piątek, 20 czerwca 2014

ECHO TARGÓWKA: Konsultacje do n-tej potegi. Jak długo można?


Źle jest, gdy władze nie konsultują z obywatelami decyzji, które ich dotyczą. Konsultacje nie mogą jednak ciągnąć się w nieskończoność, bo wtedy traci to sens a nawet staje się śmieszne.
 Coś takiego stało się z konsultacjami w sprawie programu rewitalizacji Pragi Północ, Pragi Południe i Targówka. Miały zacząć się we wrześniu ubiegłego roku i potrwać miesiąc, dwa. Tymczasem w maju, gdy program powinien być już realizowany (obejmuje lata 2014-2020) urząd miasta zaprosił na kilkugodzinne warsztaty mieszkańców Kamionka (trzy spotkania tydzień po tygodniu), Pragi Północ (trzy spotkania, oddzielnie dla mieszkańców Szmulowizny, Starej i Nowej Pragi) oraz Targówka (cztery spotkania, dwa na Targówku Mieszkaniowym i dwa na Fabrycznym).
Garstka ludzi
Wybrałem się na trzy takie spotkania (już któreś z rzędu w tych samych dzielnicach) i moje obawy co do celowości i sensu przedłużających się konsultacji w pełni się potwierdziły. Garstka ludzi, przy czym okazało się, że niektórzy z nich nie mieszkają w dzielnicach, o których rozmawiano, lecz uczestniczą w spotkaniu służbowo, z zaangażowaniem opowiadała o swoich wyobrażeniach i pragnieniach związanych z rozwojem ich dzielnicy. Jak one się mają do planów zagospodarowania przestrzennego i pieniędzy, jakie urząd miasta zamierza w końcu przeznaczyć na program rewitalizacji, bo podobno ma ich być mniej niż wcześniej obiecywano, pozostaje słodką tajemnicą urzędników.
Niezależnie od tych smutnych refleksji byłem pod wrażeniem profesjonalizmu wynajętych przez ratusz młodych ludzi, którzy prowadzili warsztaty. Mimo że zleceniodawcy postawili ich w trudnej sytuacji (musieli świecić oczami za ich niedoróbki i odpowiadać niejako w ich imieniu na pytania, na które nie ma odpowiedzi), za sprawą moderatorów dochodziło do prawdziwej burzy mózgów.
Przedłużyć Skwer Wiecha do Radzymińskiej!
Podczas spotkania na Targówku Mieszkaniowym wiele mówiono o dużym potencjale rozwojowym tej dzielnicy ze względu na znaczne obszary niezagospodarowanej zieleni. Zdaniem mieszkańców, powinny tu powstać miejsca wypoczynku i rekreacji, których generalnie brakuje tak dla młodzieży, jak i osób starszych ("przedłużyć Skwer "Wiecha do ul. Radzymińskiej"). Brakuje też klubów, kawiarni, małej gastronomii, usług związanych z kulturą ("nie ma gdzie pójść"), małych sklepów. Postulowano m.in., by bloki były bardziej kolorowe. Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zwracano m.in. uwagę na nieestetyczną zabudowę ul. Radzymińskiej, bałagan komunikacyjny ("wszędzie stoją samochody, nawet w parku"), niebezpieczne ulice (zwłaszcza Handlowa) i przejścia dla pieszych, złą jakość powietrza (zapylenie). Postulowano, by bloki były bardziej kolorowe (Targówek kojarzy się ze sztuką Pawła Althamera). Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zasadnicze wątpliwości budziły jednak granice obszaru, który ma podlegać rewitalizacji. Zdaniem mieszkańców powinny być one znacznie szersze, gdyż w tych zaplanowanych niewiele już da się zrobić.
Przysłuchując się dyskusji podsunąłem m.in. pomysł urządzenia miejsc do gry w bule. We Francji, Włoszech jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu głównie przez seniorów, ale w grę mogą grać wszyscy. Nie wymaga to większych inwestycji, ani specjalnych umiejętności. Wystarczy kawałek placu i specjalne kule. Jeśli zaś chodzi o problem handlu i usług, czy w ogóle rewitalizacji biznesu, uważam, że nie rozwiąże się go bez odpowiedniej polityki czynszowej. Przez rok, dwa ten czynsz powinien być symboliczny. W skali kraju wprowadzane są różne ulgi dla biznesu. Niestety, tam gdzie rządzi samorząd bywa z tym różnie.
W sumie spotkanie było ciekawe, niepokoję się jednak o to, co stanie się z jego wynikami. Poznałem kilka ciekawych, zaangażowanych w sprawy Targówka osób i wielka szkoda byłaby, gdyby to ich zaangażowanie poszło na marne. Bo nie wiadomo, kto będzie rządził stolicą w następnej kadencji i czy program rewitalizacji się nie zmieni.
Na razie bitwa o Prawy Brzeg wciąż trwa. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

czwartek, 5 czerwca 2014

MIESZKANIEC: Po co do Brukseli?

Po co do Brukseli?
Wybory europejskie są już za nami. Osobiście nie kandydowałem w tych wyborach(mieszkańcy Prawego Brzegu wybrali mnie przecież na cztery, a nie na dwa lata), ale jako obywatel mam określone oczekiwania pod adresem naszych posłów do Parlamentu Europejskiego, niezależnie
od ich poglądów politycznych. Parlament Europejski to w Polsce ciągle terra incognita – ziemia nieznana, która nadal czeka na odkrycie. A przecież 60% prawa, uchwalanego dziś w Polsce przez Sejm i Senat, ma swój początek w Brukseli! Z europejskiego budżetu przychodzi do Polski dużo pieniędzy, ale to, na co mogą być przeznaczone, również wcześniej określił Parlament Europejski.
Dlatego my, wyborcy, powinniśmy jasno definiować to, co naszym zdaniem polscy posłowie „do Europy” powinni popierać i o co walczyć w najbliższej kadencji, a czemu się sprzeciwiać. Moje preferencje są następujące:
1. Walka z bezrobociem, zwłaszcza wśród młodzieży. To najlepsza metoda walki z rosnącymi w siłę w różnych krajach ugrupowaniami antyeuropejskimi, czy wręcz faszystowskimi.
2. Rozszerzenie programów, mających ułatwić godzenie pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci. Unia Europejska głosi hasła równości kobiet i mężczyzn. Całkowicie to popieram, ale same hasła nie wystarczą, trzeba stworzyć po temu warunki.
3. Zdecydowanie więcej międzynarodowych praktyk i wymian oraz możliwości pracy w charakterze wolontariuszy dla młodzieży. To najlepszy sposób na budowanie społeczeństw otwartych, tolerancyjnych i wolnych od ksenofobii.
4. Jednym z priorytetów unijnej polityki socjalnej powinno być silne wsparcie dla budownictwa socjalnego i komunalnego. Mieszkania o niskich bądź umiarkowanych czynszach pełnią dwie funkcje: socjalną (wyprowadzają ludzi z ruder) i społeczno-gospodarczą – ułatwiają walkę z bezrobociem, gdyż umożliwiają zmianę miejsca zamieszkania i znalezienie niedrogiego mieszkania tam, gdzie jest praca.
5. Bezpieczeństwo energetyczne. Ostatnie wydarzenia na wschodzie Europy pokazały, że niezbędna jest wspólna polityka energetyczna, bez której Unia nie będzie mogła odgrywać ważnej roli w polityce międzynarodowej, a nieprzyjazne Unii kraje będą realizować swoje interesy,
rozbijając unijną jedność i solidarność.
6. Skuteczna pomoc dla Ukrainy. Dzisiaj, w dobie kryzysu, kiedy wielu Europejczyków kręci nosem na Unię, oni chcą do Europy! Płakać mi się chce, kiedy widzę to, co dzieje się na Ukrainie. Trzeba im
pomóc za wszelką cenę i zmobilizować w tym celu odpowiednie środki finansowe.
7. Realizacja wszystkich wyżej wymienionych postulatów wymaga pieniędzy. Dlatego oczekuję od naszych posłów, że będą postulowali zwiększenie budżetu Unii Europejskiej. Nie można budować wielkiej,historycznej wspólnoty europejskich państw, mając do dyspozycji zaledwie 1% ich łącznego produktu krajowego brutto, a w nadchodzącym siedmioleciu nawet mniej niż 1%! Gdzie szukać tych pieniędzy? Czy w kieszeniach 500 mln europejskich obywateli? Nie ma takiej potrzeby. Od pewnego czasu wałkowany jest projekt opodatkowania transakcji finansowych, czyli zakupu i sprzedaży walut i papierów wartościowych. Transakcje te w większości mają charakter spekulacyjny. Podmioty, dokonujące tych transakcji (banki i różnego rodzaju fundusze inwestycyjne) dysponują ogromnymi środkami. Komisja Europejska rozpatruje projekt opodatkowania tych transakcji niewielkim
podatkiem, w wysokości maksymalnie 1 promila ich wartości. Wobec ogromnej liczby tych transakcji nawet tak niewielka stawka przyniosłaby budżetowi unijnemu corocznie nawet do 90 mld euro, co zwiększyłoby wspólny budżet aż o 60%! Wystarczyłoby na wszystkie cele, które wymieniłem. Warto zainteresować się pracami Parlamentu Europejskiego.
I warto zrozumieć, po co to wszystko.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 22 maja 2014

MIESZKANIEC: Unio, ratuj!

Różne pomysły z piekła rodem, o których wielokrotnie pisałem na tych łamach, mają długi i twardy żywot. Borykali się z nimi działkowcy, borykają się wciąż spółdzielcy.
W ubiegłym tygodniu odbyła się w Sejmie ciekawa konferencja spółdzielców, podczas której wykazywano, że składane w Sejmie od połowy lat 90. projekty ustaw dotyczące spółdzielni,
mające rzekomo chronić interesy jej członków, faktycznie im szkodziły, utrudniały rozwój spółdzielni, czy wręcz zmierzały do ich unicestwienia. Mimo, że Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie orzekał o niezgodności uchwalanych przepisów z konstytucją, proces pełzającej
likwidacji własności spółdzielczej wciąż trwa. Trochę to przypomina zabawę w „kotka i myszkę”. Trybunał swoje, posłowie swoje, w nieco tylko zmodyfikowanej – w związku z wyrokiem Trybunału – formie. Jako szczególnie aktywną w tak pojętym „reformowaniu” spółdzielni zebrani wymieniali jedną z posłanek PO. Z jej to inicjatywy powstały w tej kadencji Sejmu kolejne projekty ustaw, jeden o spółdzielniach, drugi o spółdzielniach mieszkaniowych, które – wraz z projektami innych partii
odnoszącymi się do spółdzielczości - trafiły ponad rok temu do sejmowej komisji nadzwyczajnej.
Prace tej komisji budzą niepokój spółdzielców. Na pierwszy rzut oka, intencje posłów są czyste. Chodzi, jak głosi uzasadnienie, o usunięcie luk prawnych i wątpliwości interpretacyjnych narosłych w wyniku ponad 30-krotnej już (sic!) nowelizacji prawa spółdzielczego z 1982 r., poprawę efektywności działania spółdzielni itd. Rzeczywiście w bałaganie prawnym trudno działać, pozornie więc spółdzielniom nic nie zagraża. Zainteresowani dowodzą jednak, że jest inaczej. Projektowane zmiany są ich zdaniem sprzeczne z międzynarodowymi zasadami spółdzielczymi i prawami Unii Europejskiej, m.in. ograniczają spółdzielczą autonomię i samorządność (np. odebranie prawa do zwoływania walnego zgromadzenia w formie zgromadzenia przedstawicieli, czy obligatoryjne przekształcanie we wspólnotę spółdzielni, w której wyodrębniono choćby jedno mieszkanie). Wątpliwości ma też wielu prawników, w tym konstytucjonaliści. Po raz kolejny wypowiedziała
się negatywnie na temat tych projektów (są do siebie w gruncie rzeczy bardzo podobne, tylko język się zmienia) Krajowa Rada Sądownictwa. Niestety, te opinie nie są brane pod uwagę. „Na posiedzeniach komisji jesteśmy lekceważeni. Nie mamy czasu zapoznać się z wnoszonymi
przez posłów poprawkami. Tylko przeszkadzamy w głosowaniach” – mówiono podczas konferencji.
Zdesperowani spółdzielcy postanowili nie czekać na kolejne wyroki Trybunału Konstytucyjnego, które zapadają średnio po dwóch latach, a do tego czasu nowe przepisy wyrządzają niepowetowane szkody. Zdecydowali zainteresować swoimi problemami Unię Europejską. Wystosowali do Komisji Europejskiej apel o zainicjowanie działań na rzecz nadania Międzynarodowym Zasadom Spółdzielczym mocy prawnej równej prawu UE, zarówno w Traktatach UE, jak i w aktach prawa pochodnego z mocą bezpośrednio skuteczną w każdym z krajów członkowskich. „Tylko w ten sposób można – w naszej ocenie – przeciwdziałać działaniom zmierzającym do likwidacji spółdzielczości w Polsce oraz w innych krajach Europy” – stwierdzono. Bo choć w innych krajach europejskich nie ma takich zakusów na spółdzielczość jak w Polsce, też dokonuje się tam przeglądu legislacji, więc nie wiadomo, co się może zdarzyć. Pod apelem podpisało się 140 tys. osób. Na konferencji nie było polityków – choć zostali zaproszeni, nie było też ogólnopolskich mediów, próżno więc szukać relacji z tego spotkania. Mam jednak nadzieję, że nie pozostanie ono bez echa. Ruch działkowy, który podobnie jak spółdzielnie (zresztą to też swego rodzaju spółdzielczość)
był solą w oku polityków, w końcu się obronił przed pomysłami uwłaszczeniowymi przedkładając własną ustawę. Spółdzielcy liczą na to, że pomoże im Unia. Warto, aby nasi kandydaci do Parlamentu Europejskiego mieli na uwadze te oczekiwania.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 8 maja 2014

MIESZKANIEC: Góra urodziała mysz

W Senacie zajmowaliśmy się ostatnio ustawą o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych. Było co czytać, bo ustawa wraz z uzasadnieniem liczy 560 stron, a do tego jest rozporządzenie – 260 stron. Chodzi o częściowe lub całkowite zniesienie ograniczeń stawianych przed osobami chcącymi wykonywać daną profesję. W Polsce objętych jest nimi ponad 300 zawodów, co nie wygląda dobrze na tle innych krajów europejskich. Wymagania dotyczą posiadania określonego wykształcenia, ukończenia kursu, zdania egzaminu, odbycia praktyki, stażu itd. Z ideą ich uproszczenia wystąpił swego czasu Jarosław Gowin robiąc wokół tego dużo szumu. Obiecał, że dzięki temu przybędzie 150 tys. nowych miejsc pracy – skąd wziął te liczby, nie wiadomo – i jako minister sprawiedliwości tak się w tę sprawę zaangażował, że na nic innego nie starczyło mu czasu.
Jego następca uznał deregulację zawodów także za swój priorytet i w rezultacie pojawiły się dwie ustawy (a ma być jeszcze trzecia). W pierwszej, przyjętej rok temu, ułatwiono dostęp m.in. do niektórych zawodów prawniczych, a także np. taksówkarza, trenera sportu, pracownika ochrony, przewodnika turystycznego. Druga, o której tu piszę, dotyczy głównie zawodów technicznych (architekci, urbaniści, inżynierowie rozmaitych specjalności) oraz związanych z finansami
(m.in. doradztwo podatkowe, prowadzenie księgowości). Zgadzam się, że różnego rodzaju bariery biurokratyczne wymagają okresowego przeglądu i eliminowania tych, które niczemu nie służą.
Mierzi mnie jednak obudowa polityczna, nadanie tym ustawom aż tak wielkiego zadęcia. 150 tys. nowych miejsc pracy w wyniku ich wprowadzenia to absurd! Miejsca pracy powstają wtedy, kiedy w sytuacji braku pracowników w określonych zawodach usunięte zostają biurokratyczne bariery hamujące dopływ do tych zawodów. Tymczasem obie ustawy w niewielu przypadkach odnoszą się do takich sytuacji. Jednym z nielicznych jest zliberalizowanie dostępu do zawodu adwokata, dzięki czemu adwokatów mamy nieco więcej. Dam taki przykład. Kiedyś zdający egzamin na prawo jazdy musieli dokładnie znać budowę silnika, opisać ją itd., ale czy kierowców było przez to mniej? Nie. Mimo że nie widzieli w tym sensu, wszyscy się tego uczyli, a uproszczenie egzaminów nie spowodowało nagle zwiększenia liczby kierowców w Polsce i nie stworzyło im nowych miejsc pracy. Analogicznie, zwolnienie inżynierów budowy mostów, którzy do tej pory zdawali cztery egzaminy, z jednego z nich, nie spowoduje przyrostu miejsc pracy. Nie powstaną też one dla taksówkarzy, którzy będą próbowali szczęścia w tym zawodzie skuszeni brakiem egzaminu z topografii miasta, bo przecież taksówek nie brakuje. A jak pojawią się nowe, to część zostanie wyparta z rynku i wróci obecna równowaga. Nie może też być tak, że otwierając zawody premiuje się nieuctwo. Np. teraz każdy może być przewodnikiem turystycznym, byle umiał czytać i pisać. Wcześniej obowiązywał egzamin. A więc prawdopodobnie znajdzie się jakaś liczba ludzi, którzy nie mając nic do roboty zajmą się oprowadzaniem wycieczek. W ten sposób wzrośnie liczba przewodników, ale kosztem jakości ich usług. Likwidacja certyfikatu księgowego także sprawi, że praktycznie każdy będzie mógł wykonywać ten zawód. Nie bardzo jednak wyobrażam sobie, by ktokolwiek zatrudnił księgowego, który nie ukończył odpowiednich kursów. Taki pracodawca byłby lekko szalony. Wykwalifikowanych księgowych nie brakuje. Nie sądzę więc, by i tu przybyło miejsc pracy.
Reasumując, doceniam ogromny nakład pracy urzędników resortu sprawiedliwości, ale efekty z tego będą mizerne. „Góra urodziła mysz”, a polityka znowu zaciążyła nad ekonomią.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 24 kwietnia 2014

ECHO TARGÓWKA: Ludzie "Prawego brzegu": Katarzyna Spoczyńska-Król

Bycie senatorem daje mi okazję do poznawania wspaniałych ludzi, znanych często tylko we własnym, wąskim środowisku, a zasługujących ze wszech miar na to, by poznano ich szerzej. Jedną z takich osób jest Katarzyna Spoczyńska-Król, od 20 lat nauczycielka polskiego w Szkole Podstawowej nr 42 na Targówku, która - niczym bohaterka "Siłaczki" Stefana Żeromskiego - traktuje swój zawód jak posłannictwo i na miarę swoich możliwości stara się "naprawiać świat".
 Warszawianka ze Śródmieścia, ponad 35 lat temu trafiła na Targówek i jak mówi, wtopiła się w krajobraz. Jest wierna przekonaniu, że w szkole nie musi być nudno, a lekcje to nie wszystko. Uważa też, że wiedzę można zdobywać na różne sposoby, a poza tym szkoła powinna także uczyć wrażliwości i stylu życia.
Dzięki Katarzynie Spoczyńskiej w budynku podstawówki przy ul. Balkonowej stale się coś dzieje i to do późnych godzin wieczornych. Tradycją stały się już organizowane przez nią konkursy szkolne i międzyszkolne - niektóre o zasięgu ogólnopolskim oraz koncerty charytatywne. Szkoła bierze też udział w projektach UNICEF-u (czyli ONZ-owskiego Funduszu Pomocy Dzieciom) i współpracuje z Odziałem Bródnowskim Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, któremu pani Spoczyńska współprzewodniczy.
Szczególnie bliski jej sercu jest konkurs wiedzy o Targówku pod hasłem "Nie taki Targówek straszny, jak go malują". - Ktoś mnie kiedyś zirytował, że tu się nic dobrego nie dzieje - wyjaśnia genezę tej inicjatywy. Dużą popularnością cieszy się ogólnopolski konkurs wokalno- recytatorski poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (patrona szkoły). Uczestniczą w nim nie tylko szkoły podstawowe, ale także gimnazjalne i ponadgimnazjalne. W ostatnim, V konkursie, pierwsze miejsce zajęli wokaliści. Widać, że "Gałczyński żyje".
Od 7 lat odbywają się ogólnopolskie konkursy tematyczne wierszy i piosenek w językach obcych. Zaczęło się od akcji "Wiem co jem" i języka angielskiego. Potem było o rodzinie, o bezpiecznym spędzaniu wolnego czasu. Dzieci przechodzą w pomysłach same siebie. Zdarzają się nawet krótkie formy teatralne a do wyboru jest już sześć języków.
W styczniu rozstrzygnięto VI Mazowiecki Konkurs Wiedzy o Prawach Dziecka "Niech się wreszcie każdy dowie..." dla szkół podstawowych, nad którym sprawowałem honorowy patronat. Najnowszy to konkurs historyczno-literacki pod hasłem "II wojna światowa i Powstanie Warszawskie w historii mojej rodziny". Dzieci i młodzież spisują wspomnienia swoich dziadków, których potem zapraszamy na podsumowanie. Są to bardzo wzruszające spotkania. W zeszłym roku starsza pani podeszła do mnie z wnuczkiem i dziękowała, że ktoś chce ich jeszcze słuchać. Pewien dziadek całą noc nie spał z przejęcia. A jedno z dzieci zwierzyło mi się: myślałam, że moja ciocia jest nieciekawa... Powstają piękne prace, bogato ilustrowane. Planujemy razem z Oddziałem Bródnowskim Towarzystwa Przyjaciół Warszawy opublikować część z nich.
Bardzo ceni też sobie pani Katarzyna współpracę z UNICEF-em. W lutym odbył się VI Szkolny Konkurs Charytatywny związany z projektem tej organizacji pn. "Gwiazdka dla Afryki". Występowali uczniowie, absolwenci, nauczyciele i rodzice. Urządzony został "Kiermasz rozmaitości", na którym zbierano fundusze dla dzieci w Sierra Leone. Wcześniej uczniowie obejrzeli materiały edukacyjne z UNICEF-u. Wszyscy płakali i pytali, co mogą zrobić. W poprzednich latach były zbiórki dla Filipin, Czadu, Kongo, Haiti.
Opowieść o pani Spoczyńskiej mógłbym snuć jeszcze długo. Działać społecznie chciała zawsze, ale nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Potrzebni są sprzymierzeńcy i dobra atmosfera. Teraz to ma, czuje się doceniana, może liczyć na pomoc dyrekcji i innych nauczycieli. Jest bardzo skromna i wiem, co powie przy najbliższym spotkaniu: "Po co to wszystko, przecież nie robię nic nadzwyczajnego...". Ale ja przecież mogę mieć inne zdanie, prawda? 

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

czwartek, 3 kwietnia 2014

MIESZKANIEC: Słowacy na Sakiej Kępie

Jak „Mieszkaniec” poinformował Czytelników w poprzednim numerze, 12 marca został rozstrzygnięty Półfinał Konkursu Wiedzy o Pradze-Południe dla młodzieży z gimnazjów i liceów dzielnicy. Jako jego inicjator i organizator – do spółki z burmistrzem Tomaszem Kucharskim i urzędem dzielnicy – chciałbym uzupełnić podane przez redakcję wyniki oraz podzielić się garścią refleksji na temat przebiegu konkursu i przygotowania uczestników. Warto podkreślić, że w eliminacjach rozegranych na przełomie stycznia i lutego wzięło udział blisko pół tysiąca uczniów. O wejście do finału walczyły 24 trzyosobowe drużyny, w tym 10 gimnazjalnych, 8 licealnych, 5 reprezentujących technika i jedna mieszana, z zespołu szkół. Trzeba było odpowiedzieć pisemnie na 30 pytań, przy czym trzej członkowie drużyn nie mogli się ze sobą konsultować. O wyniku szkoły decydowała suma punktów, uzyskanych przez całą trójkę. Generalnie gimnazja wypadły lepiej niż szkoły średnie zwyciężając zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Najlepiej poradziła sobie Gabrysia Lassota z Gimnazjum nr 25 z ul. Zwycięzców 44, uzyskując 35 punktów (na 41 możliwych). Dobrze spisały się również jej koleżanki z drużyny i gimnazjum to przeszło do finału z najlepszym wynikiem. Drugie miejsce, z 32 pkt zajęła Marta Drabek z Gimnazjum nr 18 z Angorskiej 2 (także znalazło się w finale). Trzecie, z 30 pkt, Anna Majszak ze wspomnianego zwycięskiego gimnazjum nr 25, ex quo z Krystianem Majewskim z XIX LO ze Zbaraskiej 1, które to liceum wygrało w klasyfikacji szkół średnich. Test nie był łatwy i wymagał przeczytania paru książek i przewodników. O dobrym przygotowaniu zwycięzców świadczy fakt, że w teście, poza konkursem, wziął również udział burmistrz Pragi-Południe, Tomasz Kucharski (brawa za odwagę!). Zdobył 24 punkty i w klasyfikacji indywidualnej znalazłby się na 11 miejscu. Było sporo emocji, stresu, ale i zabawnych momentów. W niektórych przypadkach trzeba było wybrać prawidłową odpowiedź, w innych – podać własną. Najwięcej kłopotów przysporzyły pytania o nazwiska. Np. architekta – projektanta Rogatek Grochowskich (Jakub Kubicki), albo poległego w Powstaniu Warszawskim wiceprezesa towarzystwa Przyjaciół Grochowa, którego imieniem nazwano jeden z parków praskich
(Józef Poliński). Mało kto wiedział, że znana pisarka Pola Gojawiczyńska (autorka słynnych „Dziewcząt z Nowolipek”) około 1916 r. uczyła dzieci w szkole, mieszczącej się w Dworku Grochowskim. Niektórzy uczniowie wykazali się swoistym poczuciem humoru, pomysłowością
i bujną wyobraźnią. Na pytanie, z czyjej inicjatywy ustawiono Pomnik Budowy Szosy Brzeskiej (inicjatorem był Stanisław Staszic) ktoś odpowiedział, że burmistrza Pragi-Południe. Cóż, pan burmistrz mógłby poczuć się dumny, że tak docenia się jego rolę. Tyle, że pomnik został odsłonięty w 1818 roku. Na pytanie, jakiej narodowości byli pierwsi osadnicy na Saskiej Kępie większość odpowiedziała prawidłowo: Holendrzy (można też było napisać: Flamandowie, Fryzowie), ale byli tacy, co wskazali na Niemców, Francuzów (tu przynajmniej kierunek się mniej więcej zgadzał), a także Rosjan, Białorusinów i uwaga: Słowaków. A ktoś napisał po prostu: niepolskiej. Na pytanie, ilu zginęło członków załogi brytyjskiego samolotu „Liberator”, który Niemcy zestrzelili nad Parkiem Skaryszewskim podczas Powstania Warszawskiego (niósł pomoc powstańcom), padła m.in. odpowiedź, że wszyscy (nieprawda, jeden ocalał), a także –300. Prawidłowa odpowiedź to sześciu, ale młodzież wie, że Boeing zabiera na pokład 300 pasażerów, a gdy samolot się rozbija, na ogół wszyscy giną. O tym, że kiedyś latały inne samoloty, „w nerwach” widocznie zapomnieli. Ogólnie rzecz biorąc myślę jednak, że dzięki temu konkursowi młodzież poznała spory kawałek historii naszej dzielnicy. Finał w połowie kwietnia. Zapraszamy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

piątek, 21 marca 2014

MIESZKANIEC: Najlepsze mięso w Warszawie


Handlować zaczęto tu jesienią 1944 r., zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej na Grochów. „Można było tu dostać najlepsze mięso w całej Warszawie, ponieważ przyjeżdżali tu gospodarze ze wsi. Wszystko było świeże i przygotowywane na miejscu, wydawane prosto z furmanki. Pół Warszawy przyjeżdżało wtedy na Szembeka po mięso. (…)” „W czasach kiedy brakowało wszystkiego, co dodawało uroku życiu, chodziłam z mamusią na bazar Szembeka i kupowałyśmy tam stare, zagraniczne guziki. Można było dostać każdy rodzaj; z masy perłowej, pozłacane, czy kryształowe. Piękne guziki z błękitnego kryształu potrafiły zrobić z sukienki kreację.”Warszawiacy przypominają, że w czasach PRL był tu odzieżowy salon stolicy. W markowe ubrania zagraniczne, które trafiały do Polski z UNRRY albo od krewnych z Zachodu na Szembeku zaopatrywali się podobno m.in. Marek Hłasko i Agnieszka Osiecka. Leopold Tyrmand kupował tu słynne kolorowe skarpetki, a Andrzej Stasiuk skórzaną kurtkę „motocyklówę.”
Od tamtych czasów wiele się zmieniło. Władze miasta postanowiły „ucywilizować” bazary. Na początku lat 90. zawiązała się „na Szembeku” spółka kupców i producentów, która wygrała przetarg na dzierżawę części terenu i rozpoczęła tu inwestycje. Ambitna koncepcja realizowana jest etapami.
Obecnie zakupy – artykułów spożywczych i przemysłowych, świeżych warzyw i owoców – można robić także pod dachem, w nowoczesnym przeszklonym budynku, który wraz z przyległościami (stare pawilony, stragany) zapewnia funkcjonowanie około 300 podmiotom gospodarczym. Powierzchni zadaszonej będzie przybywać. Trwa właśnie rozbudowa istniejącej hali o nowy budynek (z podziemnym parkingiem), w którym mają się znaleźć głównie sklepy sieciowe branży przemysłowej oraz restauracje. W następnym etapie zadaszona zostanie przebiegająca przez środek targowiska ulica. Powstanie więc nowoczesny pasaż handlowy. Czy oznacza to koniec bazaru – jak wieszczą niektórzy? Czy nowa galeria handlowa nie będzie świecić pustkami? (Część bazarów tak
skończyła). Czy swoisty klimat i duch tego miejsca, które są wartością samą w sobie, nie przepadną? Mirosław Sztyber, prezes spółki, zapewnia, że tradycyjny handel stąd nie zniknie. Będą giełdy kwiatowe, wyrobów regionalnych, sadzonki, nowalijki, warzywa i owoce sprzedawane bezpośrednio przez producentów rolnych od lat związanych z „Szembekiem”. Klienci po staremu będą mogli „wejść w towar”, dotknąć go, powąchać, posmakować. Na pewno nie będzie to kolejny hipermaket w stylu Tesco, czy innych firm zagranicznych, gdzie oferuje się wszędzie mniej więcej to samo. Inwestycja realizowana jest przez polski kapitał małych i średnich przedsiębiorców, polskiego wykonawcę, za pieniądze polskich banków spółdzielczych. Jeśli zaś chodzi o klientów, prezes liczy, że oprócz tych, którzy od lat robią tu zakupy, dzięki zwiększeniu oferty towarowej oraz wydłużeniu godzin pracy pojawią się nowi, zwłaszcza ze średniego i młodego pokolenia. Uczestniczyłem w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod nowy budynek. Odbyła się ona z wielkim hukiem – dosłownie. Gości witali Bracia Kurkowi w kontuszach, wśród nich brat Mirosław
Sztyber, a mistrzem ceremonii był Gniewko Rokosz-Kuczyński, marszałek – ceremoniarz Warszawskiego Bractwa Strzelców Kurkowych im. Jana Kilińskiego. Grała pięknie i patriotycznie szkolna orkiestra. Na koniec oddano salwę. Galeria ma być gotowa pod koniec roku. Zatem przed prezesem Sztyberem i jego współpracownikami, autorami nowego wizerunku „Szembeka”, wielkie i odpowiedzialne zadanie. Mam nadzieję, że targowisko nadal będzie tętnić życiem i spełni oczekiwania nie tylko mieszkańców Grochowa, ale też znacznej części warszawiaków, którzy cenią sobie bazarowe klimaty, ale w bardziej nowoczesnym wydaniu, a malkontenci, jakich nigdy nie brakuje, nie znajdą powodów do satysfakcji. Są na to szanse i gorąco kibicuję prezesowi.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 6 marca 2014

MIESZKANIEC: Złe skojarzenia

Dzisiaj trochę o ustawodawstwie. Jakiś czas temu zwrócił moją uwagę rządowy projekt ustawy o długim tytule: o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. To jasne, że ustawa jest potrzebna, by nie dochodziło np. do takich sytuacji, że niemiecka policja przerywa na naszej granicy pościg za groźnymi bandytami, bo w Polsce nie może korzystać ze swoich uprawnień, podczas gdy oni bez przeszkód (dorobek Schengen) wjeżdżają do Polski i zanim polska policja zdąży zareagować, ślad po nich ginie. W takich przypadkach niemieccy funkcjonariusze powinni móc kontynuować pościg na terytorium Polski (oczywiście powiadamiając polskie władze). Albo z Rysów schodzi lawina, grzebie turystów. Z pomocą polskim ratownikom ruszają słowaccy nie oglądając się na brak przepisów, ale po drodze doprowadzają do tragicznego wypadku. Mamy więc poważne komplikacje, z których bez przepisów nie wiadomo jak wybrnąć. Albo płoną lasy na karpackiej granicy. Pomagają nam strażacy ze Słowacji i Czech. Podczas akcji tankują paliwo i środki gaśnicze. Ktoś musi za to zapłacić oraz pokryć koszty socjalne. Wiele podobnych i innych problemów występuje podczas współdziałania w walce z powodzią, czy innymi klęskami żywiołowymi. Uregulowania tych spraw wymaga Unia Europejska i nie budzi to wątpliwości. Podsumowując, ustawa reguluje sprawy ważne dla bezpieczeństwa ludzi i jest potrzebna. Tymczasem nie wszystkim się spodobała. Część ugrupowań w Sejmie ostro się sprzeciwiła. Dlaczego? Wyjaśnił to skierowany
do senatorów list otwarty, podpisany przez dwie znane osoby. Ustawę nazywają „ustawą o bratniej pomocy”, a wiadomo z czym się to nam kojarzy. Uważają one, że Sejm się sprzeniewierzył istocie swego powołania. Obawiają się reakcji, jakie może wywołać interwencja ludzi w niemieckich lub rosyjskich mundurach wydających Polakom rozkazy w swoich językach (tu nieporozumienie, bo Rosji jako państwa nieunijnego ustawa w części policyjnej nie dotyczy). Przypominają o tragicznych dla Polski doświadczeniach wynikłych z zapraszania obcych sił. Obawy te zostały przez autorów i zwolenników ustawy zlekceważone i potraktowane jako spiskowa obsesja. To prawda, że były przesadzone, ale czy do końca bezsensowne? Senat jednak wniósł do ustawy dwie istotne poprawki, które Sejm zaakceptował. Pierwsza dopuszcza do użycia broni przez obcych funkcjonariuszy wyłącznie na rozkaz polskiego dowódcy. Druga ogranicza katalog sprzętu, który mogą oni wwieźć do Polski. To jednak wszystkich wątpliwości nie usuwa. Weźmy np. przypadek wspólnego pilnowania porządku podczas zgromadzeń i imprez masowych – sportowych, muzycznych itd., w których biorą udział obywatele innych państw. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby to niemiecki policjant szarpał się z awanturującym się niemieckim kibicem, ale gdy będzie to polski kibic, może dochodzić do spięć i różnych drażliwych sytuacji, choćby z powodu nieznajomości języka. Niemiecki policjant może przecież powiedzieć „raus!”, a wtedy… A co się stanie, gdy polskiego dowódcy nie będzie
w pobliżu, a obcy funkcjonariusz odda strzał? Nie chciałbym być w skórze ani jego, ani ministra spraw wewnętrznych. I jeszcze coś, czego nie udało się wyjaśnić w trakcie procesu legislacyjnego;
jakie akcje ratownicze lub interwencyjne wymagają pomocy przez 90 dni, albo i dłużej – a takie terminy zakłada ustawa? Osobiście nie boję się tej ustawy, ale mam nadzieję, że decyzje o zaproszeniu obcych funkcjonariuszy do działań na terytorium Polski będą podejmowane przez polskie władze z wielką rozwagą, więcej – ze wstrzemięźliwością.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 20 lutego 2014

MIESZKANIEC: Tramawaj dla Saskiej Kępy i Gocławia

Rada Osiedla Gocław zbiera od kilku tygodni podpisy pod inicjatywą budowy linii tramwajowej łączącej Gocław z centrum Warszawy. Samorządowcy z prywatnych funduszy sfinansowali druk 10 tys. ulotek, uruchomili specjalny profil na Facebooku, wyłożyli listy i rozwiesili plakaty w punktach usługowych, restauracjach, sklepach. W akcję zaangażowały się też spółdzielnie mieszkaniowe.
Pomysł pojawił się już w latach 70. Potem sprawa przycichła, ale co jakiś czas wracała, ostatnio w 2007 r., ale znowu została odłożona do lamusa w związku z protestami części mieszkańców, którzy obawiali się hałasu pod swoimi oknami, utraty miejsc parkingowych itp. Tymczasem Gocław się rozrastał, przybywało ludzi i samochodów, i w rezultacie podróż stąd do centrum stawała się coraz dłuższa i bardziej uciążliwa. Dzisiaj w godzinach szczytu to istny koszmar. Autobusy, podobnie jak samochody prywatne, utykają w ogromnych korkach. Wąskim gardłem jest jednopasmowa ul. Bora-Komorowskiego, stanowiąca główny ciąg komunikacyjny w tym kierunku. Przy czym paradoksem, na który mieszkańcy Gocławia często zwracają uwagę, jest to, że ulice boczne, wewnątrz osiedla, są dwupasmowe. Skutecznym remedium na te kłopoty – a będą się one jeszcze pogłębiać, bo planowana jest budowa 7 tys. mieszkań, czyli obecnym 60-70 tys. mieszkańcom przybędzie około 15 tys. sąsiadów – byłoby metro. Tyle że to pieśń przyszłości. Najwcześniej dotrze tu w 2030 r. W dodatku będzie kosztować około 4,5 mld zł. Natomiast tramwaj mógłby tu dojechać już za 5 lat, za 200–250 mln zł. W dodatku jest szansa, by projekt ten uzyskał 85-procentowe dofinansowanie z nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2014–2020, władze miasta muszą jednak odpowiednio wcześnie zgłosić taki wniosek. Podczas zorganizowanego przez Radę Osiedla spotkania informacyjnego na ten temat przedstawione zostały szczegółowo różne warianty przebiegu trasy tramwajowej, na czele z rekomendowanym przez Biuro Drogownictwa Urzędu m.st. Warszawy i popieranym przez samorządowców, mianowicie – od Al. Waszyngtona , dalej wzdłuż ogródków działkowych wiaduktem nad Al. Stanów Zjednoczonych, do ul. Bora-Komorowskiego, wzdłuż niej do obecnej pętli autobusowej na Gocławiu. Zatem – wbrew wciąż kursującym, fałszywym bądź przestarzałym informacjom – tramwaj nie będzie przejeżdżał „tuż pod oknami”, jak niektórzy się obawiają. Mieszkańcy Międzynarodowej czy Afrykańskiej mogą spać spokojnie. Byłaby to też swoista obwodnica Saskiej Kępy i jej mieszkańcy także by na tym skorzystali, dzięki zmniejszeniu ruchu aut z Gocławia oraz dodatkowej komunikacji. Przy okazji zostałaby poszerzona ul. Bora-Komorowskiego. Nie mam wątpliwości, że jest to słuszna inicjatywa. Nareszcie ktoś pomyślał konkretnie, zamiast fantazjować na temat metra, które nie wiadomo, kiedy powstanie. Zresztą w wielu miastach zachodniej Europy, m.in. Strasburgu, gdzie bywam jako delegat do Rady Europy, komunikacja miejska oparta jest na tramwajach. Dzięki nowoczesnym technologiom nie powodują one praktycznie drgań i hałasu, są szybkie i komfortowe – jeżdżą równie sprawnie jak metro. Podobnie myśli burmistrz Pragi-Południe, Tomasz Kucharski, który jest pełen uznania dla organizatorów tej akcji i w pełni ją popiera. Niestety, ratusz ma obiekcje i waha się z decyzją – inne dzielnice też ubiegają się o linie tramwajowe. Rada Osiedla zamierza do końca lutego przekazać pani prezydent zebrane podpisy, żeby przekonać ją, jak duże jest poparcie dla tej inwestycji. Można je składać m.in. na Facebooku: www.facebook.com/tramwajnagocław, a także w moim biurze przy ul. Grochowskiej 302.
Zdecydowanie zachęcam do popierania tej koncepcji!

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 6 lutego 2014

MIESZKANIEC: Park niezgody

Rozgorzał na nowo spór o przyszłość Parku Skaryszewskiego, drugiego pod względem wielkości parku Warszawy, wpisanego do rejestru zabytków stolicy. Miłośnicy parku alarmują, że choć jego rewaloryzacja jeszcze się nie zaczęła – i nie wiadomo, czy i kiedy się zacznie, bo nie ma na nią pieniędzy – wycięto niedawno 43 drzewa. Zgłaszają też szereg wątpliwości i zastrzeżeń wobec planowanych zmian, które – ich zdaniem – zniszczą naturalne piękno parku. O tym, jak bardzo napięta i pełna podejrzliwości jest atmosfera wokół tego problemu mogłem przekonać się podczas spotkania mieszkańców z urzędnikami i projektantami, które odbyło się w styczniu z inicjatywy warszawskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami.
Projekt rewaloryzacji został wykonany w 2009 r. i wymaga pewnej aktualizacji, ale główne jego założenia pozostaną. Chodzi przede wszystkim, jak wyjaśniali autorzy, o odtworzenie pierwotnej kompozycji parku, zgodnej z zamysłem Franciszka Szaniora, który założył park ponad 100 lat temu. Od tego czasu ta kompozycja uległa deformacji, a park żyjąc własnym życiem zatracił swe wartości kulturowe i historyczne. Planuje się przywrócić dawny układ alejek i rodzaj ich nawierzchni (asfalt
i odpowiednio dobrane mieszanki żwiru), posadzić rosnące tu kiedyś rośliny, a także nowe drzewa w miejscu tych, które zostały wycięte, bo były chore i zagrażały bezpieczeństwu spacerowiczów. Zrekonstruowane będą ogrody: daliowy i różany, pojawią się stylowe latarnie, kosze na śmieci, ławki oraz nowe toalety. Oprócz wszystkich alejek i placów, podświetlone zostaną rzeźby, pomniki, miejsca pamięci, mostki, przystanie i cenne kolekcje roślin. Przewiduje się modernizację mostków, groty z kaskadą, konserwację stawów, urządzenie nowego placu zabaw i remont istniejącego, stworzenie trawiastych plaż nad Jeziorkiem Kamionkowskim, budowę przystani, uruchomienie wypożyczalni sprzętu wodnego. Wzdłuż ulic Waszyngtona oraz Zielenieckiej mają być stworzone tzw. ostoje przyrody, czyli miejsca przeznaczone dla zwierząt. W planach jest też odtworzenie ogrodzenia wraz z trzema bramami i pięcioma furtkami. Jest to zatem ogromne i ambitne przedsięwzięcie, którego koszt szacuje się na kilkadziesiąt milionów złotych (bliżej 100 niż 50). Wiceburmistrz Pragi-Południe, Robert Kempa mówił, że pieniądze na pewno się znajdą, bo Park Skaryszewski wpisany jest do programu rewitalizacji miasta na lata 2014–2020. Z sali padały jednak pytania: Po co tak duży remont? Komu jest potrzebny? Czy musimy poprawiać park, który jest piękny? Mówiono też, że brak ogrodzenia się sprawdza i również jest pewną wartością oraz że nie należy się sztywno trzymać historycznych planów. Na pytanie, czy park powinien zostać dokładnie taki, jaki jest teraz, ręce podniosło około 30–40% zebranych. Jak z tego wynika, potrzebne są konsultacje społeczne w sprawie zmian w „Skaryszaku”. Zarząd Oczyszczania Miasta, który opiekuje się parkiem, zadeklarował, że zrobi je, „jeśli dostanie fundusze”, w ostatnich latach były pilniejsze potrzeby. Po co więc w ogóle zorganizowano to spotkanie? – zastanawiali się uczestnicy. W związku z tym zaproponowałem inny sposób podejścia do projektu rewaloryzacji. Mianowicie, rozpisanie wśród użytkowników parku ankiety, na podstawie której z całego katalogu zadań do wykonania wybrano by te najpilniejsze i po kolei, stopniowo je realizowano. Dzięki temu zamiast kilkudziesięciu milionów złotych wystarczyłoby na początek kilkaset tysięcy, czy też jeden milion, a okoliczni mieszkańcy i miłośnicy parku przekonaliby się, że nic nie dzieje się za ich plecami i – być może – z większym zaufaniem podchodzili do urzędniczych poczynań i zapewnień, że park nie utraci swych walorów, przeciwnie – będzie tu lepiej, ładniej i bezpieczniej, i ani przyroda, ani ludzie nie ucierpią.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl