czwartek, 12 lutego 2015

MIESZKANIEC: Istnieją jeszcze zasady i honor

Tydzień temu wróciłem z ważnego posiedzenia Rady Europy, na którym dyskutowano, czy przywrócić delegacji Rosji pełne prawa uczestnika Zgromadzenia Parlamentarnego. Przypomnę, że w kwietniu 2014 r., po bezprawnej aneksji Krymu przez Rosję, oburzona Rada Europy postanowiła, że do końca2014 r. delegacja rosyjska nie będzie miała prawa do głosowania nad rezolucjami Rady (będzie natomiast mogła zabierać głos w czasiedebat, aby przedstawiać swoje stanowisko), będzie zawieszona w prawach członka Prezydium Rady i nie będzie mogła uczestniczyć w misjach zagranicznych Rady. Rosjanie obrazili się i wyjechali.Rok 2014 się skończył i trzeba było ponownie rozpatrzyć tę kwestię.Rosyjscy delegaci wzięli aktywny udział w tej debacie, ale poziom ich argumentacji przypominał jako żywo czasy późnego Breżniewa i nie wskazywał na chęć prowadzenia uczciwego dialogu. Przykład? Proszę bardzo. Mr Puszkow: „Na Ukrainie nie ma rosyjskich żołnierzy, pokażcie mi jeden dowód”. Mr Szlegel: ”Wydarzenia na Majdanie to wynik wielkiego, międzynarodowego spisku USA i Unii Europejskiej.”Mrs Goriaczewa: „Na lotnisku w Doniecku znaleziono ciało ubranew natowski mundur(!)”. Mr Ziuganow: „Największym zagrożeniem dla Europy jest amerykański imperializm i naziści na Ukrainie”. To nie są ofiary putinowskiej propagandy, to są jej wyznawcy i twórcy. Na te brednie odpowiadało wielu mówców z różnych krajów, zabrałem głosi ja i powiedziałem, co następuje: „Rezolucja z 16 kwietnia 2014 r.,
ograniczająca po raz pierwszy pełnomocnictwa delegacji rosyjskiej stwierdzała: „ Zgromadzenie zastrzega sobie prawo do anulowania pełnomocnictw rosyjskiej delegacji, jeśli Federacja Rosyjska nie doprowadzi do deeskalacji sytuacji i nie zrezygnuje z aneksji Krymu”. Dziś jest gorzej, niż było. Krym jest nadal okupowany przez Rosję, a zamiast deeskalacji postępuje i rozszerza się przemoc. Natychmiast po zagarnięciu Krymu, Rosja przystąpiła do wspierania separatystów na wschodzie Ukrainy, dostarczając im broń i wysyłając żołnierzy. Separatyści i przebrani rosyjscy żołnierze permanentnie naruszają porozumienie z Mińska i atakują nie tylko ukraińską armię, ale także cywilów, ostatnio w Mariupolu. W Rosji szaleje szowinistyczna i kłamliwa propaganda. Demokratycznie wybrany rząd ukraiński określany jest jako „junta”, a system polityczny – jako „faszystowski”. Wszystkie te fakty świadczą, że Rosja nie zaakceptowała faktu, że Ukraina wybrała własną drogę – drogę do Europy. W kwietniu zeszłego roku delegaci rosyjscy zapewniali nas, że tak zwane „zielone ludziki” na Krymie nie miały nic wspólnego z rosyjską armią, a broń kupili sobie w sklepach. Po trzech miesiącach Prezydent Putin przyznał się do kłamstwa w tej sprawie. Dziś ci sami
delegaci próbują przekonać nas, że w Donbasie nie ma ani rosyjskiej broni, ani rosyjskich żołnierzy. Szanowni rosyjscy koledzy, proszę, nie obrażajcie naszej inteligencji! Konkludując: restrykcje, nałożone w kwietniu, powinny być podtrzymane, powinniśmy wysłać jasny sygnał: Rada Europy oczekuje, że Federacja Rosyjska zapewni przestrzeganie zawieszenia broni, rozpocznie wycofywanie żołnierzy i ciężkiego sprzętu wojskowego z Donbasu oraz umożliwi sprawowanie efektywnej kontroli granic przez władze ukraińskie. Jedynie takie kroki mogą stworzyć warunki do zniesienia lub ograniczenia sankcji. Rosyjska delegacja grozi wycofaniem Rosji z Rady Europy. Gdyby tak się stało, będziemy nad tym ubolewać, ale wolne, demokratyczne kraje bronią swoich zasad i wartości i nie mogą ulegać szantażowi. Musimy powiedzieć głośno i zdecydowanie: Rada Europy nigdy nie zaakceptuje agresji! Rosja – jeśli chce być pełnoprawnym członkiem Rady – jest obowiązana te zasady i wartości przestrzegać.” Sankcje zostały utrzymane dużą większością głosów. Rada Europy(47 krajów) nie ma wojska ani nie może nałożyć sankcji ekonomicznych. Ma tylko swoje zasady i ma honor. Właśnie pokazała, że istnieją one nie tylko na papierze.

 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 29 stycznia 2015

MIESZKANIEC: Tak się fajnie dobraliśmy

W natłoku złych wiadomości, którymi bombardują nas media, przyjemnie usłyszeć, że gdzieś coś się udaje, ludzie się ze sobą dogadują i robią razem coś pożytecznego.
Miło mi poinformować, że zdarzyło się to na Pradze Północ. Półtora roku temu kilkanaście tutejszych organizacji pozarządowych i instytucji społecznych zajmujących się dziećmi i młodzieżą postanowiło połączyć siły i stworzyć wspólnyprojekt – lokalny system wsparcia oraz wejść z nim do szkół. Początki Konsorcjum BAZA (Baza Akcji Zintegrowanej Animacji), bo taką nazwę przyjęli, były trudne. Wcześniej bezpardonowo rywalizowali o pieniądze z budżetu miasta robiąc podobne albo te same rzeczy, trochę więc trwało zanim przełamali wzajemną niechęć i nieufność. Niełatwo było też przekonać do współpracy nauczycieli i dyrektorów szkół. Ci ostatni podchodzili do nich, co dziś sami przyznają, jak pies do jeża. W końcu, pierwszy raz w historii, zaczęli realizować coś wspólnie nie na papierze i nie od przypadku do przypadku, ale faktycznie, w sposób planowy i skoordynowany. Dzięki temu nie dublują się, lecz uzupełniają, wsparcie jest bardziej skuteczne i korzysta z różnych jego form ̶ za te same pieniądze ̶ dwa razy więcej dzieci i młodzieży niż dawniej.
W sumie ponad 900 młodych ludzi w wieku od 7 do 18 lat. BAZA działa na ulicy, w szkołach, w placówkach wsparcia dziennego, w klubach młodzieżowych. Jednym z głównych celów jest wyrównywanie szans edukacyjnych uczniów, nacisk został więc położony na odrabianie lekcji, w czym pomagają przeszkoleni wolontariusze oraz na korepetycje, indywidualne lub grupowe, które mają charakter ogólny, albo specjalistyczny, z wybranego przedmiotu. W szkołach uczestniczących w projekcie odbywają się różnego rodzaju warsztaty wspierające uczenie się, są dni poświęcone kulturze, interaktywne spektakle teatru edukacyjnego. Wreszcie coś, do czego przywiązuje się szczególna wagę – raz na miesiąc odbywają się spotkania interdyscyplinarne mające na celu stworzenie programu rozwoju indywidualnego poszczególnych uczniów. Drugim obszarem działania BAZY jest zagospodarowywanie czasu wolnego. Można uczyć się tańca, gry na instrumentach, gotowania, nakręcić film albo teledysk, spróbować sił na scenie teatralnej, iść z opiekunem do kina, parku, na basen, kręgle, pizzę, pojechać na wycieczkę, rajd rowerowy, wziąć udział w ozdabianiu miejsca swego zamieszkania – podwórka, klatki schodowej, albo zajęciach sportowych. Po jakimś czasie, gdy o BAZ-ie było już nieco wiadomo, zaczęły się do niej zgłaszać organizacje, instytucje i prywatne osoby z ofertą współpracy i pomocy w tych przedsięwzięciach. Niektóre nawiązane w ten sposób kontakty są trochę zaskakujące. Np. podopieczni Armii Zbawienia współpracują z klubem bokserskim Fenix. Zaczęło się od zaproszenia dzieci na zajęcia próbne. Pojechali 15-osobową grupą, dziś regularnie przychodzą, a niektórzy niedługo wystartują w zawodach. BAZA ma też ofertę dla rodziców, którzy nie radzą sobie z wychowaniem swoich dzieci. Czy jest w tej beczce miodu łyżka dziegciu? Niestety, jest. Otóż projekt BAZA formalnie już się zakończył, a półtora roku to za mało, by coś w widoczny sposób na trwale zmienić, zwłaszcza w dziedzinie edukacji i wychowania. Potrzebna jest dalsza praca, z perspektywą co najmniej do 2020 r. Tymczasem nie jest jasne, czy i w jakim zakresie projekt będzie kontynuowany, nie wiadomo, czy Urząd Miasta, który był jego promotorem, będzie go nadal współfi nansował i czy nowe władze dzielnicy będą nim zainteresowane. Przedstawiciele organizacji zrzeszonych w Bazie zapewniają, że nie będą czekali na pieniądze z Ratusza, żeby dalej współpracować („Tak się fajnie dobraliśmy…”) i robić swoje. To, jaka będzie skala i efektywność tego działania zależy jednak w dużej mierze od pieniędzy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 15 stycznia 2015

MIESZKANIEC: Pogrzeb, a znajdziesz pieniądze

Właśnie przetoczyła się przez Senat debata budżetowa i po raz kolejny opozycja (nie mówię jaka, bo od lat 25-ciu każda opozycja mówi to samo) zarzuciła rządowi, że bezlitośnie obcina niezbędne wydatki na ważne cele społeczne. Rząd rutynowo zapytał: „A skąd wziąć? Czy opozycja zgadza
się na podwyżkę podatków?” Na to opozycja również rutynowo odpowiedziała: „Wystarczy znieść ulgi i preferencje podatkowe i zaraz na wszystko starczy”. Postanowiłem wreszcie sprawdzić, co to za ulgi i konkretnie wskazać opozycji, gdzie ma szukać pieniędzy. Nie było łatwo dobrać się do materiałów Ministerstwa Finansów, ale że mam tu pewne doświadczenie, więc znalazłem, co trzeba.
Wszystkie ulgi w 2013r. wyniosły 74 mld zł. Uff – kupa forsy! Nic tylko ciąć i odzyskane pieniądze wydawać! Na pierwszy ogień poszedł VAT. Podstawowa stawka wynosi 23%, a tu proszę: producenci żywności, leków, książek, mieszkań, sprzedawcy węgla dla ludności, szewcy, krawcy, fryzjerzy itp. Płacą tylko 5,7 albo 8%. Budżet traci na tym aż 44 mld zł! Pobiegłem z tym do znajomego działacza opozycji i triumfalnie powiedziałem: „Zażądajcie, aby wszyscy producenci płacili 23%. Będzie sprawiedliwie i 44 mld do rozdysponowania!”. Ten spojrzał na mnie z politowaniem: „Czyś pan na głowę upadł? Przecież to spowodowałoby kilkunastoprocentowy wzrost cen podstawowych towarów
i usług! Ludzie by nas na strzępy roznieśli”. Nie, to nie. A może znajdę coś w ulgach w podatku PIT? Było nie było, to aż 19 mld zł. Niestety, tu znowu kłopot. Działacz opozycji w żadnym razie nie chciał likwidować ulg podatkowych na dzieci (8 mld zł), ani wspólnych rozliczeń małżonków (3 mld). „Przecież rodzina to podstawa Rzeczypospolitej!” – spojrzał na mnie zdziwiony i podejrzliwie
zapytał: „A pan to przypadkiem nie gej?” Spłoszyłem się, ale nie dawałem za wygraną. Zapytałem, czy może chciałby opodatkować pomoc finansową, wypłacaną niepełnosprawnym, biednym i kombatantom (budżet zyskałby na tym całe 2,5 mld zł!)? Wyraźnie się wystraszył. „Pan to mówi serio?” „Oczywiście nie” – powiedziałem – „ale ja przecież tylko chcę zrealizować pański postulat”. Nagle wydało mi się, że coś znalazłem. Oto unijne dopłaty dla rolników są zwolnione z podatku dochodowego. Opodatkujmy i budżet zyska 1,7 mld zł! „To nie ma sensu” – znowu skrzywił się mój polityk – „PSL się nie zgodzi”. Zapytałem, co opozycję obchodzi PSL. Działacz spojrzał na mnie
z politowaniem: „Niby pan taki doświadczony polityk, a nie rozumie. PSL będzie rządził zawsze, dziś z nimi, jutro z nami. Po co więc mamy żądać czegoś, czego i tak nie zrealizujemy po wygranych wyborach?” Spasowałem i zadumałem się nad swoją tępotą. Dalsza dyskusja potoczyła się tak samo. Ewentualne wycofanie preferencji uderzało a to w studentów, a to w drobnych przedsiębiorców albo w miejsca pracy – więc wszystkie te pomysły przedstawiciel opozycji stanowczo odrzucał.
W końcu znudzony poszedł sobie, a następnego dnia zobaczyłem go w TV, gdy z przekonaniem grzmiał, że rząd marnotrawi pieniądze na ulgi i preferencje i nie ma odwagi ich wycofać. Nie wytrzymałem, zadzwoniłem i zapytałem, gdzie u licha znalazł ulgi, które gotów byłby
zlikwidować – przecież wszystkie propozycje odrzucał! „Usługi pogrzebowe, proszę pana. Są obłożone VAT-em 7%-owym. Gdy dojdziemy do władzy podniesiemy ten VAT do 23%. Cena wzrośnie, ale proszę pana, dopóki ktoś żyje, to się tym nie przejmuje, a jak umrze, to
już nie może głosować. Trzeba tylko pogrzebać, a pieniądze się znajdą!” Zasmuciłem się – przecież sam mogłem na to wpaść. Muszę jeszcze nad sobą sporo popracować, jeśli chcę zostać prawdziwym i godnym tego miana przedstawicielem opozycji.


 Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl


czwartek, 18 grudnia 2014

MIESZKANIEC: Powyborcze refleksje

Pomijając brednie o sfałszowaniu wyborów, rozsiewane dla czysto politycznych i partyjnych interesów, faktem jest, że wpadka PKW ujawniła szereg słabości w ordynacji wyborczej. Warto więc zastanowić się, co zrobić, żeby było lepiej. Są różne postulaty. Politykom nie zawsze przyświecają szlachetne intencje, z zainteresowaniem więc wziąłem udział w debacie, którą zorganizowała
na ten temat Fundacja Batorego z udziałem socjologów, politologów i osób pracujących w komisjach wyborczych. W trakcie kilkugodzinnego spotkania wskazywano na wiele drobnych, ale uciążliwych
i powtarzających się od lat zaniedbań, które PKW i Krajowe Biuro Wyborcze lekceważyły uznając, że są bez znaczenia. Wzrost z 12% do 18% odsetka głosów nieważnych w wyborach do sejmików wojewódzkich daje do myślenia. Ale to ci sami posłowie, którzy szermują oskarżeniami o fałszerstwo, skreślili przepis nakazujący komisjom wyborczym opisywanie przyczyn nieważności głosu. Nie wiemy więc, czy były one puste, czy błędnie oddane. Postulat, by ten przepis przywrócić
wydaje się oczywisty. Ponadto o ważności głosu powinno przesądzać nie tylko postawienie iksa lub zamalowanie kratki, ale także postawienie tzw. ptaszka. (Dziś taki głos jest nieważny). Do sądów wpłynęło 1800 protestów. Większość jest uzasadniana tym, że „jedna pani powiedziała”, ale są też faktyczne nieprawidłowości dostrzeżone przez mężów zaufania oraz samych wyborców. Spodobała mi się propozycja, by w trakcie wyborów uruchamiany był adres mailowy, pod który można byłoby zgłaszać uwagi, np. o poniewierających się kartach do głosowania itp., do osoby odpowiedzialnej za usuwanie na bieżąco różnych uchybień. Uważam też, że mężów zaufania powinny zgłaszać nie
tylko partie polityczne, ale także niezależne organizacje pozarządowe. Nie wiem natomiast, po co urny miałyby być przezroczyste. Efekt psychologiczny? – wątpliwe. Ale jeśli tak, to karty do głosowania musiałyby być w kopertach, bo wybory są tajne, a tym samym liczenie głosów
trwałoby dłużej. Nie wiem też, co miałoby dać zainstalowanie kamer. Byłyby one nieruchome, więc rejestrowałyby obraz tylko z części lokalu wyborczego. Poza tym ze względu na wymóg tajności nie mogłyby być włączone w trakcie wyborów. No i kto, i jak oglądałby zapis z 80 tys. tych urządzeń?
„Książeczki”, które rzekomo zmyliły wyborców (nikt tego nie zbadał), pojawiły się, o czym posłowie zapomnieli, na ich życzenie. Uchwalili bowiem, że niewidomi mają samodzielnie wypełniać karty,
do czego potrzebne są specjalne nakładki, których nie da się nałożyć na duże płachty do głosowania. Zamiast więc likwidować książeczki należy lepiej edukować wyborców. Osobnym problemem jest informatyzacja wyborów, ale z polską informatyką generalnie dzieje się coś złego. Uczniowie i studenci wygrywają międzynarodowe konkursy, a krajowe projekty (informatyzacja ZUS, służby zdrowia, administracji itd.), kończą się klapą. Tymczasem państwo bez sprawnego systemu informatycznego przestaje funkcjonować. Warto się też zainteresować metodologią badań exit polls. Sondaże rozminęły się w przypadku PSL i PiS z wynikami wyborów. Nie wiadomo jednak, czy próba, na jakiej stosunkowo mało znana firma IPSOS te badania przeprowadziła, była wystarczająco reprezentatywna jeśli chodzi o mieszkańców wsi, małych i dużych miast. Szef IPSOS-u, pytany o metodologię na konferencji prasowej, zasłaniał się tajemnicą zawodową. Nie może być tak, że największe stacje telewizyjne wynajmują dowolną firmę dlatego, że jest tania, ta wysyła ankieterów pod lokale wyborcze wytypowane nie wiadomo według jakiego klucza, ogłasza jakieś wyniki, a potem robi się z tego awantura polityczna. Ta kwestia jest więc także do uregulowania. Zatem jest co robić, a czasu pozostało niewiele. Zgodnie z wyrokiem TK, na sześć miesięcy przed wyborami ordynacji nie można nowelizować. Dobrze byłoby, żeby parlamentarzyści zaprzestali awantur i oskarżeń, a zabrali się do roboty i przygotowali sensowny projekt zmian.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 4 grudnia 2014

MIESZKANIEC: Politycy oblali kolejny egzamin

To, co się stało z wyborami, nie przysparza nam chwały. Z różnych powodów. Dopiero po 6 dniach poznaliśmy pełne wyniki, co zdarza się, ale w krajach zacofanych technologicznie, rozległych terytorialnie, o dużym zaludnieniu. Padły ciężkie słowa o fałszerstwie wyborczym, przy czym warto zauważyć, iż niektórzy politycy z PiS, SLD i radykalnych ugrupowań wypowiadali je, zanim
jakiekolwiek wyniki ogłoszono, co tylko świadczy o ich wyjątkowo złej woli. Na PKW, w której zasiadają zasłużeni sędziowie, o wysokim autorytecie prawnym i moralnym, wylano kubły pomyj, choć to nie oni a Krajowe Biuro Wyborcze, zupełnie inna instytucja, zajmuje się i odpowiada za funkcjonowanie systemu informatycznego oraz organizację wyborów. PKW, której zadaniem jest
gwarantowanie uczciwości procedur, zawiniła z kolei tym, że zbyt długo zwlekała z decyzją o ręcznym liczeniu głosów. Można więc powiedzieć, że obie te instytucje – choć w różnym stopniu – nie zdały po części egzaminu. W daleko gorszym stylu, i to po raz kolejny nie zdali go jednak politycy, którzy przedkładając partyjne interesy nad rację stanu podjudzają społeczeństwo.
Gdyby zapytać na ulicy przechodniów, jaka jest główna cecha ustroju demokratycznego, większość zapewne odpowie, że wolne, uczciwe wybory. Zatem zakwestionowanie ich uczciwości bez twardych dowodów (mężowie zaufania nabrali wody w usta?) uderza w podstawy państwa i we wszystkich obywateli, w tym także polityków, którzy takie tezy głoszą, bo przecież wszyscy jesteśmy częścią demokracji. Kto i w jaki sposób miałby fałszować wybory – i to w 16-stu województwach naraz?!
Zamiast rzucać bezpodstawne oskarżenia trzeba wyjaśnić wątpliwości i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jeśli chodzi o awarię systemu informatycznego, wiadomo, że został zbyt późno wdrożony, opracowała go niezbyt doświadczona firma, a testy były niedostateczne. Od jego
poprawienia są specjaliści. Druga sprawa to wyjątkowo duża liczba głosów nieważnych w wyborach
do sejmików wojewódzkich. 4 i 8 lat temu było ich ok. 12% – też dużo, ale teraz aż 18%. Niech jednak każdy z Czytelników odpowie sobie na pytanie, ilu znał kandydatów do sejmiku Mazowsza. Ja w swoim obwodzie nie znałem nikogo na żadnej z list, chociaż jestem politykiem. Wyobrażam więc sobie, że wyborcy, którym nazwiska kandydatów nic nie mówiły, nie mając swoich preferencji partyjnych po prostu oddali czyste karty. W poprzednich wyborach wśród 12% głosów nieważnych
czystych kart było 3/4. Jak było teraz, nie możemy się dowiedzieć, ponieważ posłowie zlikwidowali przepis nakazujący komisjom rozdzielanie głosów nieważnych na puste i błędnie oddane. Uważam, że należy go przywrócić – zresztą on nadal obowiązuje w wyborach na wójtów, burmistrzów, prezydentów i rady gmin – ponieważ to istotne, czy ludzie świadomie nie głosują, bo nie znają kandydatów, albo żaden im nie odpowiada, czy też stawiają błędnie krzyżyki – przy kilku komitetach. Mówi się, że PSL skorzystało z faktu, że miało listę z numerem „1”. Uważam, że parę procent zyskało, ale np. 4 lata temu to SLD skorzystał na jedynce uzyskując 15% głosów. (Rok później, w wyborach parlamentarnych tylko 8%). Może więc, zamiast snuć spiskowe teorie, zmienić
wygląd kart do głosowania? Może powinna być tytułowa strona, na której wymienione są wszystkie komitety? A może w różnych obwodach powinna być różna kolejność? W jednym PSL ma „1”, w drugim PiS itd. żeby było sprawiedliwiej?
Pomysły mogą być różne, nie mogą jednak – pod hasłami walki o demokrację – podważać jej fundamentów. Propozycja PiS, by w nowej PKW zasiadali przedstawiciele partii politycznych oznaczałaby przeobrażenie tej instytucji w kolejny polityczny ring, na którym reguły walki nie zawsze są czyste. To dopiero byłby cyrk! Niektórzy politycy, zanim coś powiedzą, powinni napić się zimnej wody i policzyć do stu.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 20 listopada 2014

MIESZKANIEC: Ludzka twarz Senatu

O Senacie w mediach jak zwykle cicho. Szkoda, bo coraz mocniej angażuje się on w obronę praw człowieka i obywatela, warto więc, by zainteresowani mieli tego świadomość. Owoce przynosi coraz ściślejsza współpraca z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ale nie brakuje też własnych inicjatyw
ustawodawczych. Wiele spraw – czasami wydawałoby się drobnych, ale dla ludzi, których dotyczą, ważnych – jest w toku, poinformuję o nich, gdy projekty zostaną przyjęte i przesłane do Sejmu. Na razie o tym, co do tej pory udało się zrobić. Zaproponowaliśmy zmianę niektórych przepisów ustawy o rehabilitacji tak, by ułatwić osobom niepełnosprawnym, które osobiście wykonują działalność gospodarczą ubieganie się o refundację składek na ubezpieczenia społeczne. Obecnie nawet minimalne opóźnienie w ich opłaceniu uniemożliwia uzyskanie refundacji, co może doprowadzić nawet do bankructwa firmy. Chodzi też o umożliwienie umarzania, rozkładania na raty bądź odraczania zwrotu pomocy udzielonej w tej formie. Zaproponowaliśmy nowelizację Kodeksu karnego tak, by uniemożliwić właścicielom kamienic nękanie lokatorów w celu zmuszenia ich
do opuszczenia mieszkań. Obecnie zalewanie mieszkań, dewastowanie budynku, usuwanie drzwi i okien, odcinanie wody, ogrzewania i prądu, zamurowywanie wejścia itp. nie jest przestępstwem, bo nie dochodzi do przemocy bezpośredniej wobec osoby (lokatorzy mogą się bronić przed takimi praktykami tylko na drodze cywilnej). Senat wnosi, by przemoc pośrednia też podlegała karze.
Zaproponowaliśmy likwidację luki prawnej w ustawie o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy. Powodowała ona, że pracownicy polskiego przedsiębiorcy, którego upadłość ogłosił najpierw sąd zagraniczny (bo tam był zarząd), a potem powtórnie krajowy, nie mogli skorzystać z wypłaty świadczeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Wnieśliśmy projekt ustawy, która umożliwia rolnikom nieopodatkowaną i odformalizowaną produkcję i sprzedaż w niewielkim zakresie pieczywa, wędlin, dżemów, kompotów, serów itp. produktów. Wnieśliśmy projekt ustawy o petycjach. Prawo do nich uznaje się za jedno z najstarszych praw jednostki gwarantowanych w państwach demokratycznych. Jednak mimo, że zostało ono zapisane w naszej konstytucji, do niedawna było martwe, ponieważ nie określono procedur postępowania. Ustawa została w lipcu uchwalona i teraz władze publiczne nie mogą już petycji zignorować. Każda musi być rozpatrzona w określonym terminie, a obywatel, który ją złożył, musi zostać poinformowany, w jaki sposób została załatwiona. Zaproponowaliśmy zmianę ustawy o ochronie przyrody tak, by odpowiedzialność Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez niektóre
gatunki zwierząt nie była zależna od rodzaju majątku, w którym do nich doszło. Obecnie odpowiedzialność ta ogranicza się w przypadku szkód wyrządzonych przez bobry do gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, nie obejmując działek rekreacyjnych i domów nad rzekami
(Trybunał Konstytucyjny to zakwestionował), a np. w przypadku szkód wyrządzonych przez niedźwiedzie – do pasiek, zwierząt gospodarskich i upraw rolnych. Zaproponowaliśmy nowelizację ustawy o rencie socjalnej tak, by prawo do niej było uniezależnione od przebywania na terenie Polski. Wystarczy posiadanie w Polsce miejsca zamieszkania. Wnieśliśmy projekt ustawy o zmianie ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Chodzi o to, by dłużnik nie ponosił kosztów postępowania egzekucyjnego, które przeciw niemu nie powinno być prowadzone i zostało umorzone.
TK uznał obowiązujący przepis za niezgodny z zasadą przyzwoitej legislacji, co wydaje się oczywiste. To tylko niektóre z senackich projektów. Mam nadzieję, że Sejm nie będzie zwlekał z ich rozpatrzeniem i praca Izby Wyższej nie pójdzie na marne. Niestety, na razie większość utknęła w sejmowych komisjach.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

środa, 12 listopada 2014

MIESZKANIEC: Wybory – Wielogłowy na prezydenta!

Wybory za kilka dni. Na kogo tu zagłosować? Tego oczywiście nie powiem, bo choć mam swoje preferencje, nie wypada mi uprawiać propagandy wyborczej. Chętnie jednak (i lekko żartobliwie) podsumuję kampanię wyborczą (bez nazwisk, a używane przeze mnie w dalszej części słowo „kandydat” może oznaczać zarówno mężczyznę, jak i kobietę). Widać, że kandydaci na prezydenta Warszawy odrobili lekcje z PR i nieobca jest im sztuka uwodzenia wyborców. Jeden nawet obiecuje, że jak wygra, to na stanowisku prezydenta będzie się zachowywał jak na pierwszej randce – cokolwiek miałoby to znaczyć, drugi, że będzie słuchał warszawiaków jak cesarz Franciszek Józef – dwa razy w miesiącu od rana do wieczora będzie przyjmował interesantów. Wszyscy dużą wagę przywiązują do komunikacji. Jeden obiecuje, że będzie darmowa, licząc na to, że ściągnie w ten sposób do Warszawy podatników, którzy tu pracują i mieszkają, ale płacą podatki gdzie indziej
(sam też tak robi). Ale czy oni wszyscy na pewno jeżdżą tramwajami i autobusami? Drugi zapowiada, że będziemy jeździć komunikacją miejską częściej i szybciej, i chce wyznaczyć w tym celu buspasy wszędzie, gdzie się da, budować wielopoziomowe skrzyżowania, kolejkę naziemną na ul. Pułaskiej – szynową, chociaż gondolowa też nie jest nierealna. Na pytanie, jak ma się zmieścić ruch szynowy przy ulicy, gdzie jest kilka wiaduktów, odpowiada rozbrajająco, że nie jest inżynierem. „Rzucam pomysł, nie gotowe rozwiązanie”. Kiedyś mówiono: „Ja rzucam myśl, a wy go łapcie”. Trzeci chce wpuścić na buspasy także motocykle, skutery i samochody, które wożą trzech i więcej pasażerów, (jak to wyegzekwować, nie mówi) oraz zapowiada uproszczenie przebiegu linii tramwajowych. Miałyby jeździć tylko ze wschodu na zachód albo z północy na południe, bo podobno tak będzie taniej (i pewnie wreszcie byłby jakiś porządek!). Wszystko ma być tańsze niż teraz. Jest kandydat, który obiecuje warszawiakom złotówkę za godzinę parkowania (dziś 3 zł i są kłopoty ze znalezieniem wolnego miejsca) i wielopoziomowe parkingi. Jest taki, który zapowiada rozszerzenie Karty Warszawiaka na punkty usługowe, spożywcze i gastronomiczne prowadzone przez warszawiaków dla warszawiaków oraz wprowadzenie do obiegu złotego warszawskiego, w którym ceny – w lokalnych sklepach i firmach – byłyby niższe niż w złotych polskich. Jeszcze inny obiecuje bezpłatne miejsca w żłobkach i przedszkolach dla wszystkich dzieci. Ma nie być bezdomnych. Jeden kandydat obiecuje zbudować 5 tys. mieszkań komunalnych w 4 lata. Inny – pomoc osobom, które spłacają kredyt mieszkaniowy. Jeszcze inny – uwłaszczenie lokatorów mieszkań komunalnych
za 10% ich wartości. Ma nie być eksmisji na bruk. Wśród obietnic kandydatów jest też uwłaszczenie działkowców, legalizacja wszystkich altan działkowych, zamiana (uchwałą) wieczystego użytkowania na prawdziwą własność, likwidacja straży miejskiej i powołanie na jej miejsce straży obywatelskiej, wydłużenie czasu pracy urzędów (byłyby czynne w godz. 7-19), zmniejszenie liczby urzędników, budowanie metra szybciej i taniej niż dzieje się to obecnie, zlikwidowanie służbowych samochodów i przerzucenie się na rowery i komunikację miejską, wydzielenie stref wolnych od zakazu spożycia piwa, np. na Polu Mokotowskim, nad Wisłą. Wszyscy kandydaci obiecują, że będą się kierować opiniami mieszkańców, rozwiążą problem dekretu Bieruta. Ma być mniej podatków, a inwestycje drogowe nie będą utrudniały ludziom życia. Kiedy się to wszystko czyta, na sercu robi się błogo. Okazuje się, że w Warszawie nie ma rzeczy niemożliwych do wykonania. Gdyby tak można było posadzić na fotelu prezydenta wszystkich kandydatów jednocześnie, prezydenta wielogłowego
(albo Wielogłowego)? Mielibyśmy w stolicy istny raj. Pomarzyć dobra rzecz, ale musimy niestety zejść na ziemię i zagłosować na tego z kandydatów – i to jest moja jedyna rada – którego znamy i który daje rzetelną gwarancję, że zrobi to, co obiecuje, nawet jeśli obiecuje mniej niż inni. Serdecznie
zachęcam do tego Prażan.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 23 października 2014

MIESZKANIEC: Co trapi Europejczyka

Niedawno wróciłem ze Strasburga, z posiedzenia Rady Europy. Dla przypomnienia: Rada Europy, to nie Unia Europejska. Jej członkami jest 47 państw europejskich (Wasz senator reprezentuje tam polski Senat), a zadaniem ochrona praw człowieka i obywatela oraz upowszechnianie standardów demokratycznych w państwach członkowskich, czyli praktycznie w całej Europie. Słynny Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu to właśnie organ Rady Europy. W Polsce o Trybunale wiedzą oczywiście wszyscy – bo tam można się poskarżyć. Pytanie, co jeszcze wiemy o Europie i jej problemach? Myślę, że niewiele. Żyjemy tu sobie dyskutując z ożywieniem o aferze podsłuchowej, o zegarku pana ministra, o tym, kto z kim się łączy lub dzieli, o kretyńskich wypowiedziach pana Korwina-Mikke i mamy pretensje do Europy, że nie zawsze rozumie naszą „specyfikę” i nasze potrzeby. Uważamy się za Europejczyków, ale czy interesujemy się problemami Europy, czy próbujemy pomóc w ich rozwiązywaniu? Czasami mam wrażenie, że Ludwik Jerzy Kern, pisząc: „Bo między Bugiem a Nysom to najważniejsze my som” – miał sporo racji. Pozwólcie zatem, drodzy Czytelnicy, że od czasu do czasu przywiozę ze Strasburga nie tylko alzackie wino i sery, ale także garść informacji o tym, co trapi naszych braci Europejczyków, żyjących na zachód od Nysy.
Na ostatnim posiedzeniu jednym z tematów był problem nielegalnej imigracji z Afryki do Włoch. Mniej więcej od 2011r. do Włoch, m.in. na słynną wyspę Lampedusa, zaczęły docierać łodzie i pontony, wypełnione po brzegi mieszkańcami Afryki. Wszyscy zgłaszali chęć otrzymania azylu, argumentując, że są ofiarami prześladowań i grozi im śmierć. Humanitarne prawo europejskie nakazuje takie wnioski rozpatrzyć. Włosi lokowali ich zatem w obozach dla azylantów i w ciągu 30 miesięcy badali, czy i którzy imigranci zasługują na azyl. Bomba wybuchła, gdy ludzie dryfujący na jednej z łodzi, po kolei poumierali z braku wody i jedzenia, mimo, że koło nich przepływały różne statki. Żaden nie udzielił pomocy. Fala oburzenia przeszła przez Europę. Na tej fali rząd włoski uruchomił program Mare Nostrum, polegający na ciągłym patrolowaniu morza przez kilka statków i helikopterów. Program okazał się skuteczny, uratowano wielu uciekinierów. Włochy zostały pochwalone. I wtedy zaczął się problem. Obecność ratowników na morskich wodach sprawiła, że bardzo ryzykowna do tej pory przeprawa stała się względnie bezpieczna, co znacznie zwiększyło liczbę kandydatów do azylu. Na wybrzeżu afrykańskim, zwłaszcza w ogarniętej wojną Libii, powstał cały, niezwykle dochodowy system szmuglowania ludzi do Włoch. Często wsadza ich się do łodzi (wcześniej pobrawszy sutą opłatę) i wręcza komórkę z wgranym numerem włoskiej straży morskiej. W rezultacie liczba nielegalnych imigrantów wzrosła z kilku do kilkudziesięciu tysięcy rocznie (w tym roku sięgnie 100 tysięcy!), z których tylko nieliczni zasługują na azyl. Włosi nie są w stanie zapewnić im godziwych warunków, wielu ucieka z obozów i przedziera się do innych krajów unijnych. To dla Europy potężny problem. Nie można nie ratować uciekinierów, bo to nieludzkie, nie można jednak także tolerować tak ogromnej nielegalnej imigracji. Czy jest z tego wyjście? Tak, raport, który na posiedzeniu Rady Europy przyjęliśmy proponuje, aby Unia wyłożyła pieniądze na wzmocnienie straży przybrzeżnej Libii, Tunezji i Maroka, a jednocześnie sfinansowała organizację obozów azylanckich na terenie tych krajów aby tam rozstrzygać, komu należy się azyl. Trochę to będzie kosztować,ale na pewno mniej, niż niekontrolowana imigracja. Teraz raport trafi do Parlamentu Europejskiego – oby przeczytano go z uwagą i podjęto właściwe decyzje.

czwartek, 9 października 2014

MIESZKANIEC: Na problemy - warsztaty

Za PRL krążyła anegdota, że gdy w państwie coś szwankuje, to władza powołuje wysoką komisję. Dzisiaj mamy inne czasy, ale coś z tamtych praktyk pozostało. Tyle, że rolę komisji pełnią warsztaty, w których każdy może uczestniczyć, zgłaszać swoje uwagi i pomysły rozwiązania problemu.
W wielu takich warsztatach na Pradze i Targówku brałem udział i mam mieszane uczucia. Owszem, sprawdzają się, gdy chodzi o przygotowanie budżetu partycypacyjnego, o to, jak zagospodarować osiedle, czy fragment dzielnicy, rzeczywiście bowiem padają wtedy ze strony mieszkańców różne ciekawe propozycje, pojawiają się nowe pomysły i władze mogą wspólnie z obywatelami, w toku kolejnych spotkań, coś sensownego wypracować. Są jednak sprawy, których nie da się tą drogą załatwić. Traci się tylko czas i pieniądze. Jedną z dziedzin, która niewątpliwie na Pradze Północ szwankuje jest edukacja. Świadczą o tym przede wszystkim najgorsze w praskich szkołach na tle innych dzielnic wyniki egzaminów zewnętrznych, a także inne wskaźniki, w tym niska frekwencja uczniów, brak zajęć dodatkowych w szkołach. Niezadowoleni rodzice posyłają dzieci do szkół na lewym brzegu Wisły. Władze dzielnicy uznały więc edukację za obszar, którym należy się szczególnie zająć i wspólnie z mieszkańcami postanowiły opracować strategię w tej dziedzinie.
Warsztaty na ten temat, w których uczestniczyłem, (jedne z wielu zaplanowanych) zgromadziły głównie nauczycieli i kierowników szkół i przedszkoli. Przyszli z obowiązku (niektórzy sądzili, że to jakieś kolejne szkolenie), ale z wypowiedzi wynikało, że nie bardzo widzą sens tego spotkania. Doszło nawet do małego buntu, kiedy panie z Centrum Komunikacji Społecznej poprosiły o podzielenie się na grupy, z których jedna miała zastanawiać się nad wizją dobrej jakości szkoły, a druga – dobrej jakości przedszkola. Siódmy raz mam opracowywać strategię dla Pragi Północ. A co z poprzednimi? – padło m.in. pytanie. Nauczyciele tłumaczyli, że tu nie chodzi o szkołę, lecz o uczniów. Na Pradze Północ panują najtrudniejsze w Warszawie warunki społeczne i socjalne. Dzieci często przychodzą do szkoły głodne i problemem jest, żeby je nakarmić, a nie czegoś nauczyć. To nie szkoły są byle jakie i powinny się poprawić. Wyniki egzaminów nie oddają rzeczywistości szkolnej. W każdej klasie są bowiem dzieci, które się świetnie rozwijają, wspierane przez domy, rodziców, ale także takie, które znacząco obniżają poziom. Z jednej strony nie wynoszą z domu motywacji do nauki, z drugiej często nie mają nawet gdzie odrabiać lekcji. Zwracano uwagę na to, że środki, które miasto daje na szkoły są bardzo małe. Nie ma pieniędzy na zajęcia dodatkowe i wyrównawcze, na wyposażenie, na remonty budynków. Nie jesteśmy grupą bezradnych dyrektorów, którym trzeba podpowiadać jak powinni pracować. To wszystko, co można było zrobić bez pieniędzy zostało zrobione 2-3 lata temu – mówiono. Czy to są to jakieś odkrywcze sformułowania, czy Urząd Miasta nie wie, na czym polega problem i musi zamawiać diagnozę sytuacji, robić specjalne badania? Myślę, że wie o tym także Ministerstwo Edukacji Narodowej. Uważam, że potrzebna jest strategia edukacyjna nie dla Pragi Północ, lecz dla Warszawy. Dzieci z Pragi nie dlatego osiągają gorsze wyniki w edukacji, że są głupsze, czy też mają gorszych nauczycieli, ale ze względu na warunki domowe, materialne i brak tradycji edukacyjnych. Już na starcie są więc na gorszej pozycji niż dzieci
z „lepszych” dzielnic. W dodatku także tutejsze szkoły są często niedoinwestowanie, gorzej wyposażone, brakuje boisk, hal sportowych. Młodzi ludzie nie mają gdzie rozwijać swoich zainteresowań ani spędzać pożytecznie wolnego czasu. Potrzebna jest więc strategia, która da więcej środków praskiej oświacie i umożliwi wyrównanie poziomów. Powinien ją opracować Urząd Miasta z Urzędem Dzielnicy, a nie wynajęta fundacja wspólnie z mieszkańcami w ramach warsztatów, bo to tylko strata czasu i pieniędzy.

Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.Mieszkaniec.pl

czwartek, 2 października 2014

ECHO TARGÓWKA: Wszyscy jesteśmy "Innymi". Poprawność polityczna to nie jest neocenzura

Z badań wynika, że Polaków cechuje wysoki poziom wrogości wobec mniejszości. Co i raz spotykamy się z przykładami homofobii, rośnie islamofobia i rasizm, utrzymuje się seksizm i antysemityzm, coraz częściej dochodzi do aktów przemocy wobec nielicznych u nas Romów, uchodźców, Afrykańczyków.
Wziąłem udział w debacie na ten temat zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego. Paneliści reprezentujący różne grupy mniejszości, zostali zapytani o to, jakie są źródła dyskryminacji "Innych", jakie działania mogą osłabiać homofobię, rasizm, islamofobię, niechęć do imigrantów, ludzi biednych czy bezdomnych, co mogą zrobić obywatele, żeby przeciwstawić się aktom nienawiści, jaka jest rola mediów. Główny i najważniejszy wniosek z debaty był taki, że tolerancji trzeba się uczyć od małego. Podstawową sprawą jest więc edukacja. Najpierw przedszkolna, potem szkolna, która pokaże, że ludzie są różni i są na świecie miejsca, w których to my bylibyśmy ci "Inni", co nie znaczy gorsi, gdyby nas tam przeniesiono. A co z tymi, którzy już nauczyli się nietolerancji i nienawiści? Tymi, dla których Romowie to wyłącznie obiboki i złodzieje, muzułmanie - terroryści, a geje i lesbijki - dewianci zagrażający zdrowemu społeczeństwu? Tu jest niestety gorzej, ponieważ ta nauka wciąż trwa. Do upowszechniania i podsycania wrogich postaw przyczyniają się media, zwłaszcza elektroniczne, które prześcigają się w poszukiwaniu sensacji. Jednostkowe fakty, np. to, że pewien mężczyzna w Hiszpanii domagał się, by w szkole, do której uczęszczają jego dzieci, nie podawano wieprzowiny, są generalizowane. Budowana jest atmosfera zagrożenia (muzułmanie zabronią nam jeść wieprzowiny), która przenosi się na ulice. Jakiś obcokrajowiec zostaje zelżony i pobity. Inni są prześladowani z powodu zamachu w Bostonie. Na prywatne media nie ma rady, ale publiczne mogłyby postawić tamę tym zjawiskom, pod warunkiem, że dochody z reklam nie będą, jak jest teraz, głównym źródłem ich finansowania. Dopóki to się nie zmieni, trudno oczekiwać, by nadawały poważne programy popularnonaukowe czy filmy dokumentalne, z których można by się dowiedzieć czegoś więcej o świecie niż plotek o artystach, sportowcach itp. Oddzielnym problemem jest Internet, gdzie mowa nienawiści szczególnie się pleni i niektórym ludziom puszczają wszelkie hamulce, ale tu można sprawić, by nie była ona bezkarna. Udaje się to w Białymstoku. Tamtejszy Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych regularnie składa doniesienia do prokuratury na osoby, które dają w sieci wyraz swojej wrogości i uprzedzeniom, dzięki czemu o 70% ograniczono w lokalnych mediach i Internecie mowę nienawiści. Działacze tej organizacji usuwają też znaki nienawiści z murów i współpracują ze szkołami. Pozostaje jeszcze Kościół. Wielu duszpasterzy podobnie jak dziennikarze, nakręca spiralę nienawiści, ale tu nic nie poradzimy. Można tylko mieć nadzieję, że Kościół sam się z tym problemem upora, choć na razie ci księża, którzy z tym zjawiskiem walczą, nie mają w Kościele lekko. Jest takie pojęcie, w Polsce często wyśmiewane, poprawności politycznej. To nie jest neocenzura, czy nowomowa, jak głoszą piewcy mowy nienawiści. To po prostu kwestia grzeczności. Tak jak uczymy się zachowania przy stole, tego, że mięso je się nożem i widelcem, a nie palcami, chociaż tak może byłoby wygodniej, tak też nie możemy obrażać innych ludzi, wyrażać się o nich z pogardą, dlatego, że są "Inni". W Stanach Zjednoczonych udało się wprowadzić takie zasady do życia publicznego i ludzie, którzy ich nie przestrzegają są wykluczani z towarzystwa, nie występują w mediach. U nas - przeciwnie. Są dla mediów łakomym kąskiem. Podsumowując: nie jesteśmy, niestety, tak tolerancyjni i uprzejmi wobec "Innych" (i siebie samych!), jak chętnie o sobie mówimy. Dobrze więc, że są ludzie i organizacje, które nam to uświadamiają. Chorobę łatwiej wyleczyć, gdy pacjent rozumie jej naturę. 
 
Marek Borowski
Senator warszawsko - PRASKI
źródło: www.tutargowek.pl