czwartek, 20 listopada 2014

MIESZKANIEC: Ludzka twarz Senatu

O Senacie w mediach jak zwykle cicho. Szkoda, bo coraz mocniej angażuje się on w obronę praw człowieka i obywatela, warto więc, by zainteresowani mieli tego świadomość. Owoce przynosi coraz ściślejsza współpraca z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ale nie brakuje też własnych inicjatyw
ustawodawczych. Wiele spraw – czasami wydawałoby się drobnych, ale dla ludzi, których dotyczą, ważnych – jest w toku, poinformuję o nich, gdy projekty zostaną przyjęte i przesłane do Sejmu. Na razie o tym, co do tej pory udało się zrobić. Zaproponowaliśmy zmianę niektórych przepisów ustawy o rehabilitacji tak, by ułatwić osobom niepełnosprawnym, które osobiście wykonują działalność gospodarczą ubieganie się o refundację składek na ubezpieczenia społeczne. Obecnie nawet minimalne opóźnienie w ich opłaceniu uniemożliwia uzyskanie refundacji, co może doprowadzić nawet do bankructwa firmy. Chodzi też o umożliwienie umarzania, rozkładania na raty bądź odraczania zwrotu pomocy udzielonej w tej formie. Zaproponowaliśmy nowelizację Kodeksu karnego tak, by uniemożliwić właścicielom kamienic nękanie lokatorów w celu zmuszenia ich
do opuszczenia mieszkań. Obecnie zalewanie mieszkań, dewastowanie budynku, usuwanie drzwi i okien, odcinanie wody, ogrzewania i prądu, zamurowywanie wejścia itp. nie jest przestępstwem, bo nie dochodzi do przemocy bezpośredniej wobec osoby (lokatorzy mogą się bronić przed takimi praktykami tylko na drodze cywilnej). Senat wnosi, by przemoc pośrednia też podlegała karze.
Zaproponowaliśmy likwidację luki prawnej w ustawie o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy. Powodowała ona, że pracownicy polskiego przedsiębiorcy, którego upadłość ogłosił najpierw sąd zagraniczny (bo tam był zarząd), a potem powtórnie krajowy, nie mogli skorzystać z wypłaty świadczeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Wnieśliśmy projekt ustawy, która umożliwia rolnikom nieopodatkowaną i odformalizowaną produkcję i sprzedaż w niewielkim zakresie pieczywa, wędlin, dżemów, kompotów, serów itp. produktów. Wnieśliśmy projekt ustawy o petycjach. Prawo do nich uznaje się za jedno z najstarszych praw jednostki gwarantowanych w państwach demokratycznych. Jednak mimo, że zostało ono zapisane w naszej konstytucji, do niedawna było martwe, ponieważ nie określono procedur postępowania. Ustawa została w lipcu uchwalona i teraz władze publiczne nie mogą już petycji zignorować. Każda musi być rozpatrzona w określonym terminie, a obywatel, który ją złożył, musi zostać poinformowany, w jaki sposób została załatwiona. Zaproponowaliśmy zmianę ustawy o ochronie przyrody tak, by odpowiedzialność Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez niektóre
gatunki zwierząt nie była zależna od rodzaju majątku, w którym do nich doszło. Obecnie odpowiedzialność ta ogranicza się w przypadku szkód wyrządzonych przez bobry do gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, nie obejmując działek rekreacyjnych i domów nad rzekami
(Trybunał Konstytucyjny to zakwestionował), a np. w przypadku szkód wyrządzonych przez niedźwiedzie – do pasiek, zwierząt gospodarskich i upraw rolnych. Zaproponowaliśmy nowelizację ustawy o rencie socjalnej tak, by prawo do niej było uniezależnione od przebywania na terenie Polski. Wystarczy posiadanie w Polsce miejsca zamieszkania. Wnieśliśmy projekt ustawy o zmianie ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Chodzi o to, by dłużnik nie ponosił kosztów postępowania egzekucyjnego, które przeciw niemu nie powinno być prowadzone i zostało umorzone.
TK uznał obowiązujący przepis za niezgodny z zasadą przyzwoitej legislacji, co wydaje się oczywiste. To tylko niektóre z senackich projektów. Mam nadzieję, że Sejm nie będzie zwlekał z ich rozpatrzeniem i praca Izby Wyższej nie pójdzie na marne. Niestety, na razie większość utknęła w sejmowych komisjach.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

środa, 12 listopada 2014

MIESZKANIEC: Wybory – Wielogłowy na prezydenta!

Wybory za kilka dni. Na kogo tu zagłosować? Tego oczywiście nie powiem, bo choć mam swoje preferencje, nie wypada mi uprawiać propagandy wyborczej. Chętnie jednak (i lekko żartobliwie) podsumuję kampanię wyborczą (bez nazwisk, a używane przeze mnie w dalszej części słowo „kandydat” może oznaczać zarówno mężczyznę, jak i kobietę). Widać, że kandydaci na prezydenta Warszawy odrobili lekcje z PR i nieobca jest im sztuka uwodzenia wyborców. Jeden nawet obiecuje, że jak wygra, to na stanowisku prezydenta będzie się zachowywał jak na pierwszej randce – cokolwiek miałoby to znaczyć, drugi, że będzie słuchał warszawiaków jak cesarz Franciszek Józef – dwa razy w miesiącu od rana do wieczora będzie przyjmował interesantów. Wszyscy dużą wagę przywiązują do komunikacji. Jeden obiecuje, że będzie darmowa, licząc na to, że ściągnie w ten sposób do Warszawy podatników, którzy tu pracują i mieszkają, ale płacą podatki gdzie indziej
(sam też tak robi). Ale czy oni wszyscy na pewno jeżdżą tramwajami i autobusami? Drugi zapowiada, że będziemy jeździć komunikacją miejską częściej i szybciej, i chce wyznaczyć w tym celu buspasy wszędzie, gdzie się da, budować wielopoziomowe skrzyżowania, kolejkę naziemną na ul. Pułaskiej – szynową, chociaż gondolowa też nie jest nierealna. Na pytanie, jak ma się zmieścić ruch szynowy przy ulicy, gdzie jest kilka wiaduktów, odpowiada rozbrajająco, że nie jest inżynierem. „Rzucam pomysł, nie gotowe rozwiązanie”. Kiedyś mówiono: „Ja rzucam myśl, a wy go łapcie”. Trzeci chce wpuścić na buspasy także motocykle, skutery i samochody, które wożą trzech i więcej pasażerów, (jak to wyegzekwować, nie mówi) oraz zapowiada uproszczenie przebiegu linii tramwajowych. Miałyby jeździć tylko ze wschodu na zachód albo z północy na południe, bo podobno tak będzie taniej (i pewnie wreszcie byłby jakiś porządek!). Wszystko ma być tańsze niż teraz. Jest kandydat, który obiecuje warszawiakom złotówkę za godzinę parkowania (dziś 3 zł i są kłopoty ze znalezieniem wolnego miejsca) i wielopoziomowe parkingi. Jest taki, który zapowiada rozszerzenie Karty Warszawiaka na punkty usługowe, spożywcze i gastronomiczne prowadzone przez warszawiaków dla warszawiaków oraz wprowadzenie do obiegu złotego warszawskiego, w którym ceny – w lokalnych sklepach i firmach – byłyby niższe niż w złotych polskich. Jeszcze inny obiecuje bezpłatne miejsca w żłobkach i przedszkolach dla wszystkich dzieci. Ma nie być bezdomnych. Jeden kandydat obiecuje zbudować 5 tys. mieszkań komunalnych w 4 lata. Inny – pomoc osobom, które spłacają kredyt mieszkaniowy. Jeszcze inny – uwłaszczenie lokatorów mieszkań komunalnych
za 10% ich wartości. Ma nie być eksmisji na bruk. Wśród obietnic kandydatów jest też uwłaszczenie działkowców, legalizacja wszystkich altan działkowych, zamiana (uchwałą) wieczystego użytkowania na prawdziwą własność, likwidacja straży miejskiej i powołanie na jej miejsce straży obywatelskiej, wydłużenie czasu pracy urzędów (byłyby czynne w godz. 7-19), zmniejszenie liczby urzędników, budowanie metra szybciej i taniej niż dzieje się to obecnie, zlikwidowanie służbowych samochodów i przerzucenie się na rowery i komunikację miejską, wydzielenie stref wolnych od zakazu spożycia piwa, np. na Polu Mokotowskim, nad Wisłą. Wszyscy kandydaci obiecują, że będą się kierować opiniami mieszkańców, rozwiążą problem dekretu Bieruta. Ma być mniej podatków, a inwestycje drogowe nie będą utrudniały ludziom życia. Kiedy się to wszystko czyta, na sercu robi się błogo. Okazuje się, że w Warszawie nie ma rzeczy niemożliwych do wykonania. Gdyby tak można było posadzić na fotelu prezydenta wszystkich kandydatów jednocześnie, prezydenta wielogłowego
(albo Wielogłowego)? Mielibyśmy w stolicy istny raj. Pomarzyć dobra rzecz, ale musimy niestety zejść na ziemię i zagłosować na tego z kandydatów – i to jest moja jedyna rada – którego znamy i który daje rzetelną gwarancję, że zrobi to, co obiecuje, nawet jeśli obiecuje mniej niż inni. Serdecznie
zachęcam do tego Prażan.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 23 października 2014

MIESZKANIEC: Co trapi Europejczyka

Niedawno wróciłem ze Strasburga, z posiedzenia Rady Europy. Dla przypomnienia: Rada Europy, to nie Unia Europejska. Jej członkami jest 47 państw europejskich (Wasz senator reprezentuje tam polski Senat), a zadaniem ochrona praw człowieka i obywatela oraz upowszechnianie standardów demokratycznych w państwach członkowskich, czyli praktycznie w całej Europie. Słynny Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu to właśnie organ Rady Europy. W Polsce o Trybunale wiedzą oczywiście wszyscy – bo tam można się poskarżyć. Pytanie, co jeszcze wiemy o Europie i jej problemach? Myślę, że niewiele. Żyjemy tu sobie dyskutując z ożywieniem o aferze podsłuchowej, o zegarku pana ministra, o tym, kto z kim się łączy lub dzieli, o kretyńskich wypowiedziach pana Korwina-Mikke i mamy pretensje do Europy, że nie zawsze rozumie naszą „specyfikę” i nasze potrzeby. Uważamy się za Europejczyków, ale czy interesujemy się problemami Europy, czy próbujemy pomóc w ich rozwiązywaniu? Czasami mam wrażenie, że Ludwik Jerzy Kern, pisząc: „Bo między Bugiem a Nysom to najważniejsze my som” – miał sporo racji. Pozwólcie zatem, drodzy Czytelnicy, że od czasu do czasu przywiozę ze Strasburga nie tylko alzackie wino i sery, ale także garść informacji o tym, co trapi naszych braci Europejczyków, żyjących na zachód od Nysy.
Na ostatnim posiedzeniu jednym z tematów był problem nielegalnej imigracji z Afryki do Włoch. Mniej więcej od 2011r. do Włoch, m.in. na słynną wyspę Lampedusa, zaczęły docierać łodzie i pontony, wypełnione po brzegi mieszkańcami Afryki. Wszyscy zgłaszali chęć otrzymania azylu, argumentując, że są ofiarami prześladowań i grozi im śmierć. Humanitarne prawo europejskie nakazuje takie wnioski rozpatrzyć. Włosi lokowali ich zatem w obozach dla azylantów i w ciągu 30 miesięcy badali, czy i którzy imigranci zasługują na azyl. Bomba wybuchła, gdy ludzie dryfujący na jednej z łodzi, po kolei poumierali z braku wody i jedzenia, mimo, że koło nich przepływały różne statki. Żaden nie udzielił pomocy. Fala oburzenia przeszła przez Europę. Na tej fali rząd włoski uruchomił program Mare Nostrum, polegający na ciągłym patrolowaniu morza przez kilka statków i helikopterów. Program okazał się skuteczny, uratowano wielu uciekinierów. Włochy zostały pochwalone. I wtedy zaczął się problem. Obecność ratowników na morskich wodach sprawiła, że bardzo ryzykowna do tej pory przeprawa stała się względnie bezpieczna, co znacznie zwiększyło liczbę kandydatów do azylu. Na wybrzeżu afrykańskim, zwłaszcza w ogarniętej wojną Libii, powstał cały, niezwykle dochodowy system szmuglowania ludzi do Włoch. Często wsadza ich się do łodzi (wcześniej pobrawszy sutą opłatę) i wręcza komórkę z wgranym numerem włoskiej straży morskiej. W rezultacie liczba nielegalnych imigrantów wzrosła z kilku do kilkudziesięciu tysięcy rocznie (w tym roku sięgnie 100 tysięcy!), z których tylko nieliczni zasługują na azyl. Włosi nie są w stanie zapewnić im godziwych warunków, wielu ucieka z obozów i przedziera się do innych krajów unijnych. To dla Europy potężny problem. Nie można nie ratować uciekinierów, bo to nieludzkie, nie można jednak także tolerować tak ogromnej nielegalnej imigracji. Czy jest z tego wyjście? Tak, raport, który na posiedzeniu Rady Europy przyjęliśmy proponuje, aby Unia wyłożyła pieniądze na wzmocnienie straży przybrzeżnej Libii, Tunezji i Maroka, a jednocześnie sfinansowała organizację obozów azylanckich na terenie tych krajów aby tam rozstrzygać, komu należy się azyl. Trochę to będzie kosztować,ale na pewno mniej, niż niekontrolowana imigracja. Teraz raport trafi do Parlamentu Europejskiego – oby przeczytano go z uwagą i podjęto właściwe decyzje.

czwartek, 9 października 2014

MIESZKANIEC: Na problemy - warsztaty

Za PRL krążyła anegdota, że gdy w państwie coś szwankuje, to władza powołuje wysoką komisję. Dzisiaj mamy inne czasy, ale coś z tamtych praktyk pozostało. Tyle, że rolę komisji pełnią warsztaty, w których każdy może uczestniczyć, zgłaszać swoje uwagi i pomysły rozwiązania problemu.
W wielu takich warsztatach na Pradze i Targówku brałem udział i mam mieszane uczucia. Owszem, sprawdzają się, gdy chodzi o przygotowanie budżetu partycypacyjnego, o to, jak zagospodarować osiedle, czy fragment dzielnicy, rzeczywiście bowiem padają wtedy ze strony mieszkańców różne ciekawe propozycje, pojawiają się nowe pomysły i władze mogą wspólnie z obywatelami, w toku kolejnych spotkań, coś sensownego wypracować. Są jednak sprawy, których nie da się tą drogą załatwić. Traci się tylko czas i pieniądze. Jedną z dziedzin, która niewątpliwie na Pradze Północ szwankuje jest edukacja. Świadczą o tym przede wszystkim najgorsze w praskich szkołach na tle innych dzielnic wyniki egzaminów zewnętrznych, a także inne wskaźniki, w tym niska frekwencja uczniów, brak zajęć dodatkowych w szkołach. Niezadowoleni rodzice posyłają dzieci do szkół na lewym brzegu Wisły. Władze dzielnicy uznały więc edukację za obszar, którym należy się szczególnie zająć i wspólnie z mieszkańcami postanowiły opracować strategię w tej dziedzinie.
Warsztaty na ten temat, w których uczestniczyłem, (jedne z wielu zaplanowanych) zgromadziły głównie nauczycieli i kierowników szkół i przedszkoli. Przyszli z obowiązku (niektórzy sądzili, że to jakieś kolejne szkolenie), ale z wypowiedzi wynikało, że nie bardzo widzą sens tego spotkania. Doszło nawet do małego buntu, kiedy panie z Centrum Komunikacji Społecznej poprosiły o podzielenie się na grupy, z których jedna miała zastanawiać się nad wizją dobrej jakości szkoły, a druga – dobrej jakości przedszkola. Siódmy raz mam opracowywać strategię dla Pragi Północ. A co z poprzednimi? – padło m.in. pytanie. Nauczyciele tłumaczyli, że tu nie chodzi o szkołę, lecz o uczniów. Na Pradze Północ panują najtrudniejsze w Warszawie warunki społeczne i socjalne. Dzieci często przychodzą do szkoły głodne i problemem jest, żeby je nakarmić, a nie czegoś nauczyć. To nie szkoły są byle jakie i powinny się poprawić. Wyniki egzaminów nie oddają rzeczywistości szkolnej. W każdej klasie są bowiem dzieci, które się świetnie rozwijają, wspierane przez domy, rodziców, ale także takie, które znacząco obniżają poziom. Z jednej strony nie wynoszą z domu motywacji do nauki, z drugiej często nie mają nawet gdzie odrabiać lekcji. Zwracano uwagę na to, że środki, które miasto daje na szkoły są bardzo małe. Nie ma pieniędzy na zajęcia dodatkowe i wyrównawcze, na wyposażenie, na remonty budynków. Nie jesteśmy grupą bezradnych dyrektorów, którym trzeba podpowiadać jak powinni pracować. To wszystko, co można było zrobić bez pieniędzy zostało zrobione 2-3 lata temu – mówiono. Czy to są to jakieś odkrywcze sformułowania, czy Urząd Miasta nie wie, na czym polega problem i musi zamawiać diagnozę sytuacji, robić specjalne badania? Myślę, że wie o tym także Ministerstwo Edukacji Narodowej. Uważam, że potrzebna jest strategia edukacyjna nie dla Pragi Północ, lecz dla Warszawy. Dzieci z Pragi nie dlatego osiągają gorsze wyniki w edukacji, że są głupsze, czy też mają gorszych nauczycieli, ale ze względu na warunki domowe, materialne i brak tradycji edukacyjnych. Już na starcie są więc na gorszej pozycji niż dzieci
z „lepszych” dzielnic. W dodatku także tutejsze szkoły są często niedoinwestowanie, gorzej wyposażone, brakuje boisk, hal sportowych. Młodzi ludzie nie mają gdzie rozwijać swoich zainteresowań ani spędzać pożytecznie wolnego czasu. Potrzebna jest więc strategia, która da więcej środków praskiej oświacie i umożliwi wyrównanie poziomów. Powinien ją opracować Urząd Miasta z Urzędem Dzielnicy, a nie wynajęta fundacja wspólnie z mieszkańcami w ramach warsztatów, bo to tylko strata czasu i pieniędzy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 2 października 2014

ECHO TARGÓWKA: Wszyscy jesteśmy "Innymi". Poprawność polityczna to nie jest neocenzura

Z badań wynika, że Polaków cechuje wysoki poziom wrogości wobec mniejszości. Co i raz spotykamy się z przykładami homofobii, rośnie islamofobia i rasizm, utrzymuje się seksizm i antysemityzm, coraz częściej dochodzi do aktów przemocy wobec nielicznych u nas Romów, uchodźców, Afrykańczyków.
Wziąłem udział w debacie na ten temat zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego. Paneliści reprezentujący różne grupy mniejszości, zostali zapytani o to, jakie są źródła dyskryminacji "Innych", jakie działania mogą osłabiać homofobię, rasizm, islamofobię, niechęć do imigrantów, ludzi biednych czy bezdomnych, co mogą zrobić obywatele, żeby przeciwstawić się aktom nienawiści, jaka jest rola mediów. Główny i najważniejszy wniosek z debaty był taki, że tolerancji trzeba się uczyć od małego. Podstawową sprawą jest więc edukacja. Najpierw przedszkolna, potem szkolna, która pokaże, że ludzie są różni i są na świecie miejsca, w których to my bylibyśmy ci "Inni", co nie znaczy gorsi, gdyby nas tam przeniesiono. A co z tymi, którzy już nauczyli się nietolerancji i nienawiści? Tymi, dla których Romowie to wyłącznie obiboki i złodzieje, muzułmanie - terroryści, a geje i lesbijki - dewianci zagrażający zdrowemu społeczeństwu? Tu jest niestety gorzej, ponieważ ta nauka wciąż trwa. Do upowszechniania i podsycania wrogich postaw przyczyniają się media, zwłaszcza elektroniczne, które prześcigają się w poszukiwaniu sensacji. Jednostkowe fakty, np. to, że pewien mężczyzna w Hiszpanii domagał się, by w szkole, do której uczęszczają jego dzieci, nie podawano wieprzowiny, są generalizowane. Budowana jest atmosfera zagrożenia (muzułmanie zabronią nam jeść wieprzowiny), która przenosi się na ulice. Jakiś obcokrajowiec zostaje zelżony i pobity. Inni są prześladowani z powodu zamachu w Bostonie. Na prywatne media nie ma rady, ale publiczne mogłyby postawić tamę tym zjawiskom, pod warunkiem, że dochody z reklam nie będą, jak jest teraz, głównym źródłem ich finansowania. Dopóki to się nie zmieni, trudno oczekiwać, by nadawały poważne programy popularnonaukowe czy filmy dokumentalne, z których można by się dowiedzieć czegoś więcej o świecie niż plotek o artystach, sportowcach itp. Oddzielnym problemem jest Internet, gdzie mowa nienawiści szczególnie się pleni i niektórym ludziom puszczają wszelkie hamulce, ale tu można sprawić, by nie była ona bezkarna. Udaje się to w Białymstoku. Tamtejszy Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych regularnie składa doniesienia do prokuratury na osoby, które dają w sieci wyraz swojej wrogości i uprzedzeniom, dzięki czemu o 70% ograniczono w lokalnych mediach i Internecie mowę nienawiści. Działacze tej organizacji usuwają też znaki nienawiści z murów i współpracują ze szkołami. Pozostaje jeszcze Kościół. Wielu duszpasterzy podobnie jak dziennikarze, nakręca spiralę nienawiści, ale tu nic nie poradzimy. Można tylko mieć nadzieję, że Kościół sam się z tym problemem upora, choć na razie ci księża, którzy z tym zjawiskiem walczą, nie mają w Kościele lekko. Jest takie pojęcie, w Polsce często wyśmiewane, poprawności politycznej. To nie jest neocenzura, czy nowomowa, jak głoszą piewcy mowy nienawiści. To po prostu kwestia grzeczności. Tak jak uczymy się zachowania przy stole, tego, że mięso je się nożem i widelcem, a nie palcami, chociaż tak może byłoby wygodniej, tak też nie możemy obrażać innych ludzi, wyrażać się o nich z pogardą, dlatego, że są "Inni". W Stanach Zjednoczonych udało się wprowadzić takie zasady do życia publicznego i ludzie, którzy ich nie przestrzegają są wykluczani z towarzystwa, nie występują w mediach. U nas - przeciwnie. Są dla mediów łakomym kąskiem. Podsumowując: nie jesteśmy, niestety, tak tolerancyjni i uprzejmi wobec "Innych" (i siebie samych!), jak chętnie o sobie mówimy. Dobrze więc, że są ludzie i organizacje, które nam to uświadamiają. Chorobę łatwiej wyleczyć, gdy pacjent rozumie jej naturę. 
 
Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

czwartek, 11 września 2014

MIESZKANIEC: Nieletnim alkohol(u) (nie)sprzedajemy

Sklep. Dziewczyna, na oko 17-stolatka, prosi o „Królewskie”. Sprzedawca stawia je przed nią bez mrugnięcia okiem. Za jakiś czas chłopak w podobnym wieku kupuje „Lecha”. Tym razem ktoś z dorosłych interweniuje, nalega na sprawdzenie dokumentów. Sprzedawca wzrusza ramionami, a gdy interweniujący się upiera, kłamie, że zna tego klienta i wie, że jest on pełnoletni. Chłopak przytakuje. Inni nie reagują. Sytuacja została zainscenizowana przez pracowników firmy „Mirabo”, która przeprowadziła w br. badania sprzedaży alkoholu nieletnim w sklepach, barach i restauracjach na terenie Pragi Północ na zlecenie Urzędu Dzielnicy. Do każdej z 50 losowo wybranych placówek została wysłana kolejno dwójka młodo wyglądających (ale faktycznie pełnoletnich) audytorów z zadaniem zakupienia piwa oraz „dorosły”, który miał zwrócić uwagę sprzedawcy, gdy ten bez sprawdzenia dowodu osobistego podawał im piwo. Było to już trzecie badanie. Poprzednie zostały przeprowadzone w 2010 i 2013 roku. Wyniki są bulwersujące. Na 100 prób zakupu (po dwie w każdym badanym punkcie) tylko w 49 przypadkach sprzedawca odmówił sprzedaży żądając z własnej inicjatywy okazania dowodu osobistego. W 33 przypadkach (na 51) skuteczna okazała się interwencja „dorosłego”. Nie znaczy to jednak, że w połowie badanych sklepów i lokali sprzedawcy
łamali przepisy ustawy. Było znacznie gorzej! Spośród 50 placówek jedynie w 14 (28%) sprzedawcy konsekwentnie prosili oboje „młodych audytorów” o dowód osobisty. W 2/3 sklepów (65%) oraz
w każdym(!) z 10 badanych lokali gastronomicznych przynajmniej jedna próba zakupu zakończyła się pomyślnie!!! I nie może być żadnym pocieszeniem, iż wynik ten jest lepszy niż w ubiegłym roku, kiedy to młodym ludziom aż w 79% przypadków udało się kupić piwo. Można mówić wyłącznie o skali kompromitacji, a nie o sukcesie. A już informacja, że w porównaniu z 2010 r. 3,5-krotnie wzrósł odsetek placówek wyróżnionych certyfikatem „Odpowiedzialny sklep” za to, że sprzedawcy sami z siebie poprosili oboje młodych audytorów o okazanie dowodu osobistego zakrawa na kpinę. Wzrósł on bowiem z 10% do 35%. Za ile lat dojdziemy do 100% - łatwo obliczyć. Okazuje się jednak, że władze są wobec problemu bezradne. Sklepom, w których nieletni mogą kupić alkohol, powinny być bezwzględnie odbierane koncesje na jego sprzedaż, a prowadzącym je przedsiębiorcom oraz sprzedawcom należą się wysokie grzywny. Mówi o tym Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Tyle że podobno wyniki badań nie daję podstaw do wyciągnięcia sankcji, ponieważ młodzi audytorzy, którym sprzedano piwo, byli faktycznie pełnoletni. Po co zatem prowadzi się te badania? Otóż urzędnicy twierdzą, że chodzi o „wyrobienie” u sprzedawców nawyku sprawdzania dowodu osobistego. No to pogratulować pomysłu i jego rezultatów. Powiadomienie urzędu o sprzedaży alkoholu nieletniemu w konkretnym sklepie też jest mało skuteczne. Trzeba taki fakt udowodnić. Są korowody ze świadkami. Sprzedawca ma prawo odwołania się… Urząd dzielnicy prowadził dwa takie postępowania. Jedno zainicjowane przez policję, która złapała pijącą młodzież na ulicy. Ale…okazało się, że w sklepie, który wskazali, nie było takiej marki piwa i postępowanie umorzono. Drugie chyba jeszcze się toczy. Wydaje się, że w tej sytuacji władze - dzielnicy i miasta, bo nie tylko na Pradze Północ jest z tym problem, powinny zastanowić się nad zmianą prawa w tym zakresie. Stosowanie różnych, nawet nie pół a ćwierć środków, jak pouczanie sprzedawców, jak mają się zachować (podobno ci młodsi wiekiem i stażem mają opory przed żądaniem dokumentów, zwłaszcza od dziewczyn) apele do odpowiedzialności, wyróżnianie certyfikatami i upublicznianie adresów sklepów, gdzie alkoholu nieletnim faktycznie się nie sprzedaje (chyba po to, by zainteresowani omijali je szerokim łukiem) do niczego dobrego nie doprowadzi.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 7 sierpnia 2014

MIESZKANIEC: Polacy to nie zombie. Tak jest!

Upał. Ludzie szukają ochłody i ani im w głowie czytać poważne teksty. Dzisiejszy felieton wychodzi temu zapotrzebowaniu naprzeciw. Ku uciesze jednych i zniesmaczeniu innych, język i styl debat parlamentarnych twórczo się rozwija. Najbardziej inspirują posłów wnioski o odwołanie ministrów i rządu, a trochę ich mieliśmy ostatnio.
Zaczęło się od debaty nad wotum zaufania dla rządu, podczas której posłowie zadawali premierowi pytania. Regulamin nie przewiduje w tym przypadku dyskusji, ale do pewnego stopnia zastępowały ją głosy z sali. Witold Klepacz: „Czy nie jest pora zastosować się do wezwania: Kończ waść, dalszego wstydu oszczędź.” Głos z sali: „ Ale to było w innym kontekście.” Andrzej Romanek: „Pan się przyznaje do tego, że pan niestety jest politycznym palantem.” Marek Poznański: „Panie Premierze! Mistrzu rozmydlania…”. Marek Balt: Czy domena rządu zmieni nazwę na hołota. pl? Czy casting na ministrów rządu prowadził pan wśród kandydatów do programu „Ekipa z Warszawy”? J. Rutnicki: „Ale bystry jesteś.” Dariusz Joński: „Czy pan premier wystąpi z inicjatywą ustawodawczą w celu objęcia uczniów szkół gastronomicznych i kandydatów do pracy w gastronomii obowiązkowym szkoleniem z zakresu informacji niejawnych?” J. Rutnicki: „Ale błysk intelektu.”
Krzysztof Szczerski aż pogubił się w wyszukanych metaforach. O parlamencie powiedział, że jest „wielkim, betonowym sarkofagiem, w którym siedzą zamknięci posłowie koalicji i blokują zmiany, których oczekują obywatele”. Natomiast o Polakach, że nie są ptakami z filmu Hitchcocka, nie są też wampirami ani zombie, przed którymi posłowie muszą się zamykać, zabijać drzwi deskami, zatrzaskiwać okiennice. (Okiennice i drzwi w betonowym sarkofagu?) Krystynie Pawłowicz chyba się jednak podobało, bo powtarzała jak katarynka: „Tak jest”.
Wyobraźnia posła Szczerskiego eksplodowała, gdy po krytyce rządu przeszedł do prezentacji zalet kandydata PiS na premiera, prof. Piotra Glińskiego. To „jak haust świeżego powietrza, jak otwarcie okna w dusznym pokoju, jak wpuszczenie światła w mroczne gabinety”. (Głos z sali: „Popłacz się”). Nawet prezesowi Kaczyńskiemu nie udało się wznieść na takie wyżyny. Jego „deszcze, deszczyki”, które „bez przerwy padają, to jest, można powiedzieć, taki swego rodzaju sos albo inaczej mówiąc, taka pogoda, którą tworzy ten rząd”, a „w pewnym momencie doszło do oberwania chmury” – przyjęto z mieszanymi uczuciami. Sorry, taki mamy klimat.
Niezawodny Stefan Niesiołowski przerywał prezesowi okrzykami: „Bezczelny jesteś; Kłamstwo!” Nie wytrzymał też Jan Vincent-Rostowski: „Coś się pomyliło, czas na emeryturę.” Gdy posłowie PiS na stojąco oklaskiwali swojego lidera, pos. Niesiołowski zawołał: „Na kolana, Błaszczak, uklęknij!”. Oczywiście, posłowie PiS nie mogli pozostać dłużni i wystąpienie premiera przerywały z kolei okrzyki K. Pawłowicz: „Jaka hańba, chłopie?; Ch..., d... i kamieni kupa” – (powtórzone 5-krotnie); I jeszcze: „Brazylijska gadka.” (To nowość – zawsze było „austriackie gadanie”, ale widać mundial zrobił swoje.)
Ostatnie słowo należało do prezesa Kaczyńskiego, który zabrał głos w trybie sprostowania: „Pan premier nakłamał tak, że po prostu słońcu wstyd świecić”.
Wesoło było też podczas debaty nad wotum nieufności dla ministra spraw wewnętrznych. Marszałek do Bartłomieja Sienkiewicza: „Bardzo proszę, panie ministrze.” Głos z sali: „A pan prezes wychodzi.” Stefan Niesiołowski: „Alergia czy co?” Przemawia minister, głosy z sali: „Bezczelność przechodzi ludzkie pojęcie; To jest na taśmie”. Anna Paluch: „Totalny rozkład”. Przemawia Adam Hofman: „Wy, panie posłanki...” Teresa Piotrowska: „Co to znaczy „wy”? Może trochę kultury.” Anna Paluch: „Cicho tam.”
Przejrzałem stenogramy z posiedzeń Senatu i, niestety, nie jest dobrze. Dyskusje są merytoryczne, nikt nikomu nie przerywa i nikt nikogo nie obraża. Chyba mają rację ci, co chcą Senat zlikwidować. No pewnie, po co nam tylu nudziarzy. 

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 24 lipca 2014

MIESZKANIEC: Kulawa demokracja. Z teki RPO (1)

W poprzednim felietonie („Po co nam Senat?”) zastanawiałem się nad stanem demokracji w Polsce pisząc o roli, jaką odgrywa w niej Trybunał Konstytucyjny. Równie ważny jest Rzecznik Praw Obywatelskich. Demokracja, która nie szanuje praw człowieka i obywatela jest bowiem zagrożona, skazana na ataki sił radykalnych i neofaszystowskich. Co roku Senat wysłuchuje sprawozdania Rzecznika o działalności jego urzędu. Obszerną informację na ten temat (600 stron) Rzecznik składa
też na piśmie i zamieszcza w Internecie. Niestety, niewiele osób ją czyta, a jest ona – nie waham się użyć tego słowa, choć inni go stale nadużywają – porażająca. Nie żadne podsłuchane, prywatne rozmowy polityków, którymi od tygodni ekscytują się dziennikarze, lecz właśnie sprawozdanie RPO. Pokazuje ono dobitnie, dlaczego Polacy są niezadowoleni z demokracji i skąd wśród nas aż tylu frustratów.
W 2013 r. do RPO wpłynęło 70 tys. skarg, o 22% więcej niż rok wcześniej. Prawie w co trzecim przypadku pokrzywdzonym udaje się pomóc, co stanowi wysoki wskaźnik, ponieważ RPO załatwia sprawy najtrudniejsze, takie, w których wykorzystano już wszystkie instancje. Ale to co może być dumą dla Rzecznika, jest – powinno być – wstydem dla państwa i wymiaru sprawiedliwości.
Zdaniem RPO, prof. Ireny Lipowicz, rosnąca liczba skarg związana jest m.in. z brakiem w Polsce systemu bezpłatnej pomocy prawnej, z czego musimy się tłumaczyć przed innymi państwami unijnymi, które taki system już dawno wprowadziły. Brak tej pomocy skutkuje np. tym, że w niektórych schroniskach dla bezdomnych kobiet 99% pensjonariuszek to ofiary przemocy domowej, które uciekły od swoich oprawców. Nie znają jednak prawa, które mówi, że to one powinny nadal przebywać w swoich mieszkaniach, natomiast opuścić powinni je ich prześladowcy. Jednak nawet jak je znają, nie mają go jak dochodzić. Miarą sukcesów RPO jest także odsetek wygranych skarg kasacyjnych od prawomocnych orzeczeń sądów (80-90%). Nie wszystkie prośby o kasację, których liczba lawinowo narasta, można jednak uwzględnić. Zdarzają się bowiem nieuczciwi adwokaci i radcy prawni, którzy chcąc się pozbyć klienta nie mającego najmniejszych szans na kasację, zapewniają go, że RPO na pewno sprawę podejmie i na pewno wygra. Jakiego honorarium za tę „pewność” żądają – to już tajemnica zawodowa. Za to wnioski do RPO są bezpłatne. By ukrócić te praktyki RPO nawiązał współpracę z samorządami adwokackim i radcowskim. Oby okazała się owocna. Takie przypadki, nawet jeśli byłyby jednostkowe (a nie są) poważnie nadszarpują zaufanie do prawa. A dochodzi do tego jeszcze poczucie bezsilności wobec sposobu, w jaki czasem zachowuje się sędzia wobec strony na sali sądowej, który – jak to określiła prof. Lipowicz – ma pewność,
że będzie zaprotokołowane tylko to, co on każe zaprotokołować. W rezultacie niemożliwe jest wyjaśnienie zarzutów, które się potem pojawiają w skargach kasacyjnych, a nagrywaniu rozpraw sędziowie się sprzeciwiają. Oprócz reagowania na skargi, w szczególnie jaskrawych przypadkach
RPO z własnej inicjatywy kieruje do ministrów, premiera, prezydenta, marszałka Sejmu wnioski o zmianę złego prawa. Niestety, często pozostają one bez echa. Oporni na interwencje RPO są zwłaszcza ministrowie, którzy latami (rekord to 10 lat!) zwlekają z wydaniem aktów wykonawczych do ustaw. Faktycznie więc te ustawy są martwe. Dwa lata temu zaproponowałem, by Senat stał się „prawą ręką” RPO podejmując inicjatywy ustawodawcze w sprawach ważnych dla Rzecznika
z punktu widzenia praw człowieka i wolności obywatelskich. Rok temu podczas debaty powróciłem do tej sprawy. Wreszcie „słowo stało się ciałem” i doszło do zapoczątkowania takiej współpracy. O jej efektach będę Państwa systematycznie informował.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 3 lipca 2014

MIESZKANIEC: Po co nam Senat?

Po co nam Senat?
Często się mówi, że demokracja jest w Polsce niedostateczna. Są jednak też opinie przeciwne. Niektórzy nawet twierdzą, że jesteśmy pod tym względem w światowej czołówce. Czy i jak
można zmierzyć poziom demokracji? Podstawową miarą są wolne wybory oraz funkcjonowanie instytucji, które kontrolują proces stanowienia prawa. W Polsce do takich instytucji należy m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy oraz inne sądy. Czy i na ile są one skuteczne? Czy ich orzeczenia i zalecenia są wcielane w życie, czy też lekceważone?
Można znaleźć przykłady na „tak” i na „nie”, ale narzekania na jakość uchwalanego prawa są powszechne i, niestety, na ogół uzasadnione. Często jest ono mętne, niechlujne, wewnętrznie sprzeczne. Chciałoby się jednak wiedzieć, czy dzisiaj ustawy są pisane lepiej, czy gorzej niż np. 10 lat temu. Nie wymyślono jeszcze programu, badającego stopień mętności czy niechlujstwa danej ustawy. Jest jednak pewne kryterium ocenne, a uzyskujemy je dzięki corocznym informacjom o funkcjonowaniu Trybunału Konstytucyjnego, które Senatowi przedstawia Prezes Trybunału. Przejrzałem te dokumenty od 1999 r. i porównałem liczbę przepisów uznanych przez Trybunał za niezgodne z konstytucją. Okazało się, że w pierwszej połowie tego okresu, czyli w latach 1999-2005, Trybunał przeciętnie w roku kwestionował 70 przepisów, natomiast w drugiej połowie (2006-2012) – 48 przepisów, przy czym w samym 2012 r. – 39 przepisów. Jest więc niewątpliwa poprawa, choć uczciwie trzeba przyznać, że taka liczba praw niezgodnych z konstytucją, to zdecydowanie za dużo.
Ale to nie wszystko. Gdy Trybunał wytyka błędy, rząd i parlament powinny je poprawić, inaczej bałagan w prawodawstwie narasta. Informacje Trybunału zawierają ciekawe dane na ten temat.
Otóż w 2012 r. na nowelizację czekało 50 przepisów, niektóre od kilku lat. To z pewnością wskaźnik zbyt wysoki, ale w 2009 r. takich niepoprawionych przepisów było aż 80! Ktoś więc przez te trzy lata solidnie popracował. A kto? Może Sejm? Nie, proszę państwa, Sejm ma na głowie sprawy ważniejsze, niż zgodność prawa z konstytucją – z zapałem zajmuje się np. podsłuchami. Całą tę robotę wykonał Senat, ale pracą Senatu media się nie zajmują, bo w tej izbie nikt nie wnosi na mównicę słoika z karaluchem, zwanym pluskwą, ani nie ciska obelg na przeciwnika politycznego. Senatorom wystarczy więc satysfakcja ze słów Prezesa Trybunału (cytuję):
„Działalność Senatu to kontynuacja efektywnego i prokonstytucyjnego spojrzenia na wykonywanie orzeczeń….. Podejmując działania Senat miał na względzie pozycję Trybunału…..Projekty wnoszone przez Senat harmonijnie dopełniały orzeczenia Trybunału i uwzględniały – co zasługuje na aprobatę – uwagi oraz sugestie Trybunału….. Takie współdziałanie zasługuje na aprobatę….Senat reagował na sygnały dotyczące ujawniających się problemów…”. Oto i odpowiedź na postawione w tytule pytanie. Senat nieustannie poprawia błędy i mankamenty prawa, uchwalanego przez Sejm. Wypełnia także inne funkcje, ale ta jest najważniejsza. Tymczasem, co pewien czas pojawiają się postulaty likwidacji Senatu. Partie, które nie dostały się do Senatu, a także różnego rodzaju populiści spoza parlamentu głoszą, że jest niepotrzebny i dużo kosztuje podatników, więc trzeba go rozwiązać, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na zbożny cel. Proponuję zatem, aby ci posłowie, którzy swój cenny czas poświęcają na domaganie się likwidacji Senatu, przeznaczyli go raczej na tworzenie takich ustaw, których nie trzeba będzie poprawiać, bo złe prawo kosztuje najwięcej!

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

piątek, 20 czerwca 2014

ECHO TARGÓWKA: Konsultacje do n-tej potegi. Jak długo można?


Źle jest, gdy władze nie konsultują z obywatelami decyzji, które ich dotyczą. Konsultacje nie mogą jednak ciągnąć się w nieskończoność, bo wtedy traci to sens a nawet staje się śmieszne.
 Coś takiego stało się z konsultacjami w sprawie programu rewitalizacji Pragi Północ, Pragi Południe i Targówka. Miały zacząć się we wrześniu ubiegłego roku i potrwać miesiąc, dwa. Tymczasem w maju, gdy program powinien być już realizowany (obejmuje lata 2014-2020) urząd miasta zaprosił na kilkugodzinne warsztaty mieszkańców Kamionka (trzy spotkania tydzień po tygodniu), Pragi Północ (trzy spotkania, oddzielnie dla mieszkańców Szmulowizny, Starej i Nowej Pragi) oraz Targówka (cztery spotkania, dwa na Targówku Mieszkaniowym i dwa na Fabrycznym).
Garstka ludzi
Wybrałem się na trzy takie spotkania (już któreś z rzędu w tych samych dzielnicach) i moje obawy co do celowości i sensu przedłużających się konsultacji w pełni się potwierdziły. Garstka ludzi, przy czym okazało się, że niektórzy z nich nie mieszkają w dzielnicach, o których rozmawiano, lecz uczestniczą w spotkaniu służbowo, z zaangażowaniem opowiadała o swoich wyobrażeniach i pragnieniach związanych z rozwojem ich dzielnicy. Jak one się mają do planów zagospodarowania przestrzennego i pieniędzy, jakie urząd miasta zamierza w końcu przeznaczyć na program rewitalizacji, bo podobno ma ich być mniej niż wcześniej obiecywano, pozostaje słodką tajemnicą urzędników.
Niezależnie od tych smutnych refleksji byłem pod wrażeniem profesjonalizmu wynajętych przez ratusz młodych ludzi, którzy prowadzili warsztaty. Mimo że zleceniodawcy postawili ich w trudnej sytuacji (musieli świecić oczami za ich niedoróbki i odpowiadać niejako w ich imieniu na pytania, na które nie ma odpowiedzi), za sprawą moderatorów dochodziło do prawdziwej burzy mózgów.
Przedłużyć Skwer Wiecha do Radzymińskiej!
Podczas spotkania na Targówku Mieszkaniowym wiele mówiono o dużym potencjale rozwojowym tej dzielnicy ze względu na znaczne obszary niezagospodarowanej zieleni. Zdaniem mieszkańców, powinny tu powstać miejsca wypoczynku i rekreacji, których generalnie brakuje tak dla młodzieży, jak i osób starszych ("przedłużyć Skwer "Wiecha do ul. Radzymińskiej"). Brakuje też klubów, kawiarni, małej gastronomii, usług związanych z kulturą ("nie ma gdzie pójść"), małych sklepów. Postulowano m.in., by bloki były bardziej kolorowe. Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zwracano m.in. uwagę na nieestetyczną zabudowę ul. Radzymińskiej, bałagan komunikacyjny ("wszędzie stoją samochody, nawet w parku"), niebezpieczne ulice (zwłaszcza Handlowa) i przejścia dla pieszych, złą jakość powietrza (zapylenie). Postulowano, by bloki były bardziej kolorowe (Targówek kojarzy się ze sztuką Pawła Althamera). Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zasadnicze wątpliwości budziły jednak granice obszaru, który ma podlegać rewitalizacji. Zdaniem mieszkańców powinny być one znacznie szersze, gdyż w tych zaplanowanych niewiele już da się zrobić.
Przysłuchując się dyskusji podsunąłem m.in. pomysł urządzenia miejsc do gry w bule. We Francji, Włoszech jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu głównie przez seniorów, ale w grę mogą grać wszyscy. Nie wymaga to większych inwestycji, ani specjalnych umiejętności. Wystarczy kawałek placu i specjalne kule. Jeśli zaś chodzi o problem handlu i usług, czy w ogóle rewitalizacji biznesu, uważam, że nie rozwiąże się go bez odpowiedniej polityki czynszowej. Przez rok, dwa ten czynsz powinien być symboliczny. W skali kraju wprowadzane są różne ulgi dla biznesu. Niestety, tam gdzie rządzi samorząd bywa z tym różnie.
W sumie spotkanie było ciekawe, niepokoję się jednak o to, co stanie się z jego wynikami. Poznałem kilka ciekawych, zaangażowanych w sprawy Targówka osób i wielka szkoda byłaby, gdyby to ich zaangażowanie poszło na marne. Bo nie wiadomo, kto będzie rządził stolicą w następnej kadencji i czy program rewitalizacji się nie zmieni.
Na razie bitwa o Prawy Brzeg wciąż trwa. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl