bardziej związany ze swoimi wyborcami, łatwiej mogą go rozliczać z jego działalności. Również partia, która wystawia takiego kandydata, musi postarać się, aby był to "ktoś", bo inaczej nie dostanie mandatu. Obecny system wyborczy do Sejmu - zwany proporcjonalnym - pozwala zdobyć mandat tylko pod warunkiem, że kandydat znalazł się na jakiejś liście partyjnej, a partia ta na dodatek zdobyła co najmniej 5% głosów wszystkich wyborców. System ten blokuje drogę do Sejmu ciekawym indywidualnościom, utrudnia wejście na arenę polityczną nowym partiom, sprawia, że do Sejmu dostaje się sporo posłów spod znaku BMW - czyli biernych, miernych, ale wiernych. System proporcjonalny ma jednak dwie ważne zalety, których nie ma system JOW-ów. Po pierwsze, każda troszkę większa niż 5% ogółu grupa wyborców może mieć swoją - wyrażającą jej interesy - reprezentację w Sejmie. W systemie JOW-ów partia, która ma poparcie 5, 10, a nawet 20% może nie mieć ani jednego posła! Tak właśnie stało się w niedawnych wyborach w Wielkiej Brytanii. Druga zaleta systemu proporcjonalnego polega na tym, że jeśli w Sejmie dominują partie polityczne a nie setki indywidualności, łatwiejsze jest utworzenie stabilnego rządu, co dla funkcjonowania państwa ma zasadnicze znaczenie. I teraz pytanie: jak z tego wybrnąć? Co zrobić, aby zminimalizować wady obu systemów, a zmaksymalizować ich zalety? Rozwiązanie znaleźli praktyczni Niemcy. Od lat stosują system mieszany - połowa posłów wybierana jest w okręgach jednomandatowych, połowa z list partyjnych, przy czym system jest tak skonstruowany, że każda partia, która osiągnie określone poparcie społeczne, ma swoich reprezentantów w Bundestagu. Wyborca otrzymuje dwie listy. Na jednej są partie polityczne, a na drugiej po jednym kandydacie każdej partii oraz kandydaci bezpartyjni. Tym samym wyborca ma dwa głosy: jeden oddaje na partię, a drugi na konkretnego kandydata (z tej samej partii, z innej, albo na bezpartyjnego). Od lat jestem zwolennikiem wprowadzenia takiej ordynacji wyborczej w Polsce. Jest szansa, że dzięki zaproponowanemu przez Prezydenta Komorowskiego referendum ta korzystna zmiana zostanie wreszcie wprowadzona w życie. 
 
Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

wtorek, 19 maja 2015

ECHO TARGÓWKA: Rewitalizacja prawego brzegu: Wielki skok czy mały kroczek?

Zżymałem się w ubiegłym roku na przeciągające się konsultacje w sprawie rewitalizacji Pragi i Targówka, zwłaszcza że toczyły się one w pewnej próżni. Prawie zawsze z sali padało sakramentalne pytanie: "No dobrze, ale ile miasto da na to pieniędzy?". Wreszcie wiadomo. Kwota nie rzuca na kolana - 1,4 mld zł do 2022 r., czyli po 200 mln rocznie. Biorąc pod uwagę skalę zaniedbań, chciałoby się znacznie więcej, ale w porównaniu z tym, jak prawobrzeżna Warszawa była traktowana wcześniej - dobre i to.Pojawiły się też konkrety na temat tego, co za te pieniądze zamierza się zrobić. Jest się z czego cieszyć - sala koncertowa na 1,8 tys. miejsc i siedziba dla orkiestry Sinfonia Varsovia, Centrum Kultury w pałacyku Konopackiego, modernizacja Teatru Baj, wiele inwestycji w infrastrukturę. Brakuje mi jednak odpowiedzi na pytanie, ile właściwie lat potrzeba, by Praga i Targówek zrównały się pod różnymi względami z innymi dzielnicami stolicy, przestały być ubogimi krewnymi? Jaką część potrzeb mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy uda się dzięki programowi rewitalizacji zaspokoić? Przydałaby się dokładniejsza fotografia stanu zasobów mieszkaniowych na obu Pragach i Targówku, pokazująca, ile budynków jest do remontu, ile do rozbiórki, ile mieszkań nie ma centralnego ogrzewania, ciepłej wody, łazienki, ubikacji itd. Nie na wszystko jest tyle samo czasu. Uważam, że dla prażan kluczowe jest to, jak długo jeszcze ich dzieci będą wypadać na różnych egzaminach dużo gorzej niż ich rówieśnicy z lewego brzegu Wisły, a praskie szkoły będą uchodziły za najgorsze w Warszawie. Podczas konsultacji dzielnicowych 29 kwietnia jedna z uczestniczek zwróciła uwagę, że w programie praktycznie nie wspomina się o rozwiązaniu problemów edukacyjnych Pragi. Ma to się dziać niejako przy okazji zapobiegania i przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, na który to cel przeznacza się znacznie więcej pieniędzy niż dotychczas. Wiele jednak zależy od tego, jak te fundusze zostaną rozdzielone. Czy szkoły zostaną lepiej wyposażone, dostaną więcej pieniędzy na zajęcia pozalekcyjne? Ważne jest też, na ile w realizację programu zostaną włączeni partnerzy społeczni, organizacje pozarządowe. Na Pradze i Targówku są one bardzo aktywne. Stowarzyszenia Q Zmianom, Otwarte Drzwi, Mierz Wysoko, Towarzystwo Przyjaciół Dzieci Ulicy im. Kazimierza Lisieckiego, Serduszko dla Dzieci, czy inne, podobne, pomogły wyprostować drogi życiowe wielu dzieciom i dorosłym - skończyć szkołę, rozwinąć zainteresowania, zdobyć zawód, znaleźć pracę, dom, wyjść z osamotnienia i opuszczenia. Pomimo tych zasług, organizacje te borykają się z problemami finansowymi a nawet z szykanami. Na przykład stowarzyszeniu Otwarte Drzwi, które prowadzi m.in. ośrodek dziennego pobytu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, cofnięta została dotacja z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Powód? Przekroczono dozwoloną liczbę pracowników administracyjnych, ponieważ jedna z pracownic dostała długoterminowe zwolnienie lekarskie i trzeba było na jej miejsce zatrudnić inną, a kontrolerzy policzyli obie. Organizacjom trzeciego sektora potrzebne są więc nie tylko pieniądze, ale i ochrona przed różnymi absurdalnymi decyzjami administracyjnymi. Drugą równie istotną kwestią jest to, jak długo jeszcze będą istniały na prawym brzegu Wisły domy, w których nie da się godnie żyć, pozbawione podstawowych wygód i instalacji. Cieszy fakt, że w ciągu ostatnich 7 lat przybyło na Pradze i Targówku 800 mieszkań komunalnych.
Wątpliwości moje budzi jednak zapowiedź, że budownictwem mieszkaniowym mają się odtąd zajmować głównie TBS-y. Ma powstać 1700 nowych mieszkań, w tym 675 w kompleksowo zmodernizowanych kamienicach zabytkowych. Czy jednak będą one na kieszeń ludzi, którzy mieszkają dziś w tragicznych warunkach, w budynkach do wyburzenia? Przydałaby się dokładniejsza fotografia stanu zasobów mieszkaniowych na obu Pragach i Targówku, pokazująca, ile budynków jest do remontu, ile do rozbiórki, ile mieszkań nie ma centralnego ogrzewania, ciepłej wody, łazienki, ubikacji itd. Chodzi o to, byśmy nie epatowali się liczbami, lecz wiedzieli, czy realizując nowy program rewitalizacji robimy wielki skok, czy tylko mały kroczek i w którym miejscu będziemy za 7 lat. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

środa, 29 kwietnia 2015

MIESZKANIEC: Port Praski - jak nie praski

Ratusz po raz kolejny wyłożył do publicznego wglądu plan zagospodarowania Portu Praskiego. Do poprzedniej wersji, z listopada 2011 r., zgłoszono około 600 uwag, po których rozpatrzeniu zdecydowano się na pewne zmiany. M.in. ma pozostać na starym miejscu pomnik Kościuszkowców.
Ma być więcej przejść do portu dla pieszych. Zrezygnowano z jednego z wysokościowców. Przybędzie – na wniosek inwestora – duża galeria handlowa. Projekt wciąż jednak budzi kontrowersje, a zastrzeżenia dotyczą m.in. gęstości planowanej zabudowy. Na stosunkowo małym obszarze (niespełna 40 ha) mają powstać m.in. cztery wieżowce (o wysokości 160, 140, 120 i 100 m) z biurami (w sumie około 200 tys. m kw. pow.), apartamentami, hotelem, galerią handlową i usługami, luksusowa dzielnica mieszkaniowa (budynki do 40 m) także ze sklepami, restauracjami i lokalami usługowymi oraz kompleks sportowy, marina dla jachtów. Szacuję, że w dni powszednie, w godzinach od 8.00 do 17.00 będzie tu przebywało ̶ uwzględniając mieszkańców, pracowników i przyjezdnych – do 30 tys. ludzi. Część dojedzie koleją,metrem, planowanym tramwajem wodnym, ale wielu samochodami. Gdzie je postawią? Na Okrzei, Kłopotowskiego, innych bocznych uliczkach? Obawiam się, że szykuje się w tym rejonie komunikacyjny Armageddon. Bywałem na wielu spotkaniach w tej sprawie, proponowałem obniżyć domy i zmniejszyć ich powierzchnię, ale te postulaty, nie tylko moje, jedynie częściowo uwzględniono. 20 kwietnia odbyła się dyskusja publiczna nad nowym planem. Nie wiem, czy była za mało rozreklamowana, czy też miejsce zostało
niefortunnie wybrane (Pałac Kultury i Nauki zamiast jakaś sala na Pradze), ale uczestniczyło w niej zaledwie ok. 20 osób, a nie wierzę, by Prażanie nie byli nią zainteresowani. W dodatku głos zabierali
głównie architekci i urbaniści. Opinie były podzielone. Od skrajnie negatywnej: po co tu wieżowce?
nie pasują do Pragi, do jej zabudowy historycznej, oszpecą Warszawę, po pełną superlatyw laurkę: wspaniałe dzieło, przykład dla innych miast, dowód odwagi projektantów itp. Wątpliwości wzbudziła
ul. Nowojagiellońska, która ma być przedłużeniem ul. Zamoyskiego do ul. Okrzei, a dalej kilkusetmetrowym tunelem ciągnąć się do al. Solidarności. Będzie, nie będzie? Potrzebę jej budowy zakwestionowali niezależnie od siebie specjaliści z Politechniki Warszawskiej i Krakowskiej, którym miasto oraz inwestor czyli spółka Port Praski, zlecili wykonanie ekspertyz. Mimo to ulica figuruje w świeżo zaktualizowanym studium zagospodarowania miasta, które jest nadrzędne w stosunku do planów miejscowych, a więc i Portu Praskiego. Po co miasto zlecało ekspertyzę, skoro z niej nie skorzystało? Czy znowu trzeba będzie aktualizować studium, a potem plan Portu czyli po raz kolejny odłożyć sprawę? I tak ad calendas Graecas? Wskazywano na wciąż nieusunięte utrudnienia w dostępie do portu. Na grożący mieszkańcom brak słońca z powodu wysokiej zabudowy. Na problem garaży i parkingów. Pytano o zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Nie padły konkretne odpowiedzi, ale wiem, że z tymi ostatnimi jest wielki kłopot. Miasto nie kwapi się z wydawaniem pieniędzy na śluzę. Spółka Port Praski chciałaby ją zbudować, ale nie może, bo przepisy nie pozwalają, by tego typu instalacje budował prywatny inwestor. Sytuacja jest więc patowa. Może ratusz powinien się zdecydować na partnerstwo publiczno-prywatne? Niech wreszcie coś się ruszy z inwestycjami, o których mówi się w Warszawie od dwóch dekad. Plan był wyłożony do 29 kwietnia, ale nadal jest dostępny na stronach internetowych miasta (www.bip.warszawa.pl). Zachęcam do zapoznania się z nim oraz zgłaszania uwag. Można je składać na piśmie skierowanym do Prezydenta za pośrednictwem Biura Architektury i Planowania Przestrzennego (ul. Marszałkowska 77/79, 00-683 Warszawa) albo w dzielnicy. Jest na to czas do 20 maja. Nie zostawiajmy sprawy urzędnikom.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 16 kwietnia 2015

MIESZKANIEC: Jej szerokość Grochowska

Jesteśmy już parę miesięcy po wyborach samorządowych i dzielnice się aktywizują. Pod koniec marca władze Pragi Południe zaprosiły mieszkańców do klubokawiarni Kicia Kocia na spotkanie na temat przyszłości ul. Grochowskiej. Na początku wiceburmistrz Jarosław Karcz zabrał dość licznie zgromadzoną publiczność na wirtualny spacer przedstawiając poszczególne obiekty, zabudowania oraz miejsca, w których dzielnica zamierza inwestować lub realizować własne projekty. Potem były pytania i odpowiedzi. Zgodnie z postulatami zgłaszanymi w trakcie ubiegłorocznych konsultacji społecznych, Grochowska ma stać się ulicą rzemieślników. (Bankowcom już dziękujemy!). Mają tu wrócić nie tylko szewcy, krawcy, zegarmistrzowie, ale też kaletnicy, tapicerzy, ramiarze, garncarze, ceramicy, itp. zanikające zawody, których doliczono się ponad 20. Wytypowano na razie dziewięć lokali, do tej pory na podstawie konkursu objęte zostały trzy, ale początki jak wiadomo zawsze są trudne. Projekt będzie kontynuowany. Ulicą z charakterem ma też zostać Skaryszewska. Władze chcą tu stworzyć kolejną przystań dla artystów wynajmując im po preferencyjnych cenach lokale na pracownie. Projekt wywołuje trochę kontrowersji wśród mieszkańców innych części Pragi Płd., ponieważ akurat w tej okolicy nie brakuje zaplecza dla inicjatyw kulturalnych, choćby Lubelska 30/32 czy Soho Faktory, są też teatry. Dlaczego tylko na Kamionku będzie działo się coś ciekawego? - pytano. Jak jednak tłumaczył burmistrz, w dyspozycji miasta mało jest dużych powierzchni, na których można by urządzić pracownię malarską czy też scenę teatralną, a przy Skaryszewskiej można je wygospodarować w dawnych fabryczkach, drukarniach itp. Poza tym, mimo iż trochę tu się ostatnio zmieniło na lepsze, jest to wciąż najbardziej zaniedbana część dzielnicy. Ale i na samej Grochowskiej napotykamy na kontrasty. W sąsiedztwie odrestaurowanych zabytkowych kamienic straszą budynki i tereny w opłakanym wręcz stanie, zaśmiecone, ogrodzone odrapanymi płotami. Przyczyny są od lat takie same. Jak wyjaśniał J.Karcz, z jednej strony jest to bariera finansowa, z drugiej - roszczenia związane z dekretem Bieruta. W budynkach i na działkach objętych roszczeniami miasto nie może nic zrobić. Przyjęta przez Senat ustawa, której jestem współautorem, a nad którą pracuje obecnie Sejm, pozwoli w dużym stopniu uchylić drugą z tych barier. (Przypomnę, że chodzi m.in. o to, by w przypadku, gdy roszczenie zostało zgłoszone dawno temu, ale właściciel lub spadkobiercy się nie zgłaszają, nieruchomość przechodziła na własność gminy). Przysłuchując się dyskusji zdałem sobie natomiast sprawę, że potrzebna byłaby jeszcze jedna ustawa. Mianowicie taka, która zobowiązywałaby właścicieli do zadbania o odzyskane mienie i zagospodarowania go w ściśle określonym terminie. Gdyby się z tego nie wywiązali, gmina przejmowałaby nieruchomość. W innych krajach istnieją takie rozwiązania. My ich nie mamy, zdarza się więc, że po zwróceniu właścicielom budynki - na spotkaniu mówiono m.in. o zabytkowej piekarni Teodora Reicherta przy
Rondzie Wiatraczna oraz pawilonach przy Szembeka – nadal niszczeją. W związku z budową obwodnicy Śródmieścia w perspektywie kilku najbliższych lat duże zmiany szykują się przy Rondzie Wiatraczna. Wygrała, choć droższa, koncepcja poprowadzenia obwodnicy pod ziemią, okoliczne kamienice nie będą więc wyburzane, a miejsce ma stać się, jak zapewniał burmistrz, bardziej przyjazne mieszkańcom. Skoro tak, to zaproponowałem, by powstało tu jedno z 10 planowanych przez miasto centrów lokalnej społeczności, gdzie można będzie zrobić zakupy, załatwić sprawy na poczcie, porozmawiać ze znajomymi itd. Do wzięcia na ten cel z miejskiej kasy jest 5 mln zł, trzeba tylko aktywnie o te pieniądze zawalczyć. Mimo iż nie wszystkie pytania mieszkańców doczekały się konkretnych odpowiedzi, spotkanie uważam za udane. Mam nadzieję, że będzie inspirujące dla władz dzielnicy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl