czwartek, 11 września 2014

MIESZKANIEC: Nieletnim alkohol(u) (nie)sprzedajemy

Sklep. Dziewczyna, na oko 17-stolatka, prosi o „Królewskie”. Sprzedawca stawia je przed nią bez mrugnięcia okiem. Za jakiś czas chłopak w podobnym wieku kupuje „Lecha”. Tym razem ktoś z dorosłych interweniuje, nalega na sprawdzenie dokumentów. Sprzedawca wzrusza ramionami, a gdy interweniujący się upiera, kłamie, że zna tego klienta i wie, że jest on pełnoletni. Chłopak przytakuje. Inni nie reagują. Sytuacja została zainscenizowana przez pracowników firmy „Mirabo”, która przeprowadziła w br. badania sprzedaży alkoholu nieletnim w sklepach, barach i restauracjach na terenie Pragi Północ na zlecenie Urzędu Dzielnicy. Do każdej z 50 losowo wybranych placówek została wysłana kolejno dwójka młodo wyglądających (ale faktycznie pełnoletnich) audytorów z zadaniem zakupienia piwa oraz „dorosły”, który miał zwrócić uwagę sprzedawcy, gdy ten bez sprawdzenia dowodu osobistego podawał im piwo. Było to już trzecie badanie. Poprzednie zostały przeprowadzone w 2010 i 2013 roku. Wyniki są bulwersujące. Na 100 prób zakupu (po dwie w każdym badanym punkcie) tylko w 49 przypadkach sprzedawca odmówił sprzedaży żądając z własnej inicjatywy okazania dowodu osobistego. W 33 przypadkach (na 51) skuteczna okazała się interwencja „dorosłego”. Nie znaczy to jednak, że w połowie badanych sklepów i lokali sprzedawcy
łamali przepisy ustawy. Było znacznie gorzej! Spośród 50 placówek jedynie w 14 (28%) sprzedawcy konsekwentnie prosili oboje „młodych audytorów” o dowód osobisty. W 2/3 sklepów (65%) oraz
w każdym(!) z 10 badanych lokali gastronomicznych przynajmniej jedna próba zakupu zakończyła się pomyślnie!!! I nie może być żadnym pocieszeniem, iż wynik ten jest lepszy niż w ubiegłym roku, kiedy to młodym ludziom aż w 79% przypadków udało się kupić piwo. Można mówić wyłącznie o skali kompromitacji, a nie o sukcesie. A już informacja, że w porównaniu z 2010 r. 3,5-krotnie wzrósł odsetek placówek wyróżnionych certyfikatem „Odpowiedzialny sklep” za to, że sprzedawcy sami z siebie poprosili oboje młodych audytorów o okazanie dowodu osobistego zakrawa na kpinę. Wzrósł on bowiem z 10% do 35%. Za ile lat dojdziemy do 100% - łatwo obliczyć. Okazuje się jednak, że władze są wobec problemu bezradne. Sklepom, w których nieletni mogą kupić alkohol, powinny być bezwzględnie odbierane koncesje na jego sprzedaż, a prowadzącym je przedsiębiorcom oraz sprzedawcom należą się wysokie grzywny. Mówi o tym Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Tyle że podobno wyniki badań nie daję podstaw do wyciągnięcia sankcji, ponieważ młodzi audytorzy, którym sprzedano piwo, byli faktycznie pełnoletni. Po co zatem prowadzi się te badania? Otóż urzędnicy twierdzą, że chodzi o „wyrobienie” u sprzedawców nawyku sprawdzania dowodu osobistego. No to pogratulować pomysłu i jego rezultatów. Powiadomienie urzędu o sprzedaży alkoholu nieletniemu w konkretnym sklepie też jest mało skuteczne. Trzeba taki fakt udowodnić. Są korowody ze świadkami. Sprzedawca ma prawo odwołania się… Urząd dzielnicy prowadził dwa takie postępowania. Jedno zainicjowane przez policję, która złapała pijącą młodzież na ulicy. Ale…okazało się, że w sklepie, który wskazali, nie było takiej marki piwa i postępowanie umorzono. Drugie chyba jeszcze się toczy. Wydaje się, że w tej sytuacji władze - dzielnicy i miasta, bo nie tylko na Pradze Północ jest z tym problem, powinny zastanowić się nad zmianą prawa w tym zakresie. Stosowanie różnych, nawet nie pół a ćwierć środków, jak pouczanie sprzedawców, jak mają się zachować (podobno ci młodsi wiekiem i stażem mają opory przed żądaniem dokumentów, zwłaszcza od dziewczyn) apele do odpowiedzialności, wyróżnianie certyfikatami i upublicznianie adresów sklepów, gdzie alkoholu nieletnim faktycznie się nie sprzedaje (chyba po to, by zainteresowani omijali je szerokim łukiem) do niczego dobrego nie doprowadzi.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 7 sierpnia 2014

MIESZKANIEC: Polacy to nie zombie. Tak jest!

Upał. Ludzie szukają ochłody i ani im w głowie czytać poważne teksty. Dzisiejszy felieton wychodzi temu zapotrzebowaniu naprzeciw. Ku uciesze jednych i zniesmaczeniu innych, język i styl debat parlamentarnych twórczo się rozwija. Najbardziej inspirują posłów wnioski o odwołanie ministrów i rządu, a trochę ich mieliśmy ostatnio.
Zaczęło się od debaty nad wotum zaufania dla rządu, podczas której posłowie zadawali premierowi pytania. Regulamin nie przewiduje w tym przypadku dyskusji, ale do pewnego stopnia zastępowały ją głosy z sali. Witold Klepacz: „Czy nie jest pora zastosować się do wezwania: Kończ waść, dalszego wstydu oszczędź.” Głos z sali: „ Ale to było w innym kontekście.” Andrzej Romanek: „Pan się przyznaje do tego, że pan niestety jest politycznym palantem.” Marek Poznański: „Panie Premierze! Mistrzu rozmydlania…”. Marek Balt: Czy domena rządu zmieni nazwę na hołota. pl? Czy casting na ministrów rządu prowadził pan wśród kandydatów do programu „Ekipa z Warszawy”? J. Rutnicki: „Ale bystry jesteś.” Dariusz Joński: „Czy pan premier wystąpi z inicjatywą ustawodawczą w celu objęcia uczniów szkół gastronomicznych i kandydatów do pracy w gastronomii obowiązkowym szkoleniem z zakresu informacji niejawnych?” J. Rutnicki: „Ale błysk intelektu.”
Krzysztof Szczerski aż pogubił się w wyszukanych metaforach. O parlamencie powiedział, że jest „wielkim, betonowym sarkofagiem, w którym siedzą zamknięci posłowie koalicji i blokują zmiany, których oczekują obywatele”. Natomiast o Polakach, że nie są ptakami z filmu Hitchcocka, nie są też wampirami ani zombie, przed którymi posłowie muszą się zamykać, zabijać drzwi deskami, zatrzaskiwać okiennice. (Okiennice i drzwi w betonowym sarkofagu?) Krystynie Pawłowicz chyba się jednak podobało, bo powtarzała jak katarynka: „Tak jest”.
Wyobraźnia posła Szczerskiego eksplodowała, gdy po krytyce rządu przeszedł do prezentacji zalet kandydata PiS na premiera, prof. Piotra Glińskiego. To „jak haust świeżego powietrza, jak otwarcie okna w dusznym pokoju, jak wpuszczenie światła w mroczne gabinety”. (Głos z sali: „Popłacz się”). Nawet prezesowi Kaczyńskiemu nie udało się wznieść na takie wyżyny. Jego „deszcze, deszczyki”, które „bez przerwy padają, to jest, można powiedzieć, taki swego rodzaju sos albo inaczej mówiąc, taka pogoda, którą tworzy ten rząd”, a „w pewnym momencie doszło do oberwania chmury” – przyjęto z mieszanymi uczuciami. Sorry, taki mamy klimat.
Niezawodny Stefan Niesiołowski przerywał prezesowi okrzykami: „Bezczelny jesteś; Kłamstwo!” Nie wytrzymał też Jan Vincent-Rostowski: „Coś się pomyliło, czas na emeryturę.” Gdy posłowie PiS na stojąco oklaskiwali swojego lidera, pos. Niesiołowski zawołał: „Na kolana, Błaszczak, uklęknij!”. Oczywiście, posłowie PiS nie mogli pozostać dłużni i wystąpienie premiera przerywały z kolei okrzyki K. Pawłowicz: „Jaka hańba, chłopie?; Ch..., d... i kamieni kupa” – (powtórzone 5-krotnie); I jeszcze: „Brazylijska gadka.” (To nowość – zawsze było „austriackie gadanie”, ale widać mundial zrobił swoje.)
Ostatnie słowo należało do prezesa Kaczyńskiego, który zabrał głos w trybie sprostowania: „Pan premier nakłamał tak, że po prostu słońcu wstyd świecić”.
Wesoło było też podczas debaty nad wotum nieufności dla ministra spraw wewnętrznych. Marszałek do Bartłomieja Sienkiewicza: „Bardzo proszę, panie ministrze.” Głos z sali: „A pan prezes wychodzi.” Stefan Niesiołowski: „Alergia czy co?” Przemawia minister, głosy z sali: „Bezczelność przechodzi ludzkie pojęcie; To jest na taśmie”. Anna Paluch: „Totalny rozkład”. Przemawia Adam Hofman: „Wy, panie posłanki...” Teresa Piotrowska: „Co to znaczy „wy”? Może trochę kultury.” Anna Paluch: „Cicho tam.”
Przejrzałem stenogramy z posiedzeń Senatu i, niestety, nie jest dobrze. Dyskusje są merytoryczne, nikt nikomu nie przerywa i nikt nikogo nie obraża. Chyba mają rację ci, co chcą Senat zlikwidować. No pewnie, po co nam tylu nudziarzy. 

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 24 lipca 2014

MIESZKANIEC: Kulawa demokracja. Z teki RPO (1)

W poprzednim felietonie („Po co nam Senat?”) zastanawiałem się nad stanem demokracji w Polsce pisząc o roli, jaką odgrywa w niej Trybunał Konstytucyjny. Równie ważny jest Rzecznik Praw Obywatelskich. Demokracja, która nie szanuje praw człowieka i obywatela jest bowiem zagrożona, skazana na ataki sił radykalnych i neofaszystowskich. Co roku Senat wysłuchuje sprawozdania Rzecznika o działalności jego urzędu. Obszerną informację na ten temat (600 stron) Rzecznik składa
też na piśmie i zamieszcza w Internecie. Niestety, niewiele osób ją czyta, a jest ona – nie waham się użyć tego słowa, choć inni go stale nadużywają – porażająca. Nie żadne podsłuchane, prywatne rozmowy polityków, którymi od tygodni ekscytują się dziennikarze, lecz właśnie sprawozdanie RPO. Pokazuje ono dobitnie, dlaczego Polacy są niezadowoleni z demokracji i skąd wśród nas aż tylu frustratów.
W 2013 r. do RPO wpłynęło 70 tys. skarg, o 22% więcej niż rok wcześniej. Prawie w co trzecim przypadku pokrzywdzonym udaje się pomóc, co stanowi wysoki wskaźnik, ponieważ RPO załatwia sprawy najtrudniejsze, takie, w których wykorzystano już wszystkie instancje. Ale to co może być dumą dla Rzecznika, jest – powinno być – wstydem dla państwa i wymiaru sprawiedliwości.
Zdaniem RPO, prof. Ireny Lipowicz, rosnąca liczba skarg związana jest m.in. z brakiem w Polsce systemu bezpłatnej pomocy prawnej, z czego musimy się tłumaczyć przed innymi państwami unijnymi, które taki system już dawno wprowadziły. Brak tej pomocy skutkuje np. tym, że w niektórych schroniskach dla bezdomnych kobiet 99% pensjonariuszek to ofiary przemocy domowej, które uciekły od swoich oprawców. Nie znają jednak prawa, które mówi, że to one powinny nadal przebywać w swoich mieszkaniach, natomiast opuścić powinni je ich prześladowcy. Jednak nawet jak je znają, nie mają go jak dochodzić. Miarą sukcesów RPO jest także odsetek wygranych skarg kasacyjnych od prawomocnych orzeczeń sądów (80-90%). Nie wszystkie prośby o kasację, których liczba lawinowo narasta, można jednak uwzględnić. Zdarzają się bowiem nieuczciwi adwokaci i radcy prawni, którzy chcąc się pozbyć klienta nie mającego najmniejszych szans na kasację, zapewniają go, że RPO na pewno sprawę podejmie i na pewno wygra. Jakiego honorarium za tę „pewność” żądają – to już tajemnica zawodowa. Za to wnioski do RPO są bezpłatne. By ukrócić te praktyki RPO nawiązał współpracę z samorządami adwokackim i radcowskim. Oby okazała się owocna. Takie przypadki, nawet jeśli byłyby jednostkowe (a nie są) poważnie nadszarpują zaufanie do prawa. A dochodzi do tego jeszcze poczucie bezsilności wobec sposobu, w jaki czasem zachowuje się sędzia wobec strony na sali sądowej, który – jak to określiła prof. Lipowicz – ma pewność,
że będzie zaprotokołowane tylko to, co on każe zaprotokołować. W rezultacie niemożliwe jest wyjaśnienie zarzutów, które się potem pojawiają w skargach kasacyjnych, a nagrywaniu rozpraw sędziowie się sprzeciwiają. Oprócz reagowania na skargi, w szczególnie jaskrawych przypadkach
RPO z własnej inicjatywy kieruje do ministrów, premiera, prezydenta, marszałka Sejmu wnioski o zmianę złego prawa. Niestety, często pozostają one bez echa. Oporni na interwencje RPO są zwłaszcza ministrowie, którzy latami (rekord to 10 lat!) zwlekają z wydaniem aktów wykonawczych do ustaw. Faktycznie więc te ustawy są martwe. Dwa lata temu zaproponowałem, by Senat stał się „prawą ręką” RPO podejmując inicjatywy ustawodawcze w sprawach ważnych dla Rzecznika
z punktu widzenia praw człowieka i wolności obywatelskich. Rok temu podczas debaty powróciłem do tej sprawy. Wreszcie „słowo stało się ciałem” i doszło do zapoczątkowania takiej współpracy. O jej efektach będę Państwa systematycznie informował.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 3 lipca 2014

MIESZKANIEC: Po co nam Senat?

Po co nam Senat?
Często się mówi, że demokracja jest w Polsce niedostateczna. Są jednak też opinie przeciwne. Niektórzy nawet twierdzą, że jesteśmy pod tym względem w światowej czołówce. Czy i jak
można zmierzyć poziom demokracji? Podstawową miarą są wolne wybory oraz funkcjonowanie instytucji, które kontrolują proces stanowienia prawa. W Polsce do takich instytucji należy m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy oraz inne sądy. Czy i na ile są one skuteczne? Czy ich orzeczenia i zalecenia są wcielane w życie, czy też lekceważone?
Można znaleźć przykłady na „tak” i na „nie”, ale narzekania na jakość uchwalanego prawa są powszechne i, niestety, na ogół uzasadnione. Często jest ono mętne, niechlujne, wewnętrznie sprzeczne. Chciałoby się jednak wiedzieć, czy dzisiaj ustawy są pisane lepiej, czy gorzej niż np. 10 lat temu. Nie wymyślono jeszcze programu, badającego stopień mętności czy niechlujstwa danej ustawy. Jest jednak pewne kryterium ocenne, a uzyskujemy je dzięki corocznym informacjom o funkcjonowaniu Trybunału Konstytucyjnego, które Senatowi przedstawia Prezes Trybunału. Przejrzałem te dokumenty od 1999 r. i porównałem liczbę przepisów uznanych przez Trybunał za niezgodne z konstytucją. Okazało się, że w pierwszej połowie tego okresu, czyli w latach 1999-2005, Trybunał przeciętnie w roku kwestionował 70 przepisów, natomiast w drugiej połowie (2006-2012) – 48 przepisów, przy czym w samym 2012 r. – 39 przepisów. Jest więc niewątpliwa poprawa, choć uczciwie trzeba przyznać, że taka liczba praw niezgodnych z konstytucją, to zdecydowanie za dużo.
Ale to nie wszystko. Gdy Trybunał wytyka błędy, rząd i parlament powinny je poprawić, inaczej bałagan w prawodawstwie narasta. Informacje Trybunału zawierają ciekawe dane na ten temat.
Otóż w 2012 r. na nowelizację czekało 50 przepisów, niektóre od kilku lat. To z pewnością wskaźnik zbyt wysoki, ale w 2009 r. takich niepoprawionych przepisów było aż 80! Ktoś więc przez te trzy lata solidnie popracował. A kto? Może Sejm? Nie, proszę państwa, Sejm ma na głowie sprawy ważniejsze, niż zgodność prawa z konstytucją – z zapałem zajmuje się np. podsłuchami. Całą tę robotę wykonał Senat, ale pracą Senatu media się nie zajmują, bo w tej izbie nikt nie wnosi na mównicę słoika z karaluchem, zwanym pluskwą, ani nie ciska obelg na przeciwnika politycznego. Senatorom wystarczy więc satysfakcja ze słów Prezesa Trybunału (cytuję):
„Działalność Senatu to kontynuacja efektywnego i prokonstytucyjnego spojrzenia na wykonywanie orzeczeń….. Podejmując działania Senat miał na względzie pozycję Trybunału…..Projekty wnoszone przez Senat harmonijnie dopełniały orzeczenia Trybunału i uwzględniały – co zasługuje na aprobatę – uwagi oraz sugestie Trybunału….. Takie współdziałanie zasługuje na aprobatę….Senat reagował na sygnały dotyczące ujawniających się problemów…”. Oto i odpowiedź na postawione w tytule pytanie. Senat nieustannie poprawia błędy i mankamenty prawa, uchwalanego przez Sejm. Wypełnia także inne funkcje, ale ta jest najważniejsza. Tymczasem, co pewien czas pojawiają się postulaty likwidacji Senatu. Partie, które nie dostały się do Senatu, a także różnego rodzaju populiści spoza parlamentu głoszą, że jest niepotrzebny i dużo kosztuje podatników, więc trzeba go rozwiązać, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na zbożny cel. Proponuję zatem, aby ci posłowie, którzy swój cenny czas poświęcają na domaganie się likwidacji Senatu, przeznaczyli go raczej na tworzenie takich ustaw, których nie trzeba będzie poprawiać, bo złe prawo kosztuje najwięcej!

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

piątek, 20 czerwca 2014

ECHO TARGÓWKA: Konsultacje do n-tej potegi. Jak długo można?


Źle jest, gdy władze nie konsultują z obywatelami decyzji, które ich dotyczą. Konsultacje nie mogą jednak ciągnąć się w nieskończoność, bo wtedy traci to sens a nawet staje się śmieszne.
 Coś takiego stało się z konsultacjami w sprawie programu rewitalizacji Pragi Północ, Pragi Południe i Targówka. Miały zacząć się we wrześniu ubiegłego roku i potrwać miesiąc, dwa. Tymczasem w maju, gdy program powinien być już realizowany (obejmuje lata 2014-2020) urząd miasta zaprosił na kilkugodzinne warsztaty mieszkańców Kamionka (trzy spotkania tydzień po tygodniu), Pragi Północ (trzy spotkania, oddzielnie dla mieszkańców Szmulowizny, Starej i Nowej Pragi) oraz Targówka (cztery spotkania, dwa na Targówku Mieszkaniowym i dwa na Fabrycznym).
Garstka ludzi
Wybrałem się na trzy takie spotkania (już któreś z rzędu w tych samych dzielnicach) i moje obawy co do celowości i sensu przedłużających się konsultacji w pełni się potwierdziły. Garstka ludzi, przy czym okazało się, że niektórzy z nich nie mieszkają w dzielnicach, o których rozmawiano, lecz uczestniczą w spotkaniu służbowo, z zaangażowaniem opowiadała o swoich wyobrażeniach i pragnieniach związanych z rozwojem ich dzielnicy. Jak one się mają do planów zagospodarowania przestrzennego i pieniędzy, jakie urząd miasta zamierza w końcu przeznaczyć na program rewitalizacji, bo podobno ma ich być mniej niż wcześniej obiecywano, pozostaje słodką tajemnicą urzędników.
Niezależnie od tych smutnych refleksji byłem pod wrażeniem profesjonalizmu wynajętych przez ratusz młodych ludzi, którzy prowadzili warsztaty. Mimo że zleceniodawcy postawili ich w trudnej sytuacji (musieli świecić oczami za ich niedoróbki i odpowiadać niejako w ich imieniu na pytania, na które nie ma odpowiedzi), za sprawą moderatorów dochodziło do prawdziwej burzy mózgów.
Przedłużyć Skwer Wiecha do Radzymińskiej!
Podczas spotkania na Targówku Mieszkaniowym wiele mówiono o dużym potencjale rozwojowym tej dzielnicy ze względu na znaczne obszary niezagospodarowanej zieleni. Zdaniem mieszkańców, powinny tu powstać miejsca wypoczynku i rekreacji, których generalnie brakuje tak dla młodzieży, jak i osób starszych ("przedłużyć Skwer "Wiecha do ul. Radzymińskiej"). Brakuje też klubów, kawiarni, małej gastronomii, usług związanych z kulturą ("nie ma gdzie pójść"), małych sklepów. Postulowano m.in., by bloki były bardziej kolorowe. Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zwracano m.in. uwagę na nieestetyczną zabudowę ul. Radzymińskiej, bałagan komunikacyjny ("wszędzie stoją samochody, nawet w parku"), niebezpieczne ulice (zwłaszcza Handlowa) i przejścia dla pieszych, złą jakość powietrza (zapylenie). Postulowano, by bloki były bardziej kolorowe (Targówek kojarzy się ze sztuką Pawła Althamera). Pojawił się np. pomysł, żeby ściany boczne budynków coś pokazywały i były pewnym drogowskazem (np. Dom pod Gruszą, pod Słonecznikami, budynek Van Gogha itp.). Zasadnicze wątpliwości budziły jednak granice obszaru, który ma podlegać rewitalizacji. Zdaniem mieszkańców powinny być one znacznie szersze, gdyż w tych zaplanowanych niewiele już da się zrobić.
Przysłuchując się dyskusji podsunąłem m.in. pomysł urządzenia miejsc do gry w bule. We Francji, Włoszech jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu głównie przez seniorów, ale w grę mogą grać wszyscy. Nie wymaga to większych inwestycji, ani specjalnych umiejętności. Wystarczy kawałek placu i specjalne kule. Jeśli zaś chodzi o problem handlu i usług, czy w ogóle rewitalizacji biznesu, uważam, że nie rozwiąże się go bez odpowiedniej polityki czynszowej. Przez rok, dwa ten czynsz powinien być symboliczny. W skali kraju wprowadzane są różne ulgi dla biznesu. Niestety, tam gdzie rządzi samorząd bywa z tym różnie.
W sumie spotkanie było ciekawe, niepokoję się jednak o to, co stanie się z jego wynikami. Poznałem kilka ciekawych, zaangażowanych w sprawy Targówka osób i wielka szkoda byłaby, gdyby to ich zaangażowanie poszło na marne. Bo nie wiadomo, kto będzie rządził stolicą w następnej kadencji i czy program rewitalizacji się nie zmieni.
Na razie bitwa o Prawy Brzeg wciąż trwa. 

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

czwartek, 5 czerwca 2014

MIESZKANIEC: Po co do Brukseli?

Po co do Brukseli?
Wybory europejskie są już za nami. Osobiście nie kandydowałem w tych wyborach(mieszkańcy Prawego Brzegu wybrali mnie przecież na cztery, a nie na dwa lata), ale jako obywatel mam określone oczekiwania pod adresem naszych posłów do Parlamentu Europejskiego, niezależnie
od ich poglądów politycznych. Parlament Europejski to w Polsce ciągle terra incognita – ziemia nieznana, która nadal czeka na odkrycie. A przecież 60% prawa, uchwalanego dziś w Polsce przez Sejm i Senat, ma swój początek w Brukseli! Z europejskiego budżetu przychodzi do Polski dużo pieniędzy, ale to, na co mogą być przeznaczone, również wcześniej określił Parlament Europejski.
Dlatego my, wyborcy, powinniśmy jasno definiować to, co naszym zdaniem polscy posłowie „do Europy” powinni popierać i o co walczyć w najbliższej kadencji, a czemu się sprzeciwiać. Moje preferencje są następujące:
1. Walka z bezrobociem, zwłaszcza wśród młodzieży. To najlepsza metoda walki z rosnącymi w siłę w różnych krajach ugrupowaniami antyeuropejskimi, czy wręcz faszystowskimi.
2. Rozszerzenie programów, mających ułatwić godzenie pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci. Unia Europejska głosi hasła równości kobiet i mężczyzn. Całkowicie to popieram, ale same hasła nie wystarczą, trzeba stworzyć po temu warunki.
3. Zdecydowanie więcej międzynarodowych praktyk i wymian oraz możliwości pracy w charakterze wolontariuszy dla młodzieży. To najlepszy sposób na budowanie społeczeństw otwartych, tolerancyjnych i wolnych od ksenofobii.
4. Jednym z priorytetów unijnej polityki socjalnej powinno być silne wsparcie dla budownictwa socjalnego i komunalnego. Mieszkania o niskich bądź umiarkowanych czynszach pełnią dwie funkcje: socjalną (wyprowadzają ludzi z ruder) i społeczno-gospodarczą – ułatwiają walkę z bezrobociem, gdyż umożliwiają zmianę miejsca zamieszkania i znalezienie niedrogiego mieszkania tam, gdzie jest praca.
5. Bezpieczeństwo energetyczne. Ostatnie wydarzenia na wschodzie Europy pokazały, że niezbędna jest wspólna polityka energetyczna, bez której Unia nie będzie mogła odgrywać ważnej roli w polityce międzynarodowej, a nieprzyjazne Unii kraje będą realizować swoje interesy,
rozbijając unijną jedność i solidarność.
6. Skuteczna pomoc dla Ukrainy. Dzisiaj, w dobie kryzysu, kiedy wielu Europejczyków kręci nosem na Unię, oni chcą do Europy! Płakać mi się chce, kiedy widzę to, co dzieje się na Ukrainie. Trzeba im
pomóc za wszelką cenę i zmobilizować w tym celu odpowiednie środki finansowe.
7. Realizacja wszystkich wyżej wymienionych postulatów wymaga pieniędzy. Dlatego oczekuję od naszych posłów, że będą postulowali zwiększenie budżetu Unii Europejskiej. Nie można budować wielkiej,historycznej wspólnoty europejskich państw, mając do dyspozycji zaledwie 1% ich łącznego produktu krajowego brutto, a w nadchodzącym siedmioleciu nawet mniej niż 1%! Gdzie szukać tych pieniędzy? Czy w kieszeniach 500 mln europejskich obywateli? Nie ma takiej potrzeby. Od pewnego czasu wałkowany jest projekt opodatkowania transakcji finansowych, czyli zakupu i sprzedaży walut i papierów wartościowych. Transakcje te w większości mają charakter spekulacyjny. Podmioty, dokonujące tych transakcji (banki i różnego rodzaju fundusze inwestycyjne) dysponują ogromnymi środkami. Komisja Europejska rozpatruje projekt opodatkowania tych transakcji niewielkim
podatkiem, w wysokości maksymalnie 1 promila ich wartości. Wobec ogromnej liczby tych transakcji nawet tak niewielka stawka przyniosłaby budżetowi unijnemu corocznie nawet do 90 mld euro, co zwiększyłoby wspólny budżet aż o 60%! Wystarczyłoby na wszystkie cele, które wymieniłem. Warto zainteresować się pracami Parlamentu Europejskiego.
I warto zrozumieć, po co to wszystko.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 22 maja 2014

MIESZKANIEC: Unio, ratuj!

Różne pomysły z piekła rodem, o których wielokrotnie pisałem na tych łamach, mają długi i twardy żywot. Borykali się z nimi działkowcy, borykają się wciąż spółdzielcy.
W ubiegłym tygodniu odbyła się w Sejmie ciekawa konferencja spółdzielców, podczas której wykazywano, że składane w Sejmie od połowy lat 90. projekty ustaw dotyczące spółdzielni,
mające rzekomo chronić interesy jej członków, faktycznie im szkodziły, utrudniały rozwój spółdzielni, czy wręcz zmierzały do ich unicestwienia. Mimo, że Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie orzekał o niezgodności uchwalanych przepisów z konstytucją, proces pełzającej
likwidacji własności spółdzielczej wciąż trwa. Trochę to przypomina zabawę w „kotka i myszkę”. Trybunał swoje, posłowie swoje, w nieco tylko zmodyfikowanej – w związku z wyrokiem Trybunału – formie. Jako szczególnie aktywną w tak pojętym „reformowaniu” spółdzielni zebrani wymieniali jedną z posłanek PO. Z jej to inicjatywy powstały w tej kadencji Sejmu kolejne projekty ustaw, jeden o spółdzielniach, drugi o spółdzielniach mieszkaniowych, które – wraz z projektami innych partii
odnoszącymi się do spółdzielczości - trafiły ponad rok temu do sejmowej komisji nadzwyczajnej.
Prace tej komisji budzą niepokój spółdzielców. Na pierwszy rzut oka, intencje posłów są czyste. Chodzi, jak głosi uzasadnienie, o usunięcie luk prawnych i wątpliwości interpretacyjnych narosłych w wyniku ponad 30-krotnej już (sic!) nowelizacji prawa spółdzielczego z 1982 r., poprawę efektywności działania spółdzielni itd. Rzeczywiście w bałaganie prawnym trudno działać, pozornie więc spółdzielniom nic nie zagraża. Zainteresowani dowodzą jednak, że jest inaczej. Projektowane zmiany są ich zdaniem sprzeczne z międzynarodowymi zasadami spółdzielczymi i prawami Unii Europejskiej, m.in. ograniczają spółdzielczą autonomię i samorządność (np. odebranie prawa do zwoływania walnego zgromadzenia w formie zgromadzenia przedstawicieli, czy obligatoryjne przekształcanie we wspólnotę spółdzielni, w której wyodrębniono choćby jedno mieszkanie). Wątpliwości ma też wielu prawników, w tym konstytucjonaliści. Po raz kolejny wypowiedziała
się negatywnie na temat tych projektów (są do siebie w gruncie rzeczy bardzo podobne, tylko język się zmienia) Krajowa Rada Sądownictwa. Niestety, te opinie nie są brane pod uwagę. „Na posiedzeniach komisji jesteśmy lekceważeni. Nie mamy czasu zapoznać się z wnoszonymi
przez posłów poprawkami. Tylko przeszkadzamy w głosowaniach” – mówiono podczas konferencji.
Zdesperowani spółdzielcy postanowili nie czekać na kolejne wyroki Trybunału Konstytucyjnego, które zapadają średnio po dwóch latach, a do tego czasu nowe przepisy wyrządzają niepowetowane szkody. Zdecydowali zainteresować swoimi problemami Unię Europejską. Wystosowali do Komisji Europejskiej apel o zainicjowanie działań na rzecz nadania Międzynarodowym Zasadom Spółdzielczym mocy prawnej równej prawu UE, zarówno w Traktatach UE, jak i w aktach prawa pochodnego z mocą bezpośrednio skuteczną w każdym z krajów członkowskich. „Tylko w ten sposób można – w naszej ocenie – przeciwdziałać działaniom zmierzającym do likwidacji spółdzielczości w Polsce oraz w innych krajach Europy” – stwierdzono. Bo choć w innych krajach europejskich nie ma takich zakusów na spółdzielczość jak w Polsce, też dokonuje się tam przeglądu legislacji, więc nie wiadomo, co się może zdarzyć. Pod apelem podpisało się 140 tys. osób. Na konferencji nie było polityków – choć zostali zaproszeni, nie było też ogólnopolskich mediów, próżno więc szukać relacji z tego spotkania. Mam jednak nadzieję, że nie pozostanie ono bez echa. Ruch działkowy, który podobnie jak spółdzielnie (zresztą to też swego rodzaju spółdzielczość)
był solą w oku polityków, w końcu się obronił przed pomysłami uwłaszczeniowymi przedkładając własną ustawę. Spółdzielcy liczą na to, że pomoże im Unia. Warto, aby nasi kandydaci do Parlamentu Europejskiego mieli na uwadze te oczekiwania.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 8 maja 2014

MIESZKANIEC: Góra urodziała mysz

W Senacie zajmowaliśmy się ostatnio ustawą o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych. Było co czytać, bo ustawa wraz z uzasadnieniem liczy 560 stron, a do tego jest rozporządzenie – 260 stron. Chodzi o częściowe lub całkowite zniesienie ograniczeń stawianych przed osobami chcącymi wykonywać daną profesję. W Polsce objętych jest nimi ponad 300 zawodów, co nie wygląda dobrze na tle innych krajów europejskich. Wymagania dotyczą posiadania określonego wykształcenia, ukończenia kursu, zdania egzaminu, odbycia praktyki, stażu itd. Z ideą ich uproszczenia wystąpił swego czasu Jarosław Gowin robiąc wokół tego dużo szumu. Obiecał, że dzięki temu przybędzie 150 tys. nowych miejsc pracy – skąd wziął te liczby, nie wiadomo – i jako minister sprawiedliwości tak się w tę sprawę zaangażował, że na nic innego nie starczyło mu czasu.
Jego następca uznał deregulację zawodów także za swój priorytet i w rezultacie pojawiły się dwie ustawy (a ma być jeszcze trzecia). W pierwszej, przyjętej rok temu, ułatwiono dostęp m.in. do niektórych zawodów prawniczych, a także np. taksówkarza, trenera sportu, pracownika ochrony, przewodnika turystycznego. Druga, o której tu piszę, dotyczy głównie zawodów technicznych (architekci, urbaniści, inżynierowie rozmaitych specjalności) oraz związanych z finansami
(m.in. doradztwo podatkowe, prowadzenie księgowości). Zgadzam się, że różnego rodzaju bariery biurokratyczne wymagają okresowego przeglądu i eliminowania tych, które niczemu nie służą.
Mierzi mnie jednak obudowa polityczna, nadanie tym ustawom aż tak wielkiego zadęcia. 150 tys. nowych miejsc pracy w wyniku ich wprowadzenia to absurd! Miejsca pracy powstają wtedy, kiedy w sytuacji braku pracowników w określonych zawodach usunięte zostają biurokratyczne bariery hamujące dopływ do tych zawodów. Tymczasem obie ustawy w niewielu przypadkach odnoszą się do takich sytuacji. Jednym z nielicznych jest zliberalizowanie dostępu do zawodu adwokata, dzięki czemu adwokatów mamy nieco więcej. Dam taki przykład. Kiedyś zdający egzamin na prawo jazdy musieli dokładnie znać budowę silnika, opisać ją itd., ale czy kierowców było przez to mniej? Nie. Mimo że nie widzieli w tym sensu, wszyscy się tego uczyli, a uproszczenie egzaminów nie spowodowało nagle zwiększenia liczby kierowców w Polsce i nie stworzyło im nowych miejsc pracy. Analogicznie, zwolnienie inżynierów budowy mostów, którzy do tej pory zdawali cztery egzaminy, z jednego z nich, nie spowoduje przyrostu miejsc pracy. Nie powstaną też one dla taksówkarzy, którzy będą próbowali szczęścia w tym zawodzie skuszeni brakiem egzaminu z topografii miasta, bo przecież taksówek nie brakuje. A jak pojawią się nowe, to część zostanie wyparta z rynku i wróci obecna równowaga. Nie może też być tak, że otwierając zawody premiuje się nieuctwo. Np. teraz każdy może być przewodnikiem turystycznym, byle umiał czytać i pisać. Wcześniej obowiązywał egzamin. A więc prawdopodobnie znajdzie się jakaś liczba ludzi, którzy nie mając nic do roboty zajmą się oprowadzaniem wycieczek. W ten sposób wzrośnie liczba przewodników, ale kosztem jakości ich usług. Likwidacja certyfikatu księgowego także sprawi, że praktycznie każdy będzie mógł wykonywać ten zawód. Nie bardzo jednak wyobrażam sobie, by ktokolwiek zatrudnił księgowego, który nie ukończył odpowiednich kursów. Taki pracodawca byłby lekko szalony. Wykwalifikowanych księgowych nie brakuje. Nie sądzę więc, by i tu przybyło miejsc pracy.
Reasumując, doceniam ogromny nakład pracy urzędników resortu sprawiedliwości, ale efekty z tego będą mizerne. „Góra urodziła mysz”, a polityka znowu zaciążyła nad ekonomią.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 24 kwietnia 2014

ECHO TARGÓWKA: Ludzie "Prawego brzegu": Katarzyna Spoczyńska-Król

Bycie senatorem daje mi okazję do poznawania wspaniałych ludzi, znanych często tylko we własnym, wąskim środowisku, a zasługujących ze wszech miar na to, by poznano ich szerzej. Jedną z takich osób jest Katarzyna Spoczyńska-Król, od 20 lat nauczycielka polskiego w Szkole Podstawowej nr 42 na Targówku, która - niczym bohaterka "Siłaczki" Stefana Żeromskiego - traktuje swój zawód jak posłannictwo i na miarę swoich możliwości stara się "naprawiać świat".
 Warszawianka ze Śródmieścia, ponad 35 lat temu trafiła na Targówek i jak mówi, wtopiła się w krajobraz. Jest wierna przekonaniu, że w szkole nie musi być nudno, a lekcje to nie wszystko. Uważa też, że wiedzę można zdobywać na różne sposoby, a poza tym szkoła powinna także uczyć wrażliwości i stylu życia.
Dzięki Katarzynie Spoczyńskiej w budynku podstawówki przy ul. Balkonowej stale się coś dzieje i to do późnych godzin wieczornych. Tradycją stały się już organizowane przez nią konkursy szkolne i międzyszkolne - niektóre o zasięgu ogólnopolskim oraz koncerty charytatywne. Szkoła bierze też udział w projektach UNICEF-u (czyli ONZ-owskiego Funduszu Pomocy Dzieciom) i współpracuje z Odziałem Bródnowskim Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, któremu pani Spoczyńska współprzewodniczy.
Szczególnie bliski jej sercu jest konkurs wiedzy o Targówku pod hasłem "Nie taki Targówek straszny, jak go malują". - Ktoś mnie kiedyś zirytował, że tu się nic dobrego nie dzieje - wyjaśnia genezę tej inicjatywy. Dużą popularnością cieszy się ogólnopolski konkurs wokalno- recytatorski poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (patrona szkoły). Uczestniczą w nim nie tylko szkoły podstawowe, ale także gimnazjalne i ponadgimnazjalne. W ostatnim, V konkursie, pierwsze miejsce zajęli wokaliści. Widać, że "Gałczyński żyje".
Od 7 lat odbywają się ogólnopolskie konkursy tematyczne wierszy i piosenek w językach obcych. Zaczęło się od akcji "Wiem co jem" i języka angielskiego. Potem było o rodzinie, o bezpiecznym spędzaniu wolnego czasu. Dzieci przechodzą w pomysłach same siebie. Zdarzają się nawet krótkie formy teatralne a do wyboru jest już sześć języków.
W styczniu rozstrzygnięto VI Mazowiecki Konkurs Wiedzy o Prawach Dziecka "Niech się wreszcie każdy dowie..." dla szkół podstawowych, nad którym sprawowałem honorowy patronat. Najnowszy to konkurs historyczno-literacki pod hasłem "II wojna światowa i Powstanie Warszawskie w historii mojej rodziny". Dzieci i młodzież spisują wspomnienia swoich dziadków, których potem zapraszamy na podsumowanie. Są to bardzo wzruszające spotkania. W zeszłym roku starsza pani podeszła do mnie z wnuczkiem i dziękowała, że ktoś chce ich jeszcze słuchać. Pewien dziadek całą noc nie spał z przejęcia. A jedno z dzieci zwierzyło mi się: myślałam, że moja ciocia jest nieciekawa... Powstają piękne prace, bogato ilustrowane. Planujemy razem z Oddziałem Bródnowskim Towarzystwa Przyjaciół Warszawy opublikować część z nich.
Bardzo ceni też sobie pani Katarzyna współpracę z UNICEF-em. W lutym odbył się VI Szkolny Konkurs Charytatywny związany z projektem tej organizacji pn. "Gwiazdka dla Afryki". Występowali uczniowie, absolwenci, nauczyciele i rodzice. Urządzony został "Kiermasz rozmaitości", na którym zbierano fundusze dla dzieci w Sierra Leone. Wcześniej uczniowie obejrzeli materiały edukacyjne z UNICEF-u. Wszyscy płakali i pytali, co mogą zrobić. W poprzednich latach były zbiórki dla Filipin, Czadu, Kongo, Haiti.
Opowieść o pani Spoczyńskiej mógłbym snuć jeszcze długo. Działać społecznie chciała zawsze, ale nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Potrzebni są sprzymierzeńcy i dobra atmosfera. Teraz to ma, czuje się doceniana, może liczyć na pomoc dyrekcji i innych nauczycieli. Jest bardzo skromna i wiem, co powie przy najbliższym spotkaniu: "Po co to wszystko, przecież nie robię nic nadzwyczajnego...". Ale ja przecież mogę mieć inne zdanie, prawda? 

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl

czwartek, 3 kwietnia 2014

MIESZKANIEC: Słowacy na Sakiej Kępie

Jak „Mieszkaniec” poinformował Czytelników w poprzednim numerze, 12 marca został rozstrzygnięty Półfinał Konkursu Wiedzy o Pradze-Południe dla młodzieży z gimnazjów i liceów dzielnicy. Jako jego inicjator i organizator – do spółki z burmistrzem Tomaszem Kucharskim i urzędem dzielnicy – chciałbym uzupełnić podane przez redakcję wyniki oraz podzielić się garścią refleksji na temat przebiegu konkursu i przygotowania uczestników. Warto podkreślić, że w eliminacjach rozegranych na przełomie stycznia i lutego wzięło udział blisko pół tysiąca uczniów. O wejście do finału walczyły 24 trzyosobowe drużyny, w tym 10 gimnazjalnych, 8 licealnych, 5 reprezentujących technika i jedna mieszana, z zespołu szkół. Trzeba było odpowiedzieć pisemnie na 30 pytań, przy czym trzej członkowie drużyn nie mogli się ze sobą konsultować. O wyniku szkoły decydowała suma punktów, uzyskanych przez całą trójkę. Generalnie gimnazja wypadły lepiej niż szkoły średnie zwyciężając zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Najlepiej poradziła sobie Gabrysia Lassota z Gimnazjum nr 25 z ul. Zwycięzców 44, uzyskując 35 punktów (na 41 możliwych). Dobrze spisały się również jej koleżanki z drużyny i gimnazjum to przeszło do finału z najlepszym wynikiem. Drugie miejsce, z 32 pkt zajęła Marta Drabek z Gimnazjum nr 18 z Angorskiej 2 (także znalazło się w finale). Trzecie, z 30 pkt, Anna Majszak ze wspomnianego zwycięskiego gimnazjum nr 25, ex quo z Krystianem Majewskim z XIX LO ze Zbaraskiej 1, które to liceum wygrało w klasyfikacji szkół średnich. Test nie był łatwy i wymagał przeczytania paru książek i przewodników. O dobrym przygotowaniu zwycięzców świadczy fakt, że w teście, poza konkursem, wziął również udział burmistrz Pragi-Południe, Tomasz Kucharski (brawa za odwagę!). Zdobył 24 punkty i w klasyfikacji indywidualnej znalazłby się na 11 miejscu. Było sporo emocji, stresu, ale i zabawnych momentów. W niektórych przypadkach trzeba było wybrać prawidłową odpowiedź, w innych – podać własną. Najwięcej kłopotów przysporzyły pytania o nazwiska. Np. architekta – projektanta Rogatek Grochowskich (Jakub Kubicki), albo poległego w Powstaniu Warszawskim wiceprezesa towarzystwa Przyjaciół Grochowa, którego imieniem nazwano jeden z parków praskich
(Józef Poliński). Mało kto wiedział, że znana pisarka Pola Gojawiczyńska (autorka słynnych „Dziewcząt z Nowolipek”) około 1916 r. uczyła dzieci w szkole, mieszczącej się w Dworku Grochowskim. Niektórzy uczniowie wykazali się swoistym poczuciem humoru, pomysłowością
i bujną wyobraźnią. Na pytanie, z czyjej inicjatywy ustawiono Pomnik Budowy Szosy Brzeskiej (inicjatorem był Stanisław Staszic) ktoś odpowiedział, że burmistrza Pragi-Południe. Cóż, pan burmistrz mógłby poczuć się dumny, że tak docenia się jego rolę. Tyle, że pomnik został odsłonięty w 1818 roku. Na pytanie, jakiej narodowości byli pierwsi osadnicy na Saskiej Kępie większość odpowiedziała prawidłowo: Holendrzy (można też było napisać: Flamandowie, Fryzowie), ale byli tacy, co wskazali na Niemców, Francuzów (tu przynajmniej kierunek się mniej więcej zgadzał), a także Rosjan, Białorusinów i uwaga: Słowaków. A ktoś napisał po prostu: niepolskiej. Na pytanie, ilu zginęło członków załogi brytyjskiego samolotu „Liberator”, który Niemcy zestrzelili nad Parkiem Skaryszewskim podczas Powstania Warszawskiego (niósł pomoc powstańcom), padła m.in. odpowiedź, że wszyscy (nieprawda, jeden ocalał), a także –300. Prawidłowa odpowiedź to sześciu, ale młodzież wie, że Boeing zabiera na pokład 300 pasażerów, a gdy samolot się rozbija, na ogół wszyscy giną. O tym, że kiedyś latały inne samoloty, „w nerwach” widocznie zapomnieli. Ogólnie rzecz biorąc myślę jednak, że dzięki temu konkursowi młodzież poznała spory kawałek historii naszej dzielnicy. Finał w połowie kwietnia. Zapraszamy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl